29.12.2016

„Trzynasty miesiąc poziomkowy” Krystyna Siesicka




Podobno Krystyna Siesicka była pisarką kultową. Ja akurat nie znałam jej książek, bo od zawsze z większą chęcią sięgałam po autorów zapomnianych niż tych rozchwytywanych. Niedawno Michał z Biblionetki polecił mi „Beethovena i dżinsy”. Pomyślałam sobie: czemu nie, zobaczę, jak pisze ta Siesicka. Ale na pierwszy raz wybrałam inną książkę, „Trzynasty miesiąc poziomkowy”, gdyż zaintrygował mnie jej tytuł. 

Jest to krótka powieść. Akcja toczy się przeważnie w warszawskiej jadłodalni „Przydrożny barek”. Pani Izabela przychodzi do niej codziennie. Rozłożywszy na stole zeszyty i długopisy, próbuje pisać książkę o stałych klientach. Obserwuje ich, stara się odgadnąć, co robią w domu, kogo kochają i co myślą. Szczególnie mocno ciekawią ją Jasmina – licealistka, którą tak nudzą lekcje, że ucieka z nich pod byle pretekstem, i Petra – bardzo biedna malarka. Po pewnym czasie do kręgu obserwowanych Izabela dołącza też dyrektorkę liceum, Małgorzatę. Dyrektorka jest nieco nieodpowiedzialna, gdyż prowadzi korespondencję z nieznanym mężczyzną i zwierza się mu z ważnych spraw. 

27.12.2016

„Chcę żyć! Historia Nadine – nosicielki wirusa HIV” Marliese Arold


Niespełna siedemnastoletnia Nadine z Niemiec dowiaduje się, że jej były chłopak Florian – jedyny, z którym uprawiała seks – jest nosicielem wirusa HIV. To nie koniec nieszczęść. Okazuje się, że i ona się zaraziła. Powoli uświadamia sobie, z ilu rzeczy będzie musiała zrezygnować. Boi się, że niedługo umrze, a zanim to nastąpi, rodzice, koleżanki i nowy chłopak odsuną się od niej, uznają ją za osobę niebezpieczną i niemoralną. Przecież niemal wszyscy uważają, że wirusem można zarazić się tylko poprzez branie narkotyków i intymne kontakty z homoseksualistami. Takie informacje rozpowszechniają nawet nauczyciele.

22.12.2016

„Liczenie słoni” Elżbieta Isakiewicz


Książkę o uroczym tytule „Liczenie słoni” przeczytałam po raz pierwszy, kiedy miałam trzynaście lat. Bardzo mną wstrząsnęła, przez wiele dni myślałam o nieszczęśliwych dziewczynach w niej opisanych. Ojciec ich zmarł, a matka się rozpiła. Starsza siostra, Julka, próbowała tej młodszej, dziewięcioletniej, stworzyć namiastkę domu. Po szkole spieszyła więc do mieszkania, by sprzątać, palić w piecu, gotować i pocieszać małą Frankę, która z przerażeniem nasłuchiwała dobiegających z dużego pokoju jęków i bełkotu „chorej” mamy. 

Elżbieta Isakiewicz poruszyła takie tematy jak alkoholizm, poświęcenie, ogromne cierpienie dzieci z patologicznych rodzin. To nie tylko brak miłości i bezpieczeństwa, ale i poczucie niższości, wstyd, że się matki nienawidzi, odrzucenie przez tak zwanych porządnych ludzi. Julka czasami myśli o samobójstwie. Nie umie zapanować nad złością, kiedy widzi, że siostrzyczka nie docenia jej wysiłków, i nieraz na nią krzyczy. Co ciekawe, kiedyś uważałam Frankę za naiwne dziecko, nierozumiejące, że matka jest nie chora, tylko pijana. Teraz odniosłam wrażenie, że ona wie, ale odrzuca od siebie prawdę, potrzebuje złudzeń.

„Liczenie słoni” po ponownym przeczytaniu podoba mi się tak samo, jak po pierwszym. Dostrzegam, z jaką sprawnością autorka je napisała, jak wiarygodnie ukazała piekiełko rodzinne i skomplikowane uczucia bohaterek. Ciekawie prezentuje się też warstwa obyczajowa. Mowa jest o pustych sklepach,  kolejkach po chleb i coś do chleba – a w późnych latach osiemdziesiątych kolejki wyglądały inaczej niż teraz, wszechobecnym alkoholizmie (w wydawnictwie, gdzie pracowała matka, wszystkie redaktorki piły). Książka jest bardzo mądra i wzruszająca. Polecam!

---
Elżbieta Isakiewicz, „Liczenie słoni”, Nasza Księgarnia, 1990. 

19.12.2016

„Skrawki” Sigrid Combüchen



Bardzo lubię literaturę skandynawską, zobaczywszy więc w bibliotece „Skrawki” Sigrid Combüchen, szybko je wypożyczyłam. Po przeczytaniu zajrzałam do internetu. Byłam pewna, że tak dobra, wartościowa powieść doczekała się wielu recenzji. Okazało się, że jest tylko jedna, króciutka. Szkoda!

O czym więc są te „Skrawki”? Sigrid Combüchen przedstawia w nich dzieje znajomości z czytelniczką o imieniu Hedda, która przed laty napisała do niej, twierdząc, że na zamieszczonym w powieści zdjęciu rozpoznała swoją rodzinę. Pod wpływem impulsu pisarka skłamała, że obecnie mieszka w dawnym domu Heddy, i zaczęła wypytywać o wydarzenia z przeszłości. Naiwna czytelniczka uznała, że to bardzo uprzejme ze strony Sigrid. Przez dziesięć lat korespondowania nie przyszło jej do głowy, że „przyjaciółka” wyciągała z niej zwierzenia tylko po to, by wykorzystać je w kolejnej powieści. Kłamała, manipulowała Heddą, a jeśli nie udało jej się bez wzbudzenia podejrzeń zdobyć wiadomości na jakiś temat, posiłkowała się wyobraźnią. I właśnie ta na pół wymyślona, na pół zrekonstruowana opowieść o młodości Heddy zajmuje lwią część „Skrawków”.

Combüchen skupiła się przede wszystkim na okresie, kiedy dziewczyna poczuła, że dusi się w rodzinnym Lund i musi wyjechać „w świat”, czyli do Sztokholmu. Atmosfera rodzinna, próby zostania aktorką, tragiczne warunki mieszkaniowe w stolicy, namiętna miłość, utrata dziewictwa, szukanie męża – wszystkie te wydarzenia autorka opisała w sposób drobiazgowy, a zarazem niewykle zajmujący. Najciekawsze fragmenty książki to te przedstawiające spotkania z Luigim. Trzeba przyznać, że o erotyce Combüchen umie pisać bardzo pięknie i delikatnie. 

Najbardziej poruszający wątek opowiada o chorobie nowotworowej trzynastoletniego brata bohaterki. Nie poczytamy o doskonałej rodzince z poświęceniem opiekującej się umierającym. W „Skrawkach” jest realistycznie i okrutnie. Rodzice nie dają sobie rady z problemem, wyjeżdżają, zostawiając syna, udają, że nic złego się nie dzieje. Nie wolno nawet wymówić słowa „rak”. W efekcie Åke doświadcza ogromnej samotności. Przeczuwa, że wkrótce umrze, ale nie ma z kim o tym porozmawiać. Nawet Hedda, ta dobra, wrażliwa Hedda, w krytycznym okresie wyjeżdża na podbój Sztokholmu. Usprawiedliwia się sama przed sobą, że po powrocie poświęci bratu dużo czasu. Nie przyjmuje do wiadomości, że żadnego „potem” już nie będzie...

Język chwilami zachwyca, a chwilami drażni nieuzasadnionymi powtórzeniami wyrazów. Trudno powiedzieć, czy to wina autorki, czy Dominiki Góreckiej. Szkoda, że w książce znalazły się błędy. „Nie mogły niczego przełknąć, tylko piły w milczeniu”[1] – napisała tłumaczka, a przecież powinno być: „Nie mogły przełknąć żadnego stałego pokarmu, tylko piły w milczeniu”. „Na dużym palcu prawej skarpety Luigiego też była dziura, znacznie większa, ale przynajmniej zakrywała jej własne. Kiedy jeszcze tego samego wieczoru przed powrotem do domu zdjęła ją, uparła się”[2]. Zdjęła dziurę? I o co chodzi z tym zakrywaniem własnych? 

„Skrawki” to zajmująca, niebanalna powieść o przełomowym okresie życia dziewczyny z prowincji, ze Szwecją z późnych lat trzydziestych w tle, oraz o procesie twórczym. Zaciekawi czytelników lubiących powolną akcję i drobiazgowe opisy wydarzeń. Prowokuje do dyskusji o moralności pisarzy. Czy wolno postępować tak jak Sigrid? Czy warto zwierzać się autorom? Skąd możemy mieć pewność, że nasze tajemnice nie posłużą im za materiał do kolejnej książki? Wszak pisarze kradną. Kradną czyjeś życiorysy, przemyślenia, powiedzonka. Tak to już jest.

---
[1] Sigrid Combüchen, „Skrawki” (oryg. „Spill: En damroman”), przeł. Dominika Górecka, W.A.B., 2016, str. 82.
[2] Tamże, str. 326.

16.12.2016

„Wieża Sokołów” Erik Hansen







Wolfgang ma prawie czternaście lat. Matka jego nie żyje, a ojciec (rycerz) nie wrócił z wyprawy krzyżowej. Jeśli się nie odnajdzie, wkrótce chłopak odziedziczy ogromny zamek oraz bogactwa. Obecnie opiekuje się nimi stryj Fryderyk. Pozwala on mieszkać Wolfgangowi samotnie w wieży i całymi dniami oswajać sokoły. Nie uczy go zarządzania zamkiem, nie nakłania do ćwiczeń rycerskich i kontaktów towarzyskich. W okolicy krążą plotki, że nocami dziedzic zmienia się w drapieżnego ptaka i porywa dzieci oraz dziewczęta. Fryderyk mógłby przemówić ludziom do rozsądku, ale nic nie robi, można nawet odnieść wrażenie, że radują go czarne chmury zbierające się nad bratankiem.

W „Wieży Sokołów” Erik Fosnes Hansen poruszył takie tematy jak pierwsza miłość, przyjaźń ze zwierzętami, nietolerancja, samotność, inność, nienawiść, zachłanność, okrucieństwo duchownych, którzy pod pozorem nawracania na wiarę chrześcijańską potrafili bez mrugnięcia okiem torturować ludzi. Autor doskonale pokazał mentalność osób żyjących w trzynastym wieku, ich strach przed tym, co inne i niezwykłe. Jakże łatwo można było wtedy zniszczyć kogoś nielubianego! Wystarczyło zasugerować, że to czarownik, i gotowe. Autor ma dar tworzenia nieschematycznych postaci. Fryderyk jest zagadkowy i pełen sprzeczności: z jednej strony chce zostać panem potężnego zamku, z drugiej – marzy o całowaniu się z ładnym Wolfgangiem. W naszym przekonaniu kat to ktoś nikczemny, sadystyczny, tymczasem Hansen pokazuje, że prawda może być inna. 

„Wieża Sokołów” jest powieścią bardzo ładną, wzruszającą i wzbudzającą ogromne emocje. Wrażliwa osoba może się przy niej popłakać. Nie sposób spokojnie czytać o dziecku, które nienawidzono tylko za to, że urodziło się bogate i lubiło samotność. Odkąd astrolog Michael Scotus – jedyna historyczna postać z kart tej książki – ostrzega chłopca przed niebezpieczeństwem, narasta atmosfera zagrożenia. Czy ktoś pomoże Wolfgangowi? Czy jego ojciec wróci na czas z krucjaty?

---
Erik Fosnes Hansen, „Wieża Sokołów” („Falketårnet”), przeł. Maria Gołębiewska-Bijak, Książnica, 1998. Książka ma 184 strony.

30.11.2016

„Ten gruby” Barbara Ciwoniuk


Barbara Ciwoniuk, autorka powieści dla młodzieży, stara się poruszać ciekawe i aktualne tematy. W „Tym grubym” napisała o wstydzie z powodu swojego wyglądu, walce z otyłością, niepełnosprawności, buncie przeciwko rodzicom i wielu innych sprawach. Główni bohaterowie to na pół sparaliżowana Adrianna oraz gruby Jacek. Ona od kilku lat nie opuszcza mieszkania. Nie utrzymuje kontaktów z rówieśnikami, zajmuje się jedynie rozmowami z matką i nauczycielami oraz patrzeniem przez okno. Z kolei Jacek postanawia za wszelką cenę schudnąć. Nie jest to łatwe, bowiem głupia matka prośbami i groźbami zmusza go do pochłaniania olbrzymich porcji jedzenia. Na szczęście ojciec wpada na pomysł, by wysłać chłopca do swojej siostry, która jest dyrektorką gimnazjum i – jak się potem okaże – koleżanką matki Adrianny. Łatwo się domyślić, że w pewnym momencie drogi nastolatków się przetną. 

Czytając dialogi tworzone przez Barbarę Ciwoniuk, można dostać bólu głowy. Jacek mówi o sobie tak: „Przede wszystkim chcę się usamodzielnić, nauczyć dbać o siebie... przyrządzać sobie zdrowe śniadania i kolacje, prać skarpety... no i walczyć o własne ja, a jeśli będzie trzeba, to nawet się bić”[1], „bo ja jestem sam, uwięziony w tym ohydnym sadle”[2]. „Wiem, że mam grubą dupę (...) jako otyły nastolatek mam pięćdziesiąt procent szans na zostanie otyłym dorosłym i że taka nadwaga zwiększa ryzyko zachorowania na choroby serca, nowotwory i inne...”[3]. Przecież to nie jest język mówiony! 

28.11.2016

W przedwojennym domu dziecka, czyli „Dzieci znikąd” Heleny Boguszewskiej





Mały Adolf zostaje przywieziony do Zakładu Opieki Społecznej. Nie cieszy się z tego, postanawia, że natychmiast ucieknie. Ale wychowawca traktuje go bardzo serdecznie, pozwala wybrać miejsce do spania, prowadzi do świetlicy, gdzie pali się światło i od pieca bucha rozkoszne ciepło. Można grać w warcaby, czytać, rozmawiać z innymi dziećmi. I chłopiec odkłada plany ucieczki na potem. Spanie pod mostem, na mrozie, już nie wydaje mu się atrakcyjne...

Dzieci z ośrodka są najróżniejsze. Marian przewodził kiedyś bandzie chuliganów. Chudziutka Anielka mieszkała na ulicy i żebrała. Ryfka, zapytana o przeszłość, mówi, że pochodzi znikąd. Najwidoczniej przeżyła coś strasznego, bo nie chce bawić się z dziewczynkami w gospodarstwo, nie ufa nikomu, a usta najczęściej otwiera tylko po to, by zrobić awanturę. A Genio to grammar nazi: zawstydza kolegów niedbających o poprawną polszczyznę. 

„– Dlaczego ty mówisz «poszłem» i «wyszłem»?
– A bo co?
– Bo mówi się «poszedłem» i «wyszedłem». Trzeba dbać o czystość języka.
Adolf oniemiał. Nie wiedział, czy ma się śmiać czy gniewać”[1].
 
„Dzieci znikąd” to opowiadanie o dzieciach, które z różnych powodów trafiły do zakładu. Przeznaczone jest dla młodego czytelnika, toteż autorka, Helena Boguszewska, wiele spraw uprościła bądź przemilczała. Nie poznajemy drastycznych szczegółów z życia wychowanków, możemy się tylko domyślać, czego w przeszłości doświadczyli. Książka ma wydźwięk optymistyczny, uczy, że „Każdy może się poprawić, choćby był nie wiem jak zły”[2] i zawsze trzeba pomagać biedniejszym. Jedna z bohaterek odwiedza małych mieszkańców Instytutu dla Ociemniałych i Głuchoniemych. Opis tej wizyty zajmuje aż dwanaście stron książeczki, z czego wnioskuję, że sprawa niewidomych i głuchych dzieci była autorce bardzo bliska (a może po prostu miała materiały na ten temat i chciała je wykorzystać). 

Krzyczenie na maleństwa? Pedofilia? Kary fizyczne? Nie, nie w tej książce. W zakładzie mieszka się bardzo dobrze, wychowawcy są anielsko cierpliwi i oddani swojej pracy. Nic więc dziwnego, że niemal wszystkie zdemoralizowane, zaniedbane i nieszczęśliwe dzieci szybko się aklimatyzują i nabierają chęci, by być dobrymi ludźmi. Kiedy podrosną, same będą pomagać – o czym przeczytamy w drugiej części opowiadania. Akcja dzieje się w latach dwudziestych i wczesnych trzydziestych. Mały Adolf nie wstydzi się jeszcze swojego imienia, Żydówka Ryfka nie wie, co to antysemityzm. 

Czytałam wcześniej kilka entuzjastycznych recenzji innych książek Heleny Boguszewskiej (pisali o nich Misiak297 i Dot59 z Biblionetki). Ja dla odmiany nie zachwyciłam się, może dlatego, że „Dzieci znikąd” to utwór dla nastoletnich czytelników; sporo w nim, niestety, uproszczeń i dydaktyzmu. Polecam tylko wytrwałym miłośnikom staroci. I liczę na to, że „Całe życie Sabiny” czy też „Świat po niewidomemu” bardziej przypadnie mi do gustu. 

Na zakończenie recenzji jedna z myśli kierowniczki zakładu: „Można powiedzieć: wszystkie dzieci są takie same. Można powiedzieć: każde dziecko jest inne. I jedno, i drugie jest prawdą”[3].

---
[1] Helena Boguszewska, „Dzieci znikąd”, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1946, str. 13.
[2] Tamże, str. 35
[3] Tamże, str. 38.

26.11.2016

„Siedem obrazków” Albert Dam


Jeżeli ktoś martwi się, że już nie zdobędzie sławy pisarskiej, bo ma, powiedzmy, czterdzieści lat, niechże przyjmie do wiadomości, że nigdy nie jest za późno. Kilka dni temu dowiedziałam się, że Duńczyk Albert Dam został doceniony dopiero wtedy, kiedy ukończył lat... osiemdziesiąt. Jego „Siedem obrazków” bardzo spodobało się i krytykom, i czytelnikom. Sięgnęłam po nie z wielką ciekawością. Okazało się, że są to opowiadania, starannie dobrane i ilustrujące poglądy autora. 

Rozwiązłość. Na stepie mieszka prymitywne plemię. Jego członkowie nie mają nic przeciwko temu, by siostra spała z bratem, a ojciec z córką. Jednak pewnego razu zauważają, że kazirodztwo to nic dobrego. W jakich okolicznościach dokonują tego odkrycia? Powiem tylko, że ma to związek ze... słoniami. W opowiadaniu Albert Dam starał się pokazać sposób myślenia i odczuwania bardzo prymitywnych ludzi oraz przemianę ich obyczajów.

19.11.2016

„Najmroczniejsza ciemność” Carin Gerhardsen


Przeczytałam sobie szwedzki kryminał pt. „Najmroczniejsza ciemność”. Jako że informacja o zabójstwie pojawia się dopiero na stronie 87, a o kolejnych zwłokach jeszcze później, nie zdradzę, kim są ofiary, bo odebrałabym Wam sporo przyjemności. Carin Gerhardsen tak skonstruowała powieść, że wszystkie ważne postacie poznajemy wcześnie, ale długo nie wiemy, która z nich ucierpi, a która okaże się przestępcą. Wśród bohaterów znajdują się m.in. dwie śliczne nastolatki z patologicznej rodziny, matka zmęczona płaczem chorego niemowlęcia, uparta staruszka bawiąca się w detektywa, bity przez ojca Jocke, pedofil, monstrualnie gruba kobieta i trzyletnia Hanna.

To właśnie Hanna stała się moją ulubioną postacią. Autorka szczegółowo przedstawiła jej emocje oraz zachowanie. Pewnego ranka ta dziewczynka zauważa, że w mieszkaniu oprócz niej nikogo nie ma. Jest przerażona, ale nie czeka biernie na powrót mamy, tylko dzwoni do przypadkowych osób i prosi o „uratowanie”. Próbuje wziąć kąpiel, otworzyć lodówkę, gotować. Wszystkie te czynności są niebezpieczne: w wannie można się utopić, ze stołka spaść i rozbić głowę, z kranu leci wrzątek. Tak przynajmniej podano w książce: „Jedna ręka znalazła się pod strumieniem gorącej wody i dziewczynka wypuściła garnek, który upadł w taki sposób, że wrzątek prysnął jej w twarz”*. Z chęcią bym się dowiedziała, czy w oryginale autorka użyła wyrazu „wrzątek”, czy też tłumacze, chcąc uniknąć powtórzenia słów „gorąca woda”, zastąpili je czymś, co błędnie uznali za synonim. 

Policjantów z powieści trudno nazwać inteligentnymi. Z niewiadomych powodów nie robią rewizji w mieszkaniu osoby zamordowanej na promie. Nie umieją (lub nie chcą) ustalić, z jakiego numeru dzwoniła Hanna. Nie interesuje ich, czy dziecko jest bezpieczne. Nie wiedzą, jak odkryć tożsamość ofiary znalezionej w pojemniku na śmiecie. Ma ona trochę pokaleczoną twarz, więc uważają, że nie można zamieścić jej fotografii w telewizji czy na stronie internetowej. Hm, a czy wyretuszowanie zdjęcia za pomocą programu komputerowego to taka trudna sprawa? Nie korzystają ze zdobyczy techniki, działają żmudną metodą przepytywania osób, które mogą coś wiedzieć. Jeżeli Carin Gerhardsen chciała pokazać, że sztokholmska policja pracuje bardzo nieudolnie, w pełni jej się to udało. 

Trochę nudziły mnie wątki o życiu osobistym policjantów, miałam wrażenie, że autorka wcisnęła je do powieści na siłę. O wiele bardziej podobały mi się te opowiadające o Hannie, Elise, Jennifer i zakochanym w niej chłopaku. Strony, na których opisano ich zachowanie, czytałam z przejęciem. W „Najmroczniejszej ciemności” nie ma wielu trupów, pobudki działania mordercy nie są wydumane, wątek kryminalny zgrabnie łączy się z obyczajowym i społecznym, akcja toczy się żywo, opisy śledztwa nie zajmują wiele miejsca – i to mi się podobało. Gerhardsen niewątpliwie umie pisać, z chęcią sięgnę po inne jej książki.

---
* Gerhardsen Carin, „Najmroczniejsza ciemność” (oryg. „Mamma, pappa, barn”), przeł. Anna Krochmal i Robert Kędzierski, Rebis, 2013, str. 53.

10.11.2016

Sierotkomama, czyli znajoma, przez którą od wczoraj jestem w szoku


Byłam wczoraj na cmentarzu. Pozbierałam śmiecie, zapaliłam znicz, a potem usiadłam na ławce, bo bardzo lubię patrzeć na zadbane groby i puste alejki okolone płaczącymi wierzbami. Myślałam, że w pobliżu mnie nikogo nie ma. Jednak po kilkunastu minutach zorientowałam się, że za studnią ktoś się chowa. Widocznie temu komuś zdrętwiały nogi, bo kilka razy stęknął i zaklął. Gdy w końcu się rozprostował, zobaczyłam, że to... Agata. Poznałam ją kiedyś na OIOM-ie, gdzie nasze córeczki leżały obok siebie. Jej dziecko umarło tydzień wcześniej niż moje; pamiętam, jak pakowała do torby niepotrzebne już rzeczy – pampersy, kremy i malutkie czapeczki – po czym, głośno płacząc, żegnała się ze wszystkimi. Prosiła, bym do niej zadzwoniła. Ale nie zadzwoniłam nigdy. Ani do niej, ani do nikogo stamtąd. Nie dałam rady.
– Witam! Przyszłaś do swojej małej? Ja też idę do swoich. – Podeszła do mnie, otrzepała się z liści i pokazała reklamówkę pełną zniczy. 
– Aż tyle niesiesz jednemu dziecku? – zdziwiłam się. 
– No przecież nie jednemu. Każdej mojej córci zapalę po jednym.
– Jak to: każdej? Przecież tych zniczy jest... osiem.
– A tak, osiem. Bo po Zuzi była jeszcze Wiktoria. Potem Ela, Daria, Paulinka, Zo... Nie, co ja gadam, najpierw była Zosia, Paulinka po niej. I jeszcze Ania. Pochowałam ją miesiąc temu.
– Co więc się stało? Mieliście wypadek, że wszystkie córki zginęły?
– Jaki tam wypadek! Było dzwonić do mnie, tobym opowiadała na bieżąco. Usiądę. Po ośmiu porodach ledwie łażę. I nadal jestem sama. Nigdy nie kąpałam dziecka, nie woziłam wózka po parku. Kiedy słyszę płacz noworodka, łapie mnie taki skurcz, jakby mi ktoś ostrym drutem brzuszysko ściskał. Ale nie jęczę, nie uciekam, tylko trzymam ręce na brzuchu i słucham tego płaczu. Bo czy jest na świecie piękniejszy dźwięk niż płacz noworodka? Ja myślę, że nie ma...
I zaczęła ryczeć, głośno i chyba demonstracyjnie. Oczekiwała może, że będę ją pocieszać. Jednak im dłużej słuchałam jej opowieści, tym większy wstręt czułam do „biedaczki”. I nie po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że egoizm ludzki nie ma granic.


Było to tak: po śmierci Zuzi nieszczęsna Agata długo rozpaczała. Wszyscy radzili, żeby spróbowała raz jeszcze. Na początku nie chciała słuchać, ale potem pomyślała: czemu nie? U następnej córki lekarze wykryli te same uszkodzenia, co u wcześniejszej. Trzecia – bo Agata znowu zapragnęła być mamą – dodatkowo nie miała kości udowej i stawu kolanowego. Potem urodziła się dziewczynka czwarta, piąta, ósma... Wszystkie umierały po kilkunastu dniach albo tygodniach. Najdłużej, bo aż pół roku, żyła Wiktoria – chirurdzy zdążyli zrobić jej tracheotomię, operację nerek oraz amputować nóżkę.
Im więcej dzieci Agata traciła, tym bardziej robiła się „przyzwyczajona”. Przestała stać pod gabinetem zabiegowym, gdy jej córeczkom zmieniano cewnik lub rurkę do oddychania. Biegła w tym czasie na inne oddziały, by nawiązać nowe znajomości i pochwalić się, jaka jest wytrwała i optymistycznie nastawiona. Szklankę widzi przecież zawsze do połowy pełną, a nie pustą, nie zważa na swoje zdrowie, tylko rodzi i rodzi. I będzie próbowała do skutku. Kiedy tylko dowiadywała się, że noworodek nie ma szans na przeżycie, traciła nim zainteresowanie. Irytowało ją, że umieranie trwa tak długo, bo ileż można siedzieć w tej upiornej sali, gdzie wszyscy mówią szeptem? W dodatku przy łóżeczkach zamiast wygodnych foteli stały stołki bez oparcia i nie wolno było używać telefonów komórkowych. Kiedy rozlegał się pisk wydawany przez aparaturę monitorującą funkcje życiowe, nadbiegali lekarze, a ona musiała wyjść na korytarz. Czekała w napięciu na to, co powiedzą: przykro im, próbowali, ale się nie udało, czy też, że reanimacja zakończyła się sukcesem? W pierwszym przypadku z płaczem, a jednocześnie z uczuciem ulgi opuszczała szpital, w drugim – jak niepyszna wracała na swój twardy stołek. 

31.10.2016

„Joseph” Marie-Hélène Lafon


„Joseph” to powieść bardzo nietypowa. Dlaczego nietypowa? Już wyjaśniam. Po pierwsze, Marie-Hélène Lafon na głównego bohatera wybrała starego, nieśmiałego parobka. Raczej niewiele osób będzie chciało czytać o kimś takim. Po drugie, jego życie zostało opisane w sposób dosyć suchy, bez emocji. Po trzecie, w książce nie ma akcji i dialogów, a zdania i akapity są bardzo długie. Na domiar złego w tym samym akapicie znajdują się opisy spraw niemających ze sobą związku, na przykład konfliktu z pedofilem i pogrzebu matki. Jeden czytelnik się w tym zagubi, drugi wprawdzie nie straci wątku, ale będzie uważał brak podziału na krótsze części za błąd konstrukcyjny...

24.10.2016

„Trawiasta ulica” Asar Eppel


„Trawiasta ulica” składa się z dziewięciu opowiadań. Najlepsze i zarazem najbardziej wstrząsające jest „Ci, którzy siedzą w mroku na wiedeńskich krzesłach”. We wszystkich Asar Eppel napisał o Ostankinie. Dziś ta dzielnica Moskwy znana jest z najwyższej w Europie budowli, kiedyś – czyli w czasie wojny i po wojnie, bo ten właśnie okres wspomina autor – stały tam baraki bez kanalizacji, a ulice porastała trawa. Czytelnik, który sięgnie po tę książkę, powinien wiedzieć, że nie spotka się z opiewaniem „kraju lat dziecinnych”, tylko z ostrą krytyką. W oczach Eppela Ostankino było miejscem ohydnym i demoralizującym. Nawet po latach nie zdobył się na to, by spojrzeć cieplej na swoje szczenięce lata. „Dzieciństwo sielskie-anielskie, niech cię szlag trafi!”* – napisał z pasją. Jego książkę czyta się z podziwem dla talentu autora, bólem oraz, ze względu na dużą ilość naturalistycznych opisów, ze wstrętem. 

Wzmianki o okrucieństwie ludzi pojawiają się w „Trawiastej ulicy” bardzo często. Ślepego Chimka dzieci złośliwie naprowadzają na słup i widząc, jak się z nim zderza, śmieją się do rozpuku. Podczas trzydziestostopniowego mrozu wyrostek wybija szyby w szopie, gdzie ukrywają się ledwo żywi Żydzi. Ordynarny Wasia dokucza głuchej Oldze. Nauczyciele bez umiaru wyzywają i biją uczniów. Mężczyzna cierpiący z powodu przepukliny nie może nawet liczyć na współczucie żony, bo ta dogaduje mu: „A co by było, gdybyś musiał rodzić?”. Naiwny Siemion zostaje napadnięty i – tak chyba można to nazwać – niemal zgwałcony przez prymitywne dziewuchy. Niektórzy piszą donosy na sąsiadów. Narrator (najprawdopodobniej tożsamy z autorem) pewnej nocy dla zabawy straszy przerażoną, bezradną kobietę. Wszyscy, którym o tym opowiada, śmieją się z ofiary. Mieszkańcy trawiastej ulicy nie wiedzą, co to wyższe uczucia. Ciocia Dusia, bezinteresownie opiekująca się niezaradnym sąsiadem i udostępniająca swój pokój bezdomnym kochankom, jest wyjątkiem. Wyobrażanie sobie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, było zresztą jedyną jej radością. 

Wspominane w książce zwierzęta zawsze cierpią. Krowa ma chory brzuch, kotka – liszaje i odmrożone uszki. Królik jest przez ludzi okradany ze swojego jedynego pokarmu, czyli zgniłych marchewek. O głodzie i bólu fizycznym Eppel pisze bardzo często. Jakże nieszczęśliwi są małżonkowie z ostatniego opowiadania! Co jakiś czas jedno lub drugie wyje, nie mogąc znieść męczarni. Od wielu dni jedzą tylko korę drzewa albo zamarzniętą kaszę. Siedzą w nieoświetlonej ziemiance, są sztywni z zimna. Nie mogą się nawet pocieszać nadzieją, że ktoś im pomoże, bo kto miałby to zrobić? Syn zginął na wojnie, córkę zabrano do łagru. A sąsiedzi nie wiedzą, co to miłosierdzie... 

---
* Asar Eppel, „Trawiasta ulica” („Травяная улица”), przeł. Jerzy Czech, Czytelnik, 1999, str. 218. 

12.10.2016

Kolejny gniot, tym razem z akcją w dziewiętnastowiecznej Anglii, czyli „Siostry medium”


Wiek dziewiętnasty, niezwykłe kobiety, duchy. Takie tematy to ja lubię, nic więc dziwnego, że skusiłam się na „Siostry medium” Adama Wojtasia. Jest to powieść o Margaret i Luizie Bell, które utrzymywały, że umieją porozumiewać się ze zmarłymi. Czytając, miałam silne uczucie, że już zetknęłam się z podobną historią. Ale gdzie? Wkrótce skojarzyłam: Wojtaś opisał życie sławnych sióstr Fox, tyle że zmienił ich dane osobowe i z nieznanych mi powodów nie zamieścił informacji, kim były pierwowzory bohaterek.

Obowiązkiem autora jest wiernie odtworzyć klimat epoki, w której umieścił akcję książki. Tymczasem dziewiętnastowieczna Anglia przedstawiona przez Wojtasia jest... hm, nieco dziwna. Mocno przypomina mi nasze stulecie.
„Pałac Fortescue'ów wypełnił się więc płaczem i śmiechem niemowlęcia. Matka i ojciec z radością doglądali swojej potomkini. Razem ją karmili, przewijali (...)”[1]. 
Pierwsze słyszę, by arystokrata własnoręcznie zmieniał pieluszki swoim dzieciom. Z początku myślałam, że jest on wyjątkiem, ale nie, inny bogaty bohater również uważa, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli oczyści niemowlaka. Postawa godna podziwu, tylko czy zgodna z prawdą historyczną? Przecież takimi sprawami zajmowały się niańki. A o niańkach autor w ogóle nie wspomina. 

Zdegustowana, postanowiłam nie zwracać uwagi na wątki dziecięce i skupić się na opisach domów bogaczy. Dowiedziałam się przedziwnych rzeczy. Otóż według autora pałac wyposażony był w „ganek zastawiony fotelami”[2], a w bogatych domach oraz w hotelach stały meblościanki: „Cały dzień spędziła w sypialni, czytając książki leżące na regale”[3], „Rozejrzała się po ścianach zapełnionych regałami z książkami”[4]. A przecież regały wymyślono w dwudziestym wieku! I nie wstawiano ich do domostw arystokratów... 

Postanowiłam przyjrzeć się scenom erotycznym. Może za nie będę mogła pochwalić Adama Wojtasia? W końcu trudno je zepsuć. 
„Margaret stanęła przed rzymską sofą obitą czerwoną satyną. Baron stał przed nią, a gdy odwracał się w jej stronę, został pchnięty na sofę. Leżał chwilę zaskoczony. Margaret zwilżyła górną wargę końcówką języka i wolno podeszła do mężczyzny”[5]. 
Chwileczkę, ale skoro go pchnęła, to znaczy, że stała blisko, dlaczego więc w jednym z kolejnych zdań jest napisane, że „wolno podeszła”? Eee, nawet sceny erotyczne się nie udały... To samo można powiedzieć o opisie zabójstwa. Jedna z postaci została ugodzona nożem w brzuch. Powinna skonać w wielkich męczarniach. Tymczasem ona długo gadała, zaśmiała się – i dopiero wtedy umarła. 

Książka jest napisana tak monotonnie, że działa na czytelnika niczym kołysanka. Autor wszystko streścił, tym samym pozbawionym emocji tonem napisał o zmienianiu pieluszek, erotyce i o zabiciu człowieka. Uważny czytelnik dostrzeże mnóstwo błędów. Najbardziej zdziwiły mnie te dwa:
„Odczuwała złość na siostrę, której nie czuła prawie nigdy”[6].
„Zdawała sobie sprawę, że nie kocha tego mężczyzny. Jednak mógł on być pomocny w planie, o którego istnieniu jeszcze nie zdawała sobie sprawy”[7]. 
Ktoś mógłby powiedzieć: do czorta z płytkimi postaciami, niedbałością o realia i ubóstwem językowym, skoro historia przeraża. Niestety, nie przeraża. Autor zaledwie kilka razy wspomniał, że coś zastukało, i na tym zakończył tworzenie klimatu grozy. W powieści o duchach to niewybaczalne. Moja rada: trzymać się od „Sióstr medium” z daleka. Szkoda czasu. 

Moja ocena: 2/6.

---
[1] Adam Wojtaś, „Siostry medium”, Novae Res, 2015, str. 84.
[2] Tamże, str. 86. 
[3] Tamże, str. 58.
[4] Tamże, str. 89. 
[5] Tamże, str. 54.
[6] Tamże, str. 101.
[7] Tamże, str. 58.

07.10.2016

Mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się kaleką, czyli kilka słów o „Z kim płaczą gwiazdy” Ewy Barańskiej


Z kim płaczą gwiazdy Ewy Barańskiej to powieść dla młodzieży. Główni bohaterowie nazywają się Weronika i Michał. Mają po siedemnaście lat. Zakochali się w sobie, jednak ich szczęście nie trwało długo: chłopak skoczył do wody na główkę i złamał kręgosłup na odcinku C5. Momentalnie jego ciało stało się bezwładne. Utonąłby, gdyby koledzy go nie wyciągnęli. W szpitalu dowiedział się, że o odzyskaniu władzy w nogach i samodzielności może tylko pomarzyć. Jak większość osób w podobnej sytuacji, poczuł się zrozpaczony. Przyjemność sprawiały mu jedynie spotkania z Weroniką, ale i one zaprawione były lękiem: czy dziewczyna nie odejdzie? Przecież mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się z niepełnosprawnym. Czy wreszcie można od niej wymagać, by kochała kogoś, z kogo właściwie została tylko głowa?

Barańska poruszyła bardzo trudne i bolesne tematy, takie jak pierwsza miłość, paraliż, depresja, sens życia, cierpienie, prawo do popełnienia samobójstwa. Bohaterowie zastanawiają się nad granicami poświęcenia, egoizmem, hipokryzją. Dostrzegają, że osoby, które mają na ustach mnóstwo frazesów o pomaganiu bliźnim, pierwsze umywają ręce, gdy zobaczą obok siebie kogoś skrajnie nieszczęśliwego. Weronice mówi się, że jest za młoda, by decydować o swoim życiu i wiedzieć, co to miłość, że nie warto poświęcać swoich planów dla chłopaka, którego ciało uległo zniszczeniu. Owszem, można dać mu trochę pieniędzy, ale żeby z kimś takim się wiązać?... Tę obłudę oraz potępianie osób, które chcą być z niepełnosprawnym, autorka pokazała bardzo dobrze.

Dla porządku muszę wspomnieć, że podczas czytania „Z kim płaczą gwiazdy” kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że Ewa Barańska pisze zbyt powierzchownie i lekko. Zwróciłam też uwagę na nienaturalność dialogów. Bohaterowie często wyrażają się w sposób książkowy. Matka Weroniki wydała mi się postacią przerysowaną. Drugą połowę powieści uważam za o wiele ciekawszą od pierwszej. Od sceny wypadku robi się dramatycznie i bardzo smutno. Ewa Barańska umie wzruszyć i dać do myślenia. A skoro tak, to może warto przymknąć oko na pewne niedoskonałości warsztatowe.

Jak zachowa się Weronika, wybierze życie łatwe i przyjemne czy też pójdzie trudniejszą ścieżką? Co wygra: miłość, a może wygoda? Czy Michał zrezygnuje z planów samobójczych? Czy wreszcie mamy prawo zmuszać niepełnosprawnych do życia, skoro i tak niewiele im pomagamy? Takie mniej więcej myśli będą towarzyszyły czytelnikowi, który sięgnie po tę książkę. 
„Możesz żyć jak świnia w chlewie, możesz skazać na poniewierkę własne dzieci, tłuc codziennie żonę, oddać matkę do przytułku, możesz być pasożytem, hipokrytą, oszustem lub inną mendą społeczną, jednak nigdy nie wzbudzisz większego oburzenia niż wtedy, gdy zechcesz skrócić swoje cierpienia. Nic tu nie ma do rzeczy biblijne przykazanie, nie zabijaj, bo możesz wymordować tysiące osób pod warunkiem, że w słusznej sprawie. Będziesz wtedy chodził w glorii bohatera, a nawet świętego. Jeśli jednak zabijesz wyłącznie siebie, żeby bodaj o minutę wcześniej uwolnić się od bólu, zostaniesz przeklęty na wieki wieków za życia i po śmierci, a twoja rodzina będzie żyła z piętnem hańby”*. 
---
* Ewa Barańska, „Z kim płaczą gwiazdy”, Telbit, 2008, str. 182. 

04.10.2016

„Szpital Czerwonego Krzyża” Michał Choromański


Chętnie sięgam po książki napisane kilkadziesiąt lat temu, bo można wśród nich znaleźć wiele perełek. Miło jest je czytać, miło polecać czytelnikom. Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na taką właśnie niesłusznie zapomnianą, ciekawą, piękną i niepodobną do żadnej innej powieść, czyli na „Szpital Czerwonego Krzyża”. Jej akcja niemal w całości toczy się na terenie szpitala, a bohaterami są członkowie personelu oraz pacjenci. Nazwy ich chorób brzmią strasznie: karbunkuły, sarkoma karku, flegmona łokcia, kamica nerkową, gruźlica kości. Niektórzy są po amputacji nóg. Leżą ci nieszczęśnicy w łóżkach, dowcipkują i psocą niczym dzieci albo też jęczą, gryzą ręce z bólu, umierają...

Rzecz dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. Opisane przez Michała Choromańskiego obyczaje i sposoby leczenia to już historia. Bohaterom robi się zastrzyki z heroiny, chronicznie chorzy przebywają w placówce latami, kobiet zgłaszających się na aborcję nikt nie nazywa zabójczyniami. Większość personelu mieszka na terenie szpitala, pielęgniarkami są siostry zakonne. Student Reinhort, u którego przed kilkoma laty zdiagnozowano gruźlicę płuc i kości, został umieszczony w gipsowym korytku, wyniesiony na werandę – i od tamtej pory leży nieruchomo na dworze. Nawet zimą, nawet nocą. W jednej ze scen przeczytamy o tym, jak potężna śnieżyca szarpie jego łóżkiem, a on, bezradny i całkowicie samotny, próbuje ocalić życie. 

Akcja toczy się bardzo wolno. Siłą tej powieści są, ciągnące się nieraz przez wiele stron, opisy stanów wewnętrznych bohaterów. Autor chorował na gruźlicę kości i płuc, wiedział więc wszystko o szpitalnej codzienności i uczuciach cierpiących ludzi. W swojej książce doskonale przedstawił lęk przed śmiercią, bunt, bezradność, różne reakcje na ból fizyczny. Pokusił się nawet o pokazanie lekarza w roli pacjenta. Człowiek ten, przedtem rozsądny, zaczyna zachowywać się dziwnie. Ukrywa przed innymi swój stan, operuje, choć niemal nic nie widzi i traci przytomność z bólu. A co, jeśli skalpel wyślizgnie mu się z ręki? Czy jest aż tak nieodpowiedzialny? Nie, wyjaśnia Choromański, to nie nieodpowiedzialność. Uruchomiły się po prostu jego mechanizmy obronne; postawił sobie diagnozę, ale że była zbyt straszna, natychmiast ją odrzucił. Uwierzył, że nic poważnego mu nie dolega.

Najciekawsza postać to według mnie Ksenio Brieg. Jest on serdeczny, łagodny, wciąż rozmyśla o pacjentach. Wydawałoby się, że taki dobry człowiek to skarb, jednak wiele osób męczy się w jego towarzystwie. Choromański wiedział, że czytelnicy lubią, by obok sympatycznych bohaterów pojawiła się czarna owca, ktoś, kto będzie wzbudzał złe emocje, wprowadził więc doktora Chwaścińskiego. Cóż to za kreatura! Bumelant, cham; im więcej wódki wypije, tym chętniej robi operacje. 

Książka została wzbogacona przemyśleniami autora na temat dobroci. Niektóre wydają mi się kontrowersyjne. Na przykład te: „Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to tak samo, co tego człowieka poniżyć”*. Kończąc, dodam, że pisarz posłużył się piękną, barwną polszczyzną. Czytanie napisanych przez niego zdań to ogromna przyjemność. Polecam! 

---
* Michał Choromański, „Szpital Czerwonego Krzyża”, Wydawnictwo Poznańskie, 1987, str. 276. 

Michał Choromański. Kilka cytatów


Nic tak nie wiąże i nic tak nie łamie życia jak cudza dobroć. Niebezpieczna, może niemoralna siła spoczywa w rękach dobrego człowieka. Dobroć jego nakłada obowiązki na otoczenie, pozbawia je wolności poruszeń i postanowień, zmusza do czynienia wszystkiego wbrew woli i ochocie. Jakżesz często pod wpływem cudzej dobroci człowiek postępuje inaczej, niżby tego pragnął, i robiąc dobry uczynek, w gruncie rzeczy robi uczynek zły, gdyż przyczynia się do własnego odwartościowania. Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to to samo, co tego człowieka poniżyć. (s. 275-76)

21.09.2016

„Pocałunek fauna” Iwona Banach


Główna bohaterka „Pocałunku fauna” Iwony Banach nazywa się Wanda. Od dwudziestu lat mieszka za granicą. Urządziła się, znalazła mężczyznę, który ją pokochał. Ale nie umie się tym cieszyć, wciąż rozpamiętuje wydarzenia, do jakich doszło, zanim uciekła z rodzinnego Bolesławca. Bo nie wyjechała za pracą czy w poszukiwaniu przygód, lecz właśnie uciekła – w pośpiechu, zdruzgotana, z sercem przepełnionym niewyobrażalnym bólem. Teraz wraca do kraju, by spotkać się z dawnymi przyjaciółmi. Czy ją to uspokoi, zmieni?

Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia Wandy, która jest chwiejna, słaba psychicznie i w wielu sprawach się myli. Do pewnego momentu można jej głęboko współczuć, potem czytelnik będzie miał mieszane uczucia – obok litości pojawi się gniew i odraza. Bo ileż można rozczulać się nad sobą? Kilka miesięcy, rok? Cóż, bohaterka zachowuje się tak aż przez dwadzieścia lat. Nie interesuje się niczym poza własnym bólem i nie tylko nie zauważa, że innym też jest ciężko, ale i krzywdzi osoby, które ją kochają lub są od niej zależne. Szczególnie wielki sprzeciw wywołało we mnie wydarzenie opisane na str. 134. Ale nie będę ciągnąć tego tematu, by nie zdradzić zbyt wiele z fabuły. W każdym razie portret psychologiczny Wandy uważam za bardzo wiarygodny.

„Pocałunek fauna” Iwona Banach. Kilka cytatów



„Bo mężczyźni są straszni, jeżeli chodzi o kobietę i o innych mężczyzn. Wybaczą kradzież i dzieciobójstwo, morderstwo i krzywoprzysięstwo, ale nie wybaczą innego mężczyzny, choćby był zanim, choćby był przedtem, choćby sami go wymyślili. Chcą mieć monopol na kobietę, na tę jedną kobietę i na tę jedną sferę jej życia” (s. 178).

11.09.2016

„Anka Pióro” Barbara Rosiek





Rano w kolejce do rejestracji w przychodni lekarskiej miałam podwiniętą moją czerwoną, seksowną sukienkę. Jakiś babsztyl zamiast mi tylko o tym powiedzieć, strzelił mnie po dupie, by ją wyrównać. Miałam ochotę zboka opluć, ale jestem dobrze wychowana*.

To fragment z „Anki Pióro” Barbary Rosiek. W tej książce poruszone zostały tematy, które są mi bliskie – samobójstwa, choroby psychiczne, przemoc w rodzinie, wpływ matki na samoocenę dziecka. Po przeczytaniu „Życia w hospicjum” czułam rozczarowanie, ale teraz zaczęłam lubić tę autorkę i niewykluczone, że wkrótce na moim blogu pojawi się kolejny wpis o jej twórczości.

„Anka Pióro” jest kontynuacją „Ćpunki” i „Skazanej”. Ma formę pamiętnika. Barbara Rosiek opowiada w nim o swojej codzienności, kłopotach rodzinnych, chodzeniu na terapię, a przede wszystkim o dziewiętnastoletniej narkomance Ani. Była ona dzieckiem niechcianym, traktowanym jak zło konieczne. Wierzyła, że przez nią zmarł ojciec, a matka nie może realizować swoich planów. Potem stała się ofiarą zbiorowego gwałtu. Tego już było dla niej za wiele, straciła chęci do życia. Rosiek martwi się o nią, ale nie potrafi jej wesprzeć w żaden konkretny sposób, czuje się bezradna. Jako psycholog wie, że pomóc można tylko tym, którzy pragną się zmienić. A ta dziewczyna nie chce żyć. We wczesnym dzieciństwie otrzymała od najważniejszej osoby, czyli matki, komunikat, że jest niepotrzebna, winna jakichś rodzinnych tragedii, i nie umie sobie z tym poradzić. Wybrała samozagładę i nie da się jej z tej drogi zawrócić. 

Książka ta rozwiewa mit, że każda matka chce jak najlepiej dla swojego potomstwa. Nie każda; są takie, które „wdrukowują” do mózgu dziecka przekonanie, że jest ono niewiele warte. Cieszę się, że pisarze coraz częściej i odważniej mówią o tym, ile krzywdy potrafi zrobić dziecku bezmyślna, egoistyczna lub po prostu nieszczęśliwa matka. 

Barbara Rosiek pisze w dosyć specyficzny sposób. Dużo narzeka i krytykuje innych. Wciąż zmienia tematy, akapity są krótkie, często jednozdaniowe. Pomiędzy opisy dnia codziennego wplata sentencje o życiu i sytuacji młodzieży oraz komentarze psychologiczne. Jej wypowiedzi są raczej pesymistyczne. Z niektórych można wywnioskować, że uważa się za bardzo dobrą pisarkę i poetkę. Do jej stylu trzeba się przyzwyczaić. Warto podjąć ten wysiłek, bo autorka ma ciekawą osobowość i dużo ważnych rzeczy do powiedzenia. 

---
* Barbara Rosiek, „Anka Pióro”, Mawit Druk, 2015, s. 38-39. 

31.08.2016

„Oszustki” Kerstin Ekman


Od autorów wymaga się, by brali aktywny udział w promocji swoich książek i nie wpadali w histerię na widok negatywnej recenzji. Powinni udzielać wywiadów, uśmiechać się do czytelników i nie okazywać, że krytyka sprawia im ból. Większość piszących jakoś sobie z tym radzi. Co ma jednak zrobić ten, który ogromnie pragnie tworzyć, ale nie jest w stanie pójść ani do wydawcy, ani na spotkanie autorskie, a na samą myśl o recenzencie czuje się tak, jakby na żywca zdzierano z niego skórę? Najlepiej byłoby, gdyby znalazł sobie jakieś spokojne zajęcie, hodował kwiatki, wyszywał serwetki... Ale tak się nie da. Nienapisane powieści będą domagały się „urodzenia”. Ten, kto czuje się pisarzem, musi pisać i szukać czytelników.

No dobrze, zapytacie, ale jaki ma to związek z „Oszustkami” Kerstin Ekman? Bardzo duży, bowiem jedna z głównych bohaterek, Babba, miała cechy charakteru, które uniemożliwiały jej realizowanie się w zawodzie pisarki. Jeden jedyny raz odważyła się wysłać opowiadanie na konkurs. Zobaczywszy recenzję, wpadła w szok. Przez trzy tygodnie chorowała, a gdy jako tako doszła do siebie, postanowiła: nigdy więcej ujawniania nazwiska i narażania się na krytykę. Ale nie chciała żyć w poczuciu niespełnienia. Długo myślała, co zrobić w tej sytuacji, i wymyśliła: znajdzie wspólniczkę, która w zamian za połowę dochodów będzie podpisywała powieści swoim nazwiskiem. Wybrała Lillemor – ładną, odważną dziewczynę z dobrego domu, znającą się na gramatyce i ortografii. Dogadały się i przez kilkadziesiąt lat udawało im się okłamywać wydawców oraz czytelników.

Kraków, kolejarze, ruch oporu, czyli „Pociąg berliński stoi przy peronie 2a”







Czasy okupacji hitlerowskiej. Mietek, Tadek i Alek pracują jako kolejarze na krakowskim dworcu. Codziennie sprawdzają stan techniczny pociągów wiozących Polaków do obozów i na przymusowe roboty do Trzeciej Rzeszy. Świadomość, że nie tylko nie walczą z okupantem, ale wręcz mu pomagają, jest dla nich nie do zniesienia. W końcu postanawiają działać. Co robili, ilu ludziom pomogli – o tym właśnie opowiada krótka książka pt. „Pociąg berliński stoi przy peronie 2a”.

Nie ma w niej jednego głównego bohatera, Jadwiga Chodakowska przedstawia sceny z życia różnych kolejarzy i uratowanych osób. Większość wydarzeń rozgrywa się oczywiście na dworcu, ale dostajemy też opisy rewizji w domu pomagającej konspiratorom pani doktorowej, spaceru po Krakowie itd. Najwięcej emocji budzą rozdziały pokazujące ratowanie więźniów. O dziwo, kolejarze nie zawsze spotykają się z wdzięcznością, niektórzy ocaleni nie rozumieją, dokąd jechali i czego uniknęli. Pewna dziewczyna, złapana przez Niemców na ulicy w przeddzień swojego ślubu, martwi się tym, że jeśli teraz wróci, narzeczony będzie podejrzewał, że spędziła noc z innym mężczyzną... 

26.08.2016

„Mimo wszystko” Agnieszka Monika Polak


Już kiedyś pisałam, jak redaktorka z Novae Res potraktowała książkę Agnieszki Moniki Polak pt. „Mimo wszystko”. Nie tylko nie poprawiła błędów stylistycznych (a każdy, nawet najlepszy pisarz, je robi), ale, o grozo, w pierwszym zdaniu, które jest naj, naj, najważniejsze z ważnych, zostawiła kwiatka. Autorka na tym traci, bo wiele osób, zerknąwszy na początek, zrezygnuje z czytania. Tymczasem ta powieść zasługuje na uwagę. Jest ciekawa, sensownie napisana i dosyć oryginalna.

Główna bohaterka istnieje naprawdę i nazywa się Ewa. Jako dziecko zachorowała na poliomyelitis. Pomimo rehabilitacji nie odzyskała zdrowia. Do dziś nosi na nodze aparat ortopedyczny i porusza się przy pomocy balkoniku. Ale nie narzeka. Zawsze zadbana, pogodna, umie sprawić, by wszyscy czuli się swobodnie w jej obecności. Jest gadułą i kiedy tylko znajdzie rozmówcę, opowiada mu o swoim życiu. Znajomi często mówią: „O tobie można by książkę napisać!”. Agnieszka Polak postanowiła właśnie to zrobić. Pojechała do Koszalina, gdzie mieszka Ewa, i wypytała ją o sprawy rodzinne, sercowe oraz zdrowotne, po czym na podstawie zebranych materiałów stworzyła powieść. Pomyślcie teraz: ile widzieliście książek, w których ktoś uwiecznił życie swojego przyjaciela? I to przyjaciela niebędącego celebrytą? Ja przedtem ani razu. Już choćby za to autorce należy się podziw. 

Powieść jest dosyć gruba, to ponad trzysta stron drobnym drukiem. Można w niej przeczytać o poszukiwaniu przez Ewę miłości, o jej perypetiach zdrowotnych, nie zawsze miłych kontaktach z rodziną, budowaniu domu za pieniądze wygrane w Totolotka i o wielu innych sprawach. Znalazło się też oczywiście miejsce na wątek przyjaźni pomiędzy obiema kobietami. Książka nie przygnębia, bo pomimo licznych problemów główna bohaterka nie tylko nie wpadła w depresję, ale wprost promieniuje optymizmem i energią. Nawet w dzień po ciężkiej operacji ortopedycznej zdołała zadbać o piękną fryzurę i makijaż, by się podobać lekarzom i odwiedzającym. 

Po dalsze informacje o Ewie i tej fajnej przyjaźni odsyłam do książki. Że są w niej błędy – to już wiecie, nie poczujecie się więc zaskoczeni. Treść jest ciekawa, kiedy już się zacznie czytać, trudno się oderwać. A ja czekam na opowieść o Basi i Węglarce i życzę autorce, by następnym razem trafiła na lepszego redaktora. 

---
Agnieszka Monika Polak, „Mimo wszystko”, Novae Res, 2012. Redakcja: Zuzanna Gościcka-Miotk.   Stron: 304. 

17.08.2016

Zofia Posmysz „Ten sam doktor M”


Dzisiaj chciałabym polecić Wam książkę Zofii Posmysz pt. „Ten sam doktor M”. Znajdują się w niej trzy opowiadania. Pierwsze nosi tytuł „Zengerin”. Autorka wspomina w nim okres, kiedy jako więźniarka Auschwitz pracowała przy oczyszczaniu stawów w Budach. Jedna z jej koleżanek miała przepiękny głos. Pech sprawił, że wśród strażników znajdował się meloman. Zmordowana pracą, wygłodzona, pobita dziewczyna musiała śpiewać mu niemieckie pieśni, a pozostałe więźniarki – stać i słuchać. Doprowadzało je to do wściekłości, gdyż chciały iść po swoją zupę i choć przez kilka minut odpocząć. Nieszczęsna śpiewaczka nie ze swojej winy stała się jedną z najbardziej znienawidzonych osób w podobozie.

„Ave Maria” opowiada o poobozowej traumie i dziejach pewnego małżeństwa. Mężczyzna wstydził się tego, że podczas wojny nie brał udziału w walkach i przeżył, podczas gdy tylu zdolniejszych od niego (Baczyński, Gajcy) zginęło. Postanowił więc zrobić coś ważnego dla kultury polskiej. Kiedy spotkał utalentowaną muzycznie byłą więźniarkę Auschwitz, odniósł wrażenie, że znalazł to, czego szukał. Ożenił się z nią i zajął jej wykształceniem. Sądził, że jest szczęśliwa. Jakże się mylił! Dopiero kiedy go opuściła, poznał wstrząsającą prawdę. 

W „Tym samym doktorze M” pisarka wspomina osoby bezinteresownie pomagające więźniom. Jednym z tych dobroczyńców był Janusz Mąkowski, który wyleczył ją z ciężkiej choroby i dobrym słowem dodał chęci do życia. Zastanawia się, dlaczego po wojnie nie starała się go odnaleźć i mu podziękować.

Zofia Posmysz bardzo dobrze zna realia obozowe, bo przebywała w Oświęcimiu (jej numer: 7566), umie analizować ludzkie charaktery, ma wielki talent literacki i nie boi się podejmować tematów, które uchodzą za wstydliwe i kontrowersyjne: pisze o homoseksualizmie w Auschwitz, samosądach, sprawach fizjologicznych, skrajnym braku higieny. Dzięki tym cechom jej utwory są wyjątkowo wnikliwe i oryginalne. Przy tym nie idealizuje Polek, z jej książek wynika, że niejedna biedaczka bardziej cierpiała z winy zawistnych rodaczek niż Niemców.

Moja ocena: 5/6

---
Zofia Posmysz, „Ten sam doktor M”, Iskry, 1981. Liczba stron: 248.

Hitlerowiec meloman, czyli fragmenty „Tego samego doktora M” Zofii Posmysz

Autorka. Zdjęcie skopiowane z Wikipedii

Hitlerowiec meloman

„On jednak rozlubował się na dobre w tych darmowych koncertach, zastępujących radio czy patefon. Może zresztą był melomanem? Na to wyglądało, sądząc po uporczywości, z jaką dzień w dzień domagał się swojej porcji melodii. Czerwony z przeżarcia (nasza kiełbasa smażona na naszej margarynie uzupełniała obiad z kuchni SS) rozwalał się w cieniu, rozpinał pas i rozkazywał:
– Ruft mal die Sängerin.
Zalecał nawet swemu dworowi, by był cicho, ponieważ on chce słuchać. I słuchał, słuchał rzeczywiście. Naprawdę słuchał. Czasem unosił zad, żeby dać upust gazom, anwajzerki mówiły Prosit i znów było cicho, tylko melodia płynęła, aż do następnej detonacji”[1]. 

Praca przy oczyszczaniu stawu i sprawy fizjologiczne

„Padał deszcz. W kamiennym milczeniu kursowało komando ze stawu na brzeg i z powrotem. (...) Nosiłam tragę ze śpiewaczką. Kroczyła jako pierwsza, miałam przed oczyma jej plecy chude i zgarbione, a gdy wychodziłyśmy na brzeg – jej nogi. Spływała po nich krew, płatami skrzepów, strużkami. Liście łopianu nie mogły zastąpić opasek higienicznych. Śpiewaczka płakała. Podnosiłam głowę, aby nie patrzeć na te nogi, a wówczas widziałam jej ramiona wstrząsane łkaniem”[2]. 

Śmiech w Auschwitz

„Pomyśleć – potrafiłyśmy się śmiać. Jeszcze czy znowu? Jak strasznie dużo trzeba, by zapomnieć śmiechu i jak niewiele, by go sobie przypomnieć”[3]. 

Jak to się stało, że Zofia Posmysz przeżyła?

„Kiedy zapytywano mnie, a pytano często i dotychczas jeszcze pytają, jak to możliwe, że przeżyłam, w jaki sposób przetrwałam aż trzy lata, odpowiadałam, że miałam szczęście. Taka odpowiedź wydawała mi się najwłaściwsza. W tym momencie – mojego zamilknięcia, jej wyczekiwania – uświadomiłam sobie, że zawierała jedynie połowę prawdy. Przeżyłam dzięki ludziom. W tym sensie mogę mówić o szczęściu, że spotkałam ludzi gotowych pomóc. Niechby tylko słowem, ale i ono się liczyło”[4].

Zapomniała podziękować swoim obozowym dobroczyńcom...

„Nieczęsto mamy powody do dziękowania za wyświadczone dobro, a jeśli je mamy, nie czynimy tego. Zosia – dawczyni ziemniaków, Mila przybiegająca po wieczornym apelu z dzbanuszkiem kawy, znany tylko z imienia Ziutek z męskiej kuchni przysyłający chleb i margarynę, doktor M. przynoszący lek... Czy któreś z nich wie, że to nie zostało zapomniane? Może mieli chwile, gdy ta świadomość pomogłaby im żyć?”[5]. 

Dlaczego nie pamięta twarzy?

„Gdy przykucnęła ze swoją miską obok mnie, zobaczyłam jej nogi, od stóp do kolan pokryte guzami czyraków.  Nie podniosłam oczu, by zobaczyć, do kogo te nogi należą. Wolałam nie mieć bliższych znajomych wśród osób, które może za kilka dni przyjdzie mi nieść, przewieszone przez styliska szpadli. (Dlatego teraz, gdy to piszę, w mojej pamięci jest tak mało twarzy. Są nogi, ręce, sflaczałe uda, obwisłe piersi. Nie ma twarzy. Mój oświęcimski pomnik nie miałby rysów, tylko piszczele, szkielety, tylko rusztowania kości)”[6].

---
[1] Zofia Posmysz, „Ten sam doktor M”, Iskry, 1981, str. 41-42.
[2] Tamże, str. 14-15.
[3] Tamże, str. 55.
[4] Tamże, str. 203.
[5] Tamże, str. 205.
[6] Tamże, str. 48-49.

06.08.2016

Czerwony Kapturek musi płakać


Bardzo żałuję, że polski wydawca nie zdecydował się nadać tej powieści tytułu będącego dosłownym tłumaczeniem z oryginału. Przecież „Czerwony Kapturek musi płakać” działa na wyobraźnię czytelnika o wiele mocniej niż nijakie „Milczenie”. I bardziej pasuje do treści. Malwina, trzynastoletnia bohaterka tej książki, wcale nie chciała milczeć. Próbowała skarżyć się rodzicom i rodzeństwu, tyle że nikt jej nie chciał słuchać.

Akcja powieści toczy się współcześnie w Niemczech. Ojciec Malwiny jest despotycznym nauczycielem. Matka ma problemy psychiczne, bo całymi dniami leży w łóżku, nie ubiera się, nie interesuje niczym. Na wszelkie próby rozmowy reaguje histerycznie, twierdzi, że boli ją głowa. Malwina, która nigdy nie usłyszała dobrego słowa od rodziców, otrzymuje mnóstwo czułości od dziadka. Ale nie cieszy się. Boi się go, czuje, że relacje pomiędzy nimi nie są takie, jak być powinny. Bo dlaczego starszy pan całuje ją w usta? Dlaczego zmusza ją do wspólnych kąpieli i – goły – żąda, by ona siadała mu na kolanach? W chwili, gdy zaczyna się akcja powieści, dziadek udaje chorego. Matka każe Malwinie zanieść mu koszyk z jedzeniem i butelką wina. Dziewczynka, niczym współczesny Czerwony Kapturek, idzie tam, gdzie nie jest bezpiecznie. Spotyka osobę będącą odpowiednikiem myśliwego oraz kogoś, kto zachowuje się jak podły, przebiegły wilk. Nawiązania do baśni spisanej przez Charlesa Perraulta są bardzo widoczne. 

25.07.2016

„Losy ludzkie”. O opowiadaniach szwedzkich po raz trzeci






O niektórych opowiadaniach z antologii „Losy ludzkie” pisałam już tu i tu. Dziś kilka słów o pozostałych. 

Artur Lundkvist: Pogrzeb („Begravningen”). Odbywa się pogrzeb pewnego kupca. Ludzie idący za trumną wyglądają na zasmuconych, ale co czują tak naprawdę? Wdowa rozmyśla o... swoim życiu erotycznym. Uważa je za nieudane. W młodości była oziębła i dopiero gdy weszła w wiek średni, zaczęła pragnąć miłosnych uniesień. Ku jej wściekłości mąż akurat zachorował. Spełnianie jej zachcianek przypłacał pogorszeniem stanu zdrowia: „Leżał potem, dysząc z wysiłku, nie mógł oddychać, układał pod plecami stos poduszek, opadał go strach”[1]. Wdowa nie może pogodzić się z tym, że „ze względu na jego serce od dawna nie służyła mu do tego, do czego powinna służyć kobieta”[2] i ma do niego żal: skoro już musiał umrzeć, dlaczego nie zrobił tego kilka lat wcześniej? Mogłaby wtedy związać się z innym mężczyzną, urodzić mu dziecko i być szczęśliwa... Lundkvist przytacza zaskakujące myśli jeszcze kilku żałobników. Na śmierć i pogrzeb spogląda cynicznym okiem. I choć porusza temat żegnania się z życiem, raczej żaden czytelnik nie wpadnie w smutny nastrój.

17.07.2016

Muszę mieć tę książkę. Przyszedłem tutaj, żeby ją ukraść... Fajny fragment ze „Złodziei koni” R. Grzeli




Czytam teraz „Złodziei koni” Remigiusza Grzeli. Natrafiłam w nich na bardzo ciekawy fragment o książce, którą znam i podziwiam, czyli o „Gorącym oddechu pustyni” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Jeden z bohaterów znalazł pracę magisterską o opowiadaniach tego autora, zaczął czytać i... Oto, co pisze Grzela:

Ale już od pierwszego rozdziału, w którym autorka cytowała opowiadania Herlinga, wiedziałem, że na tej pracy nie poprzestanę, że zaraz, jutro, wypożyczę sobie coś z biblioteki albo wyniosę z księgarni pod koszulą, bo książki kraść można, to nawet jest rodzaj wyróżnienia dla autora, że jego książki kradną... W każdym razie tak się zaczytałem, że przejechałem swój przystanek.[1]

15.07.2016

„Losy ludzkie”. O szwedzkich opowiadaniach po raz drugi






Niedawno pisałam o czterech opowiadaniach z antologii „Losy ludzkie. Dzisiaj kilka słów o pozostałych.

Gustav Hedenvind-Eriksson: „Fin Kowal i jego parobek” („Finnsmeden och hans dräng”). Żartobliwie o życiu parobka Nilsa, który ciężko pracuje, dostaje mało jedzenia i nie ma czasu, by porządnie się wyspać. Pewnego razu otrzymuje nakaz, by stawić się w jednostce wojskowej. Musi jechać do Polski i walczyć na chwałę Szwecji i jej króla. Bardzo byłam ciekawa polskiego wątku, ale autor nie pokusił się o szczegółowe opisy.

Pär Lagerkvist: „Windą do piekła” („Hissen som gick ner i helvete”). Pewna kobieta bez skrupułów zdradza swojego męża. Któregoś wieczoru wsiada z kochankiem do hotelowej windy. Jadą, całują się... i nagle uświadamiają sobie, że jadą zbyt długo. Przez kratkę drzwi nic nie widać, panuje nieprzenikniona ciemność. Jadą i jadą... zatrzymują się dopiero w piekle. W opowiadaniu tym Lagerkvist przedstawił własną wizję piekła. Różni się ono dość mocno od tego, jakie opisywali inni autorzy. Nie jestem pewna, jak mam rozumieć puentę. Czyżby noblista uważał, że cierpienie duchowe, o ile nie będzie towarzyszyć mu ból fizyczny, nie skłoni ludzi do skruchy?

08.07.2016

„Władcy, wojownicy” Jennifer Johnston


Akcja „Władców, wojowników” toczy się w irlandzkim miasteczku w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Główny bohater nazywa się Prendergast. Pochodzi ze znakomitej rodziny. Kiedyś żył wystawnie, dużo podróżował. Teraz, na starość, mieszka samotnie w ogromnej posiadłości. Pokoje niszczeją, pokrywają się kurzem i pajęczynami. Ze służby pozostał tylko zapijaczony, mściwy ogrodnik. Pan Prendergast sam przygotowuje sobie posiłki. Nie narzeka, samotność mu odpowiada. Nie wie, co to namiętność, nigdy się nie wzruszał, nie uronił ani jednej łzy w czasie długich tygodni, kiedy jego żona umierała. Zawsze był chłodny w uczuciach, trzymał ludzi na dystans. 

02.07.2016

Kilka cytatów z „Doktora Glasa”



Człowiek pragnie być kochany. Z braku miłości – chociaż podziwiany, z braku podziwu pragnie wzbudzać strach, a jeżeli nie osiągnie nawet tego, to pragnie wzbudzać chociaż wstręt i pogardę, chce poruszać ludzkie uczucia. Dusza wzdraga się przed próżnią, chce kontaktu za wszelką cenę.

Człowiek chce mieć kilka osób, z którymi może być szczery...

Nie jestem szczęśliwy, a mimo to nie znam nikogo, z kim chciałbym się zamienić. Na myśl, że mógłbym być tym czy tamtym z moich znajomych, serce mi się kraje. Nie, nie chcę być nikim innym. We wczesnej młodości bardzo cierpiałem z powodu braku urody, a gorące pragnienie bycia pięknym sprawiało, że czułem się jak pokraczne dziwadło.

30.06.2016

Anna Piecyk „Matnia”


Niedawno podjęłam decyzję, że nie będę już czytała książek wydawanych za pieniądze autorów, bo straciłam nadzieję, że znajdę wśród nich coś wartościowego. Nawet jeżeli treść mnie zaciekawi, i tak będę się irytowała podczas czytania – wszak vanitowcy słyną z lekceważącego stosunku do redakcji. A mnie do szału doprowadzają zdania typu „Tego ranka wstałam rano”. Kiedy więc kilka dni temu wybierałam sobie coś do czytania, zwracałam uwagę na wydawnictwo. Wpadła mi w oko „Matnia” Anny Piecyk. Z okładki dowiedziałam się, że to psychologiczna powieść o alkoholizmie, miłości i nienawiści. Takie tematy to ja lubię. Książkę wprowadziła na rynek Oficynka. Cóż to za wydawnictwo? Godne zaufania, bo wydają w nim znani mi autorzy: Katarzyna Mlek, Paweł Pollak, Tomasz Białkowski. Przyniosłam więc „Matnię” do domu, zaczęłam czytać i... 

Vilhelm Moberg „Twoja chwila na ziemi”


Powieść pt. Twoja chwila na ziemi opowiada o życiu Alberta Carlssona. Od kilku dziesięcioleci przebywa on w Kalifornii, ale, jak mówi, „jedynie w sensie cielesnym, a żyję w tym miejscu na ziemi, gdzie się urodziłem”[1]. Bez końca wspomina Smalandię. Mieszkał na wsi w jednej izbie z ojcem, matką, trzema siostrami i starszym bratem Sigurtem. Rodzice zmuszali go do ciężkiej pracy w polu i biciem karali za nieposłuszeństwo, ale nie narzekał. Pewnego razu stało się coś strasznego: zmarł jego brat...

Vilhelm Moberg poruszył takie tematy jak smutny los tułacza, życie na szwedzkiej wsi na początku dwudziestego wieku, samotność, utrata wiary, pierwsza miłość, bunt przeciwko rodzicom, żałoba. Jeszcze w żadnej książce nie spotkałam się z tak poruszającym opisem rozpaczy po śmierci brata. Autor pokazał, jak burzliwe uczucia towarzyszą żałobie. Albert z dnia na dzień się zmienił. Przestał być posłusznym synem. Tak znienawidził rodziców, których obwiniał o tragedię, że wyjechał na drugi koniec świata. Tym samym skazał się na samotność, bo, jak mówi Moberg, nieprawdą jest, że ten, kto zamieszkał za granicą, ma dwie ojczyzny. On nie ma żadnej. Nigdzie nie czuje się dobrze, nigdzie nie uważają go za swego. 

18.06.2016

„Trasa Edwarda Reinera”, czyli Karelia, wędrowanie po tajdze, polowanie na zwierza


Jest lato roku 1975. Dima, student historii, mieszka wraz z mamą w moskiewskiej komunałce. Oboje obsesyjnie rozmyślają o starszym bracie Dimy, który zginął dwa lata temu podczas wyprawy w góry. Mama całymi dniami nic nie robi, tylko mamrocze do siebie i płacze. Dima przesiaduje w drugiej części pokoju i próbuje się uczyć. W końcu upał oraz ciężka atmosfera tak mu się dają we znaki, że postanawia wyruszyć na spływ kajakowy. Swoje towarzystwo proponuje mu nie byle kto, bo sam Edward Reiner – sławny fotograf i podróżnik. Pakują więc rzeczy i wyruszają do Karelii.

11.06.2016

„Zabłąkania” Hjalmar Söderberg


„Zabłąkania” Hjalmara Söderberga to opowieść o życiu dwudziestoletniego Tomasa Webera. Dostał się on akurat na studia medyczne i poczuł się dorosły: zaczął wracać późno do domu, nawiązywać intymne znajomości z dziewczętami, wynajmować pokoje w hotelach, przesiadywać w restauracjach. Pieniądze, które otrzymał od ojca, szybko roztrwonił. Brak środków na przyjemności to najważniejsze i właściwie jedyne jego zmartwienie. O wiele więcej powodów do smutku miały dziewczęta, które mu się spodobały, czyli Märta Brehm i Ellen Karlsson.

Powieść ukazała się dawno temu, bo w roku 1895. Ale upływ czasu nie odebrał jej wartości. Söderberg pisał o uczuciach, które są uniwersalne. O tęsknocie, pożądaniu, zawiedzionym zaufaniu, znudzeniu życiem. Miał dar kreślenia wzruszających scen. Z otwartością poruszał tematy erotyczne, co irytowało współczesnych mu krytyków. Czytelnicy doskonale wiedzieli, kiedy pomiędzy bohaterami dochodziło do czegoś więcej niż niewinne uściski. Co ciekawe, w „Zabłąkaniach” opisał różne techniki uwodzenia. Czytamy więc o zdobywaniu dziewczyn prośbami, niemal gwałtem oraz przez opowiadanie wpływających na zmysły baśni. Scena z baśnią została skonstruowana bardzo misternie, gdyż w tym samym momencie, pod wpływem przypadku, dwie bliskie sobie osoby podjęły ważne decyzje. 

31.05.2016

Pewnego ranka obudziłam się z rana. Genialny początek książki wydanej przez Novae Res


Zainteresowałam się powieścią „Mimo wszystko” Agnieszki Moniki Polak. Przyciągnęła mnie informacja, że to historia życia niepełnosprawnej kobiety. Wyprawiłam męża na zakupy, by nie gadał mi nad uchem i nie przeszkadzał w czytaniu, zrobiłam kawę, usiadłam w fotelu. Otworzyłam książkę, zerknęłam na pierwsze zdanie... i omal nie oblałam się kawą :-(


26.05.2016

Lagerlöf, Söderberg, Strindberg, Bergman. Cztery wspaniałe spotkania z klasyką szwedzką



Z posłowia do „Opowiastek” dowiedziałam się, że czwórka największych klasyków szwedzkich to Selma Lagerlöf, August Strindberg, Hjalmar Bergman i Hjalmar Söderberg. Tak się złożyło, że niedawno miałam okazję przeczytać po jednym opowiadaniu każdego z tych twórców. Znajdują się one w antologii „Losy ludzkie”.

Wigilijny wieczór. Podczas gdy gospodyni odczytuje przypowieści biblijne i rozmyśla o tym, że raz w roku ludzie i zwierzęta powinni zachowywać się wobec siebie jak bracia, jej mąż wyrusza do lasu. Jest mroźno, pada śnieg. W ciemnościach łatwo zgubić drogę... Tak zaczyna się „Pokój boży” Selmy Lagerlöf. Noblistka zauroczyła mnie nastrojowością opisów i połączeniem realizmu z baśniowością. Uczuć podczas czytania było co niemiara: lęk o życie wieśniaka, zdumienie rozwojem akcji, rozbawienie, zadowolenie, że jedna z postaci została słusznie ukarana. Miałam wrażenie, że przeczytałam długą powieść, a nie krótkie opowiadanie.

19.05.2016

Za najnudniejszą i najgorzej przetłumaczoną szwedzką powieść uważam...


Odkąd jako dziecko zetknęłam się z bajkami o Muminkach, uwielbiam książki napisane przez Skandynawów. Niemal nigdy nie stawiam im oceny niższej niż pięć (w skali sześciopunktowej). Ale tym razem, po przeczytaniu „Spraw intymnych” Märty Tikkanen, waham się pomiędzy dwóją a jedynką. Z połączenia nudziarstwa autorki i małej sprawności językowej tłumaczki powstała książka nieczytelna, dziwaczna, najeżona błędami wszelkiego rodzaju. Czytając ją, co chwilę trzeba się zastanawiać, co Tikkanen miała na myśli. I przez to trudno się skupić na treści. W powieści nie ma żadnej akcji, autorka chciała napisać o emocjach nieszczęśliwie zakochanych ludzi (narratorką części pierwszej jest młoda kobieta wspominająca romans z żonatym mężczyzną, drugiej – ojciec tej kobiety), ale jej się to nie udało. Opisy uczuć są bardzo powierzchowne, nie zachwycają i nie przekonują czytelnika. Twórczyni „Spraw intymnych” należy do autorek, które – widząc przed sobą ocean – opisują kałużę. A i kałuży nie potrafią przedstawić w sposób ciekawy.