30.12.2015

Największy gniot roku 2015, czyli „Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły


„Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły to wyjątkowo płytkie romansidło o przewidywalnej akcji, składające się z kilkunastu rozdziałów o słodziutkich tytułach „Jedno serce”, „Dwa serca” itd. Bohaterka nazywa się Magdalena, ma czterdzieści kilka lat i chce rozpocząć nowe życie. Spotyka się z Adrianem, a jej były mąż Tomasz, widząc ich szczęście, jest „wściekły na siebie za swoją butę, arogancję, a wręcz chamstwo, jakim obdarzył Magdalenę”[158]. Obdarzył chamstwem?...
„I pragnęła tego... Jego... Nie tylko tego, co dawało jej jego ciało, ale i serce. A umysł nie mógł być strażnikiem w głowie żadnego z nich. Później oboje łaskawie dopuszczali go do głosu. Znów królował i utrzymywał ich od siebie w lekkim dystansie”[102].
Takim stylem Grzebuła opisuje sceny erotyczne, których w powieści znajduje się mnóstwo. Trudno zliczyć, ile razy w ciągu jednej nocy „podniecenie Adriana było już widoczne i nie tylko namacalne”[97] oraz „znów dawały o sobie znać pożądanie i spychana w podświadomość żądza”[116]. Swoją drogą, czy pożądanie i żądza to nie jedno i to samo? Autorka tej powieści buduje nadzwyczaj dziwne zdania. Równie kuriozalne są tworzone przez nią dialogi. Oto sposób mówienia bohaterki:
„Jestem dumna i szczęśliwa, że potrafiliśmy naszą uprzednią znajomość przetransponować na grunt tak szlachetnej, dojrzałej i bogatej wewnętrznie przyjaźni. (...) Nasza przyjaźń jest tak wyjątkowa, że można jej nam naprawdę pozazdrościć, mimo że zrodziła się na tak nietypowym podłożu. Nie opieraliśmy jej na seksie, ale na naszych duszach”[82-83]. 
A jej ukochany wyraża się tak:
„Magdaleno, podziwiam cię nie tylko za tak wyjątkową i naturalną urodę, ale za to, co sobą reprezentujesz: inteligencję i poczucie humoru. Ono bywa strzałą, która może zranić, ale bywa, że na jej ostrzu jest słodycz. (...) Celność uwag i klasa, z jaką odpowiadasz na riposty, zadziwia. Twój rozmówca będzie głupcem, jeśli spróbuje ofensywy w słowie”[86].
„Twoja twarz, głos, uśmiech przebijały się przez mój zmęczony umysł i docierały do najbardziej skrytych zakątków mojego serca”[47]. 
I wreszcie Grzebuła nie skąpi czytelnikowi złotych myśli w rodzaju: „Bo paradoksalnie ludzie widzą nas tak naprawdę naszymi oczami”[140].

Jak nie błędy, to idiotyczne maksymy. Jak nie drewniane dialogi, to śmieszne metafory. W dodatku wszystkie wydarzenia z życia bohaterki, nawet te dramatyczne, zostały opisane w powierzchowny sposób i trudno się nimi przejąć. 
„Adrian był, jak zawsze, pełen inwencji słowa oraz polotu myśli”[57],
„Podchodziła do niej wciąż niepewnie, ale nie z powodu strachu przed spotkaniem, a przed sensem samego faktu spotkania”[38],
„Patrzył tymi swoimi zuchwałymi oczami w kolorze nieba, mrużąc je, jakby chciał nadać im symbolikę małego cwaniaczka”[21],
„Kiedy była za drzwiami, przez umysł, a może serce, przebiegła jej myśl, uczucie...”[44],
„Całował ją tak długo i namiętnie, że i jemu samemu zakręciło się w głowie. A ona obejmowała go czule, z namiętnością, która powoli wkradała się w ich ciała, serca i umysły”[47],
„Nie wiedziała, który ból dokucza jej bardziej: umysłu, duszy czy, prozaicznie, ciała?”[79],
„serce i umysł rwały się do niego”[51],
„przez jej usta z umysłu wydarły się słowa”[139],
„Czy liczył na coś więcej? Gdzieś na dnie serca, umysłu... tak”[9],
„I zatrzymało przy niej umysł Adriana... Czy tylko umysł?”[15],
„Tyle tylko, że teraz to ona siedziała w fotelu częściej niż ona”[137],
„Czas bawił się jej pragnieniami. A co później zapragnął jej ofiarować? Dowie się. W swoim czasie”[44],
„(...) żaden plan by tego faktu nie odwrócił. To było już odgórnie zaplanowane i niemożliwe do modyfikacji”[84],
„obmyśliła, że urządzi swoje mieszkanie w nieoklepany i niezamknięty hermetycznie wizerunek mieszkań w starym budownictwie”[84],
„Żadne z nich nie ukrywało łez. Łez szczęścia, że mają siebie i że w ich życiu znów jest blask, blask światła życia...”[138],
„dalsze jego słowa nie rozbrzmiały”[49],
„myśli Magdaleny na krótką chwilę powędrowały do wspomnień”[39],
„stanowili dla siebie zawsze odrębne tajemnice osobowości”[58],
„Przeczuwał - słusznie - że to On postawił na jej drodze cierpienia oraz walki o życia ludzi mądrych i oddanych swemu zawodowi, pasji”[141].
„Dostroił więc ich poziomy miłości, zgrał w idealnie harmonizująca falę i pielęgnował w nich to uczucie”[143].
Zanim kandydat na pisarza zacznie się starać o wydanie książki, powinien sobie odpowiedzieć na pytanie: czy na pewno mam z czym wyjść do ludzi? Autorka „Epizodu na dwa serca” nie ma. Pisze w sposób tak nieporadny i dziwaczny, że moim zdaniem powinna ten swój utworek trzymać na dysku, a nie drukować i sprzedawać. 

Moja ocena: 1/6.

---
Marta Grzebuła, „Epizod na dwa serca”, Warszawska Firma Wydawnicza, 2011. 

21.12.2015

„Młodość Martina Bircka” Hjalmar Söderberg




Martin Birck pochodzi z ubogiej rodziny z klasy średniej. Marzy mu się kariera literacka, poza tym pragnie namiętnie kochać i robić to, co naprawdę go interesuje. Ale nic z tego, bo musi przesiadywać w urzędzie, zajmować się rachunkami i wysłuchiwać nudnych rozmów. Walczy z uczuciem rozczarowania, pociesza się myślą, że jego jałowe życie kiedyś stanie się wartościowe, i tak mijają lata...

W „Młodości Martina Bircka” Hjalmar Söderberg portretuje człowieka, który nie umie pogodzić się z prozą życia, chciałby czegoś więcej, ale nie ma środków finansowych ani odwagi, by cokolwiek zmienić. Stara się więc dopasować do otoczenia, ukrywa swoją prawdziwą naturę. Jest wrażliwy i zacny, ale też tchórzliwy i niezdecydowany. Nie mówi matce, że stał się ateistą, bo nie chce jej zasmucać. Uważa, że nie stać go na utrzymanie rodziny, toteż nie proponuje swojej przyjaciółce małżeństwa. Ukrywa też swoje wiersze, bojąc się wyszydzenia – wszak w oczach ludzi początkujący poeta to śmieszny, godny pogardy dziwak.

Söderberg dokładnie opisuje dzieciństwo i żałosną młodość Martina, wprowadza też wątek miłosny. O poszukiwaniu miłości pisze zarówno z punktu widzenia mężczyzny, jak i kobiety. W powieści pojawia się uboga dziewczyna, która w dzień pracuje, a wieczorami tęskni za romansem. Pogodziła się z tym, że nigdy nie wyjdzie za mąż, ale z brakiem kochanka pogodzić się nie umie. Szuka więc odpowiedniego mężczyzny, co nie jest łatwe, gdyż ci z końca dziewiętnastego wieku lubili pogardzać dziewczętami, które im się oddały. Pisarz podkreśla, że kobieta ma prawo tęsknić za miłością fizyczną tak samo jak mężczyzna i nie jest to niczym złym, przeciwnie, całkowicie naturalnym. Niby to oczywistość, a jednak ponad sto lat temu poglądy Söderberga musiały ludzi drażnić.

08.12.2015

„Za krawędzią nocy” Carina Rydberg


Narratorem Za krawędzią nocy Cariny Rydberg jest... duch. Za życia duch ten był dość nieszczęśliwą kobietą o imieniu Marika. Popełniła ona samobójstwo i zamiast zniknąć w zaświatach, jak przystało na zmarłą, fruwa nad swoimi bliskimi, obserwując ich i podsłuchując. Wspomina też przeszłość. W jej wspomnieniach pojawiają się niemal same okropności – niesprawiedliwa matka, pedofil, zabójstwo, niewierny mąż...

Tyle tych nieszczęść, powinnam więc mocno przejmować się podczas czytania. Ale nic z tego, powieść nie wywołała we mnie żadnych emocji, ogromnie się przy niej wynudziłam. Myślę, że to dlatego, że autorka nie umie pisać w sposób poruszający. Skupia się na makabrycznych szczegółach, chce zaszokować czytelnika wciąż nowymi opisami różnych anomalii, a nie dba o głębię psychologiczną postaci i o prawdopodobieństwo wydarzeń. Podam przykład: mąż Mariki notorycznie zdradza ją z mężczyznami. Okej, mogło tak być. Ciotka Mariki, Greta, ma faceta Andreasa, który wciąż ją zdradza z mężczyznami. Hmm. W powieści pojawia się też Camilla, która ma chłopaka Markusa, a ten Markus zdradza ją z... zgadniecie, z kim? A jakże, z mężczyznami, bo przecież Carinie Rydberg nic innego nie mogło przyjść do głowy. Urozmaicenie wprowadziła jedynie podczas opisywania reakcji kobiet: Marika i Greta są zazdrosne, a Camilla przeciwnie, pozwala swojemu Markusowi umawiać się z chłopakami. Czy w tej powieści pojawia się choć jeden mężczyzna, który nie miał homoseksualnych przygód? Tak, jeden, ale dziwnym trafem gustuje on w małych dziewczynkach.

Żadna z postaci (nawet lekarz) nie boi się zarażenia wirusem HIV. Czyżby Rydberg nie słyszała o AIDS? Może i nie, bo ona nawet nie umie odróżnić poronienia od porodu. W książce napisano*, że Marika, będąc w siódmym miesiącu ciąży, miała poronienie. Z poronieniem mamy do czynienia do dwudziestego drugiego tygodnia ciąży, potem to już jest poród; w przypadku Mariki – martwy poród. Ale nie poronienie.

Nie tylko wątki homoseksualne się powtarzają, bo też kazirodcze. Bohaterka z bratem, Greta z siostrzeńcem... Wyjąwszy Amandę wszystkie postacie są odpychające i zdemoralizowane. Osoby, które lubią książki z wieloma scenami przemocy i z elementami pornografii gejowskiej, z pewnością będą czytały z zaciekawieniem. Ja jednak od literatury oczekuję czegoś więcej. Jedynie zakończenie mogę pochwalić, bo jest pomysłowe i zgrabnie zamyka historię z duchem. 

Moja ocena: 3/6.

---
* Carina Rydberg, „Za krawędzią nocy” („Osalig ande”), przeł. Paweł Pollak, Książnica, 2001, str. 65, 96, 143.

Dopisek. Okazało się, że tłumacz tej książki, Paweł Pollak, nie zgadza się z moją recenzją i napisał polemikę. Zachęcam do jej przeczytania. 

02.12.2015

„Wiosna, Emilio” Elżbieta Cichla-Czarniawska


Siostry Zofia i Emilia od kilkudziesięciu lat mieszkają razem. Schorowana Emilia nieraz marudzi i ze złości rozbija szklanki, ale szybko zaczyna się wstydzić i przepraszać. Zofia w myślach życzy jej śmierci, ale tylko przez chwilę, bo zaraz pojawia się litość i zrozumienie dla zniecierpliwionej chorej. Emilia przecież od kilkudziesięciu lat ma gruźlicę, a teraz właściwie dogorywa, więc jak można gniewać się na to biedactwo? I mają na świecie tylko siebie...

Nie wiem, jak autorka to zrobiła, ale tę powieść o nudnym życiu starych panien czytało mi się znakomicie. Może dlatego, że relacje pomiędzy siostrami zostały opisane w bardzo głęboki sposób. Widać, że uczucia Zofii do Emilii są mocno, mocno mieszane. Zofia nie ma predyspozycji do zawodu pielęgniarki, brzydzą ją zapachy lekarstw, zarazki, kaszel. Czuje się pokrzywdzona, bo od wczesnej młodości musiała tkwić przy chorej. Wydaje jej się, że to przez Emilię zamknięta jest w klatce, traci znajomych, nie ma czasu na czytanie książek. Właściwie odpoczywa tylko wtedy, kiedy siostra przebywa w szpitalu. Ale wpada w panikę, kiedy Emilia ma krwotok lub wyższą niż zwykle gorączkę. To miłość, zniewolenie, a może po prostu przyzwyczajenie? Podczas czytania zastanawiałam się, co będzie, gdy Emilia wreszcie umrze. Czy Zofia zacznie korzystać z życia, a może nie będzie umiała uporać się z uczuciem pustki?...