29.10.2015

Sara Stridsberg „Happy Sally”


W różnych zabawach blogowych często pojawia się pytanie: która książka początkowo ci się nie podobała, a potem okazała się jedną z lepszych? W odpowiedzi mogłabym wymienić „Happy Sally szwedzkiej pisarki Sary Stridsberg. W ciągu ostatniego roku zaczynałam ją trzy razy, po przeczytaniu kilku kartek odkładałam ze zniechęceniem, myśląc: nudna, dziwna, a kiedy sięgnęłam po nią raz jeszcze, poczułam się oczarowana i nie wstałam z fotela, dopóki nie przeczytałam jej do końca. Tak to czasami bywa i trudno powiedzieć, dlaczego :-)

„Happy Sally” niełatwo streścić, gdyż nie ma w niej typowej akcji, większość miejsca zajmują fragmenty fikcyjnego pamiętnika sławnej pływaczki Sally Bauer oraz wspomnienia snute przez córkę Ellen (Ellen też pragnęła pokonać wpław kanał La Manche). Kobiety te całe swoje życie podporządkowały marzeniu o zdobyciu rekordu. Sally była samotna, nikogo więc nie krzywdziła, ale Ellen w żaden sposób nie potrafiła pogodzić namiętności do pływania z zaspokojeniem potrzeb swoich dwojga dzieci. Córka Ellen ma bardzo smutne wspomnienia: wraz ze swoim pięcioletnim braciszkiem codziennie siedziała na plaży, czekając, aż matka zakończy wielogodzinny trening. Albo też płynęła łódką po oceanie w ślad za matką, nadaremnie prosząc ją o wyjście z wody. Jakże samotne i zagubione czuły się te dzieci, ileż razy drętwiały ze strachu: czy matka wynurzy się spośród fal, czy może już utonęła?... Odniosłam wrażenie, że Ellen narażała dzieci na taki stres nie dlatego, że była egoistką, ona po prostu nie potrafiła inaczej, czuła się bezradna wobec siły, która popychała ją do spełniania marzeń.

23.10.2015

Dzień Dziecka Utraconego i osiem pamiętników matek, których dzieci umarły

Blogerzy lubią zaglądać do kalendarza i w odpowiednim czasie publikować posty o Dniu Kota, Dniu Teściowej i innych arcyważnych świętach. To dobrze, nie mam nic przeciwko temu, niech publikują, szkoda tylko, że Dzień Dziecka Utraconego przeszedł bez echa. Podejrzewam, że to nie dlatego, że lekceważy się uczucia osieroconych matek (bo tak my jesteśmy nazywane), tylko z niewiedzy i zwyczajnego strachu, bo poronienie, a tym bardziej śmierć dziecka to coś, co jest wbrew naturze, co wzbudza nieopisaną grozę i uchodzi za temat tabu. Lepiej nie mówić o tym, nie interesować się tym – tak pewnie myśli większość osób. Ci, którzy jednak chcieliby się zainteresować, mogą sięgnąć po wspomnienia napisane przez rodziców zmarłych dzieci. Poniżej przedstawiam osiem takich pamiętników. 


Aniołkowe mamy zawierają wypowiedzi dziewcząt, które poroniły lub straciły dzieci tuż po porodzie. Dużo jest w tej książce przejmujących zwierzeń o tęsknocie, pustce, rozpaczy, zazdrości i o bezduszności ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziewczyna po poronieniu pozostaje w ogromnej żałobie. Niektórym wydaje się, że poronienie to nic takiego, że ta załamana dziewczyna przesadza ze swoją rozpaczą, bo przecież „nie ma po czym płakać, to jeszcze nie było dziecko, tylko zlepek tkanek”. Nie, to nie zlepek tkanek, tylko dziecko, z którym matkę łączyła przeogromna więź uczuciowa.

Oddział onkologiczny, punkcje, chemioterapia, nakładanie czapeczki na wyłysiałą po chemii malutką główkę i wreszcie śmierć – o takich to bardzo smutnych sprawach można przeczytać w książce pt. Zaproszenie do nieba. Monika Zeitner wspomina w niej swoją biedną córeczkę Annikę, opowiada, jak starała się ją rozweselić, zająć zabawami. Przez cały ten trudny okres zmagała się z pytaniami: jak wyjaśnić Annice, co dzieje się z jej ciałem? Ile jej powiedzieć? Jak przygotować ją na śmierć? Czas, kiedy siedzi się przy łóżeczku terminalnie chorego dziecka, nie jest czasem na płakanie. Matka, choć jej serce rwie się na strzępy, nie może się załamywać i pokazywać dziecku zbyt smutnej twarzy, by go jeszcze bardziej nie przerazić. Musi pocieszać, uśmiechać się, towarzyszyć przy bolesnych zabiegach. Potem będzie miała dużo czasu na płakanie...

W książce Maria Manuela. Pamiętnik chorej dziewczynki Włoszka Gilda Mori podzieliła się wspomnieniami o swojej córeczce, która urodziła się z wadą serca i zmarła, mając nieco ponad roczek. Historia ta wydarzyła się ponad pięćdziesiąt lat temu. Maria Manuela musiała czekać na operację do trzeciego roku życia – i nie doczekała. Gdyby urodziła się w naszych czasach, miałaby duże szanse na przeżycie, bo teraz operacje serca wykonuje się bardzo małym dzieciom. Autorka wspomina córkę, ale pisze też bardzo dużo o swojej wierze. Mnie to irytowało, ale inne czytelniczki może znajdą w słowach Gildy Mori pocieszenie.



Miriam zmarła, mając lat osiemnaście. Jej tragedia zaczęła się od wizyty u okulisty. Lekarz zauważył objawy nowotworu i kazał dziewczynie natychmiast jechać do szpitala. Przebieg choroby (rak móżdżku), próby leczenia i wreszcie śmierć Miriam zostały opisane w bardzo wzruszających Listach do Miriam. Lutgard van Heuckelom napisała jeszcze kontynuację pt. Dziękuję ci, Miriam – to taki lament osieroconej matki, głębokie studium żałoby.


Jane, która także zachorowała na nowotwór, żyła nieco dłużej niż Miriam, bo dwadzieścia kilka lat. Zanim umarła w hospicjum, musiała znosić okrutne cierpienia fizyczne. Jako pacjentka była często niecierpliwa, złościła się na pielęgniarki, prosiła o eutanazję, nie chciała się myć, bo było to dla niej zbyt trudne. W książce Sposób na umieranie rodzice Jane, Rosemary i Voctor Zorza, opisali to wszystko krok po kroku, wychodząc z założenia, że jeśli już zdecydowali się na szczerość, to muszą być szczerzy we wszystkim. Przyznali się nawet do tego, że czasem gniewali się na swoją śmiertelnie chorą córkę.



W książce W twoich rękach Carl Glenys wspomina swojego syna Scotta, który jako dorosły już człowiek miał wypadek, podczas którego doznał urazu mózgu. Mówiono, że nie wybudzi się ze śpiączki, jednak się obudził. Matka z ogromnym poświęceniem pielęgnowała go, rehabilitowała, organizowała pomoc wolontariuszy. Była gotowa przenosić przysłowiowe góry. Tyle zrobiła, a jej syn i tak zmarł...

Paulę Isabel Allende umieszczam na tej liście tylko z poczucia obowiązku. W porównaniu do innych pamiętników matek, których dzieci zmarły, ten jest spokojny, mało depresyjny. Może dlatego, że Allende więcej napisała o sobie niż o swojej Pauli. Trochę mi to przeszkadzało. Książkę tę czytałam już dawno temu. Nie wiem, może dziś odebrałabym ją inaczej, lepiej. W każdym razie uważam ją za najsłabszą, najmniej poruszającą  z wymienionych tu pozycji, pozostałe szczerze polecam.



Również popularna pisarka Danielle Steel straciła dziecko. Jej utalentowany i przystojny Nick zginął, mając dziewiętnaście lat. Od małego chorował na psychozę maniakalno-depresyjną, ale był źle leczony i w końcu doszło do samobójstwa. Steel poświęciła synowi książkę Światło moich oczu. W innej książce tak napisała o swoich uczuciach:

Śmierć Nicka nieomal mnie unicestwiła i przez dobre trzy miesiące po tej tragedii błąkałam się po domu w koszuli nocnej, zbyt roztrzęsiona, by się ubrać, i rzadko pamiętałam o tym, by się uczesać.

PS. Proszę o niekomentowanie tego wpisu, chyba że ktoś zna inne wspomnienia tego typu i chciałby podać tytuły.

14.10.2015

Aleksander Sowa „Umrzeć w deszczu”


Na swojej stronie internetowej Aleksander Sowa zachęca do sięgnięcia po powieść pt. „Umrzeć w deszczu”. Ci czytelnicy, którym nie przeszkadza, że autor reklamuje się z błędem ortograficznym*, będą mogli przeczytać wzruszającą historię o czterdziestoletnim fotografie pragnącym popełnić samobójstwo. Cała powieść, z wyjątkiem kilku początkowych i końcowych stron, ma formę monologu i utrzymana jest w melancholijnym klimacie. Fotograf mówi i mówi, popłakując, słuchająca go dziennikarka również ociera łzy. 

Od razu wyznaję, że książkę tę uważam za wyjątkowo lichą, ale jestem w mniejszości, bowiem niemal wszyscy recenzenci podczas jej czytania wpadali w euforię. Z przyjemnością i całkowitą pewnością oceniłam ją na notę 10 – najwyższą, nadając jej miarę arcydzieła, Jako jeden z niewielu plusów mogę wymienić język, styl i ogólnie warsztat pisarski Aleksandra Sowy, Warstwa językowa jest świetna – takie mniej więcej zachwyty można znaleźć na blogach. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda owa „świetna warstwa językowa”, przeżyłam szok, bo czegoś tak niechlujnego i kuriozalnego od dawna nie widziałam. Autor chyba spał na lekcjach gramatyki, ponadto nie potrafi jasno wyrazić swoich myśli i podejmuje zbyt trudne jak na swoje umiejętności tematy. Mnóstwo w tej powieści żenujących błędów wszelkiego rodzaju, górnolotnych sformułowań, śmiesznych piętrowych metafor, banałów, wodolejstwa i bełkotu. Nic dziwnego, że tradycyjne wydawnictwa uznały, że takie coś trzeba wywalić do kosza. Aleksander Sowa, niezrażony odmowami, skorzystał z usług Poligrafu – to firma, która wydrukuje każde dzieło, o ile otrzyma od jego autora kilka tysięcy złotych.

Nawet gdyby ta książka została napisana poprawnym językiem, i tak by mi się nie podobała, choćby dlatego, że za dużo jest w niej kiczowatych scen erotycznych, które nic nie wnoszą, zapełniają tylko miejsce. Bohater niby to uwielbia kobiety, ale jeśli je wspomina, to niemal wyłącznie w kontekście seksualnym. Kiedy czytelnik dowie się, że fotograf poznał jakąś Blankę czy Monikę, to zaraz otrzyma rozwlekłe opisy łóżkowe. Nawet w wątek wojny na Bałkanach autor wepchnął scenę erotyczną, co już jest po prostu niesmaczne.

Sowa poruszył ciekawe tematy, ale w sposób powierzchowny, byle jaki. Kilka scen sprawia wrażenie mało wiarygodnych. Na przykład kiedy bohater w wieku osiemnastu lat wymykał się o dwudziestej drugiej z internatu, jego rówieśnicy i wychowawca pogrążeni byli w głębokim śnie. Owszem, jeden młody mężczyzna mógł chodzić spać z kurami, ale wszyscy? Wątpię w to. W innym miejscu mamy opis romansu bohatera z dziewiętnastoletnią fotomodelką. Swoim zwyczajem Sowa od razu tworzy scenę łóżkową i okazuje się, że ta rozchwytywana fotomodelka wcześniej nie miała do czynienia z mężczyznami. Och, jakie to prawdopodobne... W zakończeniu dochodzi do nawarstwienia zbiegów okoliczności, pasujących bardziej do powieści sensacyjnej niż z założenia psychologicznej.

A teraz kilka fragmentów pokazujących styl Aleksandra Sowy.

Jakiż świat jest dziwny, niezrozumiały i nieodgadniony? Niepojęty. Przez wiele lat mi go brakowało, teraz wiem, że był w moim życiu wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałem. Zazdroszczę mu tego, jak żył i jak pięknie umarł.

To nie żart, na str. 73 stoi jak wół, że świat żył, ale już umarł, i to w dodatku pięknie. U Sowy zdarzają się też takie cuda, że wojna opatruje rannych, a noc ma pełne ręce roboty:

Po krótkim uniesieniu znów wróciła do nas wojna. Opatrywała rannych, a ja pomagałem ich nosić. Dla wielu ta noc okazała się ostatnią. Miała pełne ręce roboty. Tej nocy przypomniałem sobie o aparacie dopiero rano (101).

Niektóre zdania są tak pokraczne, że aż śmieszne:

Stała ode mnie dwadzieścia centymetrów w tylko białych majtkach (30).
Patrzył smutnymi oczami, których koloru nie umiała odgadnąć, w jej kierunku, ale zdawały się martwe (11).
Jest w niej wszystko to, co jest w muzyce rockowej. Ten utwór jest jak świętość, bowiem jest to coś doskonałego (29).

Sowa ma skłonność do pisania tonem pompatycznym:

Uciekaliśmy, by ogniem naszych ciał rozpalać żar naszych serc (12).
Wystarczyła wtedy tylko iskra, by nastąpił pożar, choć właśnie rozgorzał płomień, którego nic już nie było w stanie ugasić. Był to ogień pożądania. Teraz płonął jasno i mocno (31).
Poległ w walce, z honorem, na barykadzie swoich ideałów. Ideałów, które stały się teraz moimi. Zaszczepił je we mnie, znalazł odpowiednie podłoże i posiał ziarno. Wiedziałem, że niedługo przyniesie owoce. Wspaniałym musiał być ogrodnikiem (98).

Uwielbia  metafory i porównania, problem w tym, że niektóre są zupełnie nietrafione:

Usta wędrowały po smukłym ciele jak dłonie ślepca, kiedy chce sobie wyobrazić czyjąś twarz (119).

Często wyraża się niezrozumiale. Kogo fotograf mógłby chwycić w dłoń? Na jakim jego skrzydle spała dziewczyna?

Całowałem ją, a w oliwkowej skórze odbijały się morskie fale. Pachniała tak intensywnie, że mógłbym go schwycić w dłoń, i tak delikatnie, cudnie ulotnie, że nie mogłem go nawet określić, doprowadzał moje zmysły do wrzenia. Jak wspaniałym uczuciem może być miłość, kiedy się kogoś kocha (119).
Sen ogarniał mnie powoli, zasnuwając oczy mgiełką ułudy. Moja kochanka leżała obok, wspierając cudną główkę na moim ramieniu jak na poduszce. Spała na moim skrzydle (31).

Nie zapomina o opisach przyrody:

Niebo, wspaniale dziś zaciągnięte chmurami, coraz mocniej otulało się blaskiem wschodzącego słońca. Chmury przysłaniały je niemal całkowicie (141).

Czasami zdobywa się na głębokie refleksje na różne poważne tematy:

Tak, nie chciałem znać już wojny (114).

Może późniejsze powieści Aleksandra Sowy są lepsze, tego nie wiem, ale „Umrzeć w deszczu” to typowy gniot, żenujący utworek-potworek, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Irytacja, zdumienie, politowanie – takie były moje uczucia podczas czytania. Przy tym miałam dziwne wrażenie, że Sowa jest człowiekiem wrażliwym i miałby dużo do przekazania, ale brakuje mu umiejętności i dobrego gustu. Chyba za wcześnie zdecydował się na debiut, powinien jeszcze kilka lat poczekać, poduczyć się, poprosić doświadczonych pisarzy o porady. Doceniam, że bardzo się starał, bo w epilogu wyznał, że „Umrzeć w deszczu” pisał przez cztery lata i poprawiał tysiące razy. Może gdyby jeszcze kilka tysięcy poprawek...

Ale choć tak narzekam na książkę Aleksandra Sowy, gdyby mi kazano wybierać: czytasz Sowę czy Katarzynę Michalak, bez wahania wybrałabym Sowę, bo uważam, że Michalak jest jednak dużo, dużo gorsza.

Moja ocena: 2/6.

---
Aleksander Sowa, „Umrzeć w deszczu”, Poligraf, 2009. Liczby w nawiasach to oczywiście numery stron.
* Chodzi nie o tekst z okładki, jak kłamliwie twierdzi Sowa w swojej pseudopolemice, ale o klip promocyjny, widniejący na blogu Sowy w chwili opublikowania mojej recenzji.

PS Niestety, Aleksander Sowa nie umiał z godnością przyjąć krytyki. Zemścił się...

03.10.2015

Dokąd Danielle Steel potajemnie jeździ furgonetką, czyli „Życie na ulicy”


Ci, którzy zaglądają na mojego bloga, być może się zdziwią: jak to, ona i Danielle Steel? Tak, tym razem sięgnęłam po Steel, ale nie dlatego, że nagle rozsmakowałam się w jej twórczości, tylko ze względu na poruszony temat. Nie wiedziałam wcześniej – a założę się, że i Wy nie wiecie - co bogata autorka bestsellerów robi w niektóre wieczory i dokąd potajemnie jeździ furgonetką, która należała do jej nieżyjącego już syna Nicka. Do tej furgonetki pakuje kupione za własne pieniądze śpiwory, kurtki, dresy, bieliznę, buty, płachty brezentowe, przybory kosmetyczne, latarki, żywność. I teraz już łatwo się domyślić, że wiezie te rzeczy dla bezdomnych, których w San Francisco jest wyjątkowo dużo. Jednorazowo obdarowuje do trzystu osób i z żalem, że nie może pomóc wszystkim, wraca do swojego domu.