30.04.2015

„Zimowa róża” Christian Signol



Bohaterem „Zimowej róży” jest dziesięcioletni, chorujący na białaczkę Sebastien. Od lekarzy dowiedział się, że najprawdopodobniej umrze. Ojciec opuścił go przed dwoma laty, a matka czuje się bezradna, zrezygnowana i nie umie pocieszyć syna. Instynkt podpowiada chłopcu, że powinien rozstać się z matką i pojechać do dziadków, bo tylko oni mogą zapewnić mu wsparcie. I matka zawozi go do swoich rodziców na wieś, a sama wraca do Paryża. U dziadków chłopiec czuje się bezpiecznie. Obserwuje życie wsi, spaceruje po lesie, łowi ryby, a co jakiś czas jeździ do szpitala do Tuluzy, gdzie poddawany jest chemioterapii. Któregoś dnia dziadek opowiada mu o kwiatku, który ma wielkie właściwości uzdrawiające. Problem polega na tym, że roślina ta zakwita tylko pod śniegiem, a w tej części Francji śnieg pojawia się bardzo rzadko. Mały Sebastien czeka więc na nadejście zimy...

„Mam na imię Ania” Anna Grodzka


Obawiałam się, że „Mam na imię Ania” będzie książką nudną, tymczasem pochłonęłam ją z ciekawością i zapewniam: warto przeczytać! Anna Grodzka, czyli kobieta, która urodziła się w ciele mężczyzny, opowiada w niej o dramatach osób takich jak ona, o nietolerancji, z jaką się spotkała, o gorzkim poczuciu odmienności i o rozterkach, jakie przeżyła, zanim zdecydowała się przejść operacje przekształcające jej ciało z męskiego w kobiece. Najpierw Anna Grodzka była Krzyśkiem, a raczej zmuszano ją do tego, by była Krzyśkiem. Pod presją otoczenia, w błędnym przekonaniu, że jest zboczeńcem lub osobą chorą psychicznie, Krzysiek usiłował ukrywać osobowość Ani. Potajemnie bawił się jednak lalkami, a kiedy podrósł, pod garniturem nosił pończochy. Idąc na komisję wojskową, włożył koronkowe majteczki. Ta kobiecość, która w nim była, nie dawała się zepchnąć na margines. W końcu Krzysiek odważył się podjąć walkę o to, by być Anią nie tylko w czterech ścianach, ale także pomiędzy ludźmi i w dokumentach.

W książce nie ma żadnych wzmianek o polityce, Grodzka konsekwentnie pisała tylko o tym, co ma związek z jej biologiczną matką oraz transseksualizmem. Autobiografia została wzbogacona kilkoma historiami innych osób, które cierpiały ze względu na różnicę pomiędzy płcią biologiczną a odczuwaną. Najbardziej poruszająca jest historia Davida Reimera. W niemowlęctwie nieudolny lekarz pozbawił go atrybutu męskości, postanowiono więc, że okaleczonego chłopca przekształci się w dziewczynkę. Jednak w ciele dziewczynki David czuł się bardzo źle i jego historia skończyła się tragicznie. Natury nie da się oszukać, rodzimy się z ustalonym poczuciem płci i nikt nie może sprawić, byśmy poczucie to zmienili – dowodzi Anna Grodzka. 

„A niebo błękitne, coraz błękitniejsze” Witalij Serdiuk


„A niebo błękitne, coraz błękitniejsze” to krótka powieść, mogąca zainteresować w zasadzie tylko miłośników rosyjskich klimatów. Akcja jej toczy się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w kołchozie. Grupka pracowników biura konstrukcyjnego przyjeżdża tu na tydzień, by popracować przy pieleniu kapusty i pobyć na świeżym powietrzu. Wśród nich jest trzydziestokilkuletnia Waleria, mająca wielkie problemy osobiste. Chciałaby wziąć rozwód z mężem, bo nie umie mu wybaczyć, że niedawno zmusił ją do aborcji. W kołchozie Waleria poznaje pracowitego, uczciwego dyrektora cegielni, który również przyjechał tu na kilka dni z wielkiego miasta. Pomiędzy nimi rodzi się miłość.

27.04.2015

„Droga żelazna” Aharon Appelfeld



Główny bohater „Drogi żelaznej” nazywa się Erwin Siegelbaum i mieszka w Austrii. Rodzice jego byli żydowskimi komunistami. Ojciec nienawidził języka jidysz i z pasją chwalił wszystko, co radzieckie. Namawiał młodzież, by opuszczała swoje domy i budowała „nowy ład”, organizował wiece, strajki i akcje sabotażu skierowane przeciwko bogatym Żydom, podpalał fabryki i lasy. Matka nie ingerowała w wychowanie syna. Erwin nie chodził do szkoły, tylko jeździł wszędzie z ojcem. I chyba przywykł do takiego wędrownego, nieustabilizowanego trybu życia, bo do tej pory – a ma już 55 lat – nie założył rodziny, nie kupił mieszkania. Niemal przez cały czas podróżuje. Ma jakąś obsesję na punkcie pociągów. „Bywa tak, że wysiadam z pociągu pijany od urojeń i obrazów”* – wyznaje. Nocuje w pensjonatach i domach znajomych, handluje żydowskimi przedmiotami, wspomina przeszłość i poszukuje esesmana Nachtigala, który zabił jego rodziców. Chce się na nim zemścić.

„Droga żelazna” opowiada głównie o tym, jak trudno być Żydem, i nie chodzi tu tylko o czasy Zagłady, lecz także o życie powojenne. Antysemityzm w Austrii nadal jest bardzo silny, podróżujący bohater często spotyka ludzi, którzy z entuzjazmem mówią o zachowaniu Hitlera. Zbrodniarze wojenni, tacy jak Nachtigal, nie ponieśli kary i żyją sobie spokojnie. A Żydzi często ukrywają swoją narodowość, ponadto cierpią z powodu złych snów, lęków i melancholii. Przedstawiając tragedię Żydów, Aharon Appelfeld nie idealizuje ich. Żydzi z jego powieści latami myślą o krwawej zemście. Wielu z nich, w tym rodzice głównego bohatera, to fanatyczni komuniści, którzy wyrządzili wiele zła. Stark, którego Erwin poznał w dzieciństwie i regularnie odwiedza, nadal marzy o krzewieniu komunizmu i stara się skupić wokół siebie „ocalonych”, czyli dawnych członków organizacji. 

Choć powieść porusza trudne i bolesne sprawy, napisana została w sposób spokojny, bez histerii i oskarżycielskiego tonu. Pasuje do niej prosty, oszczędny i elegancki język, jaki zastosował autor. Warto ją przeczytać ze względu na niebanalnie potraktowany temat żydowski, poza tym Appelfeld przepięknie pisze o podróżowaniu koleją. Żałuję, że nie czytałam tej książki podczas jazdy pociągiem. 

---
*Aharon Appelfeld, „Droga żelazna” („Mesilat barzel”), tł. Hanna Volovici, Wydawnictwo W.A.B., 2006, str. 42.

20.04.2015

„Zamknięte drzwi” Magda Szabo



Narratorka „Zamkniętych drzwi” nazywa się Magda i jest bezdzietną pisarką. Kiedy jej kariera zaczęła nabierać rozpędu, przeprowadziła się do większego mieszkania i rozejrzała za pomocą domową. Polecono jej Emerenc. Ta samotna starsza pani uchodziła wśród sąsiadów za wzór uczciwości. Pracowała w kilkunastu domach i bez chwili wytchnienia sprzątała, prała, odgarniała śnieg, z poświęceniem opiekowała się też zwierzętami i chorymi. Nie przymilała się do pracodawców, lubiła zaznaczyć swoją silną osobowość. A kiedy już weszła do swojego domu, na żadne pukanie nie otwierała drzwi. Nikt nie widział jej mieszkania i nie znał jej tajemnicy – bo na pewno jakąś tajemnicę miała. Narratorka podejrzewała nawet, że Emerenc ukrywa rzeczy zrabowane wywiezionym do obozu Żydom. Z czasem napięte stosunki między obiema paniami poprawiły się i Magda jako jedyna osoba na świecie poznała zagadkę zamkniętych drzwi. Co ukrywała Emerenc? I czy nie żałowała potem, że obdarzyła Magdę zaufaniem?

15.04.2015

„W morzu śmierci. Wspomnienie syna” David Rieff





Tę wspomnieniową książkę David Rieff napisał w dwa lata po śmierci swojej matki Susan Sontag. Korzystał tylko z własnej pamięci, bo podczas ostatniej choroby matki nie robił żadnych notatek. Historia onkologiczna Susan Sontag wyglądała tak: rok 1975 – pisarka dowiedziała się, że ma raka piersi z przerzutami do kilkunastu węzłów chłonnych. Zdecydowała się na radykalną mastektomię. 20 lat później wykryto u niej mięsaka macicy. Znowu udało się wygrać z chorobą, ale niektóre leki stosowane w chemioterapii przyczyniły się do tego, że w roku 2004 Sontag zachorowała na ostrą białaczkę szpikową. Tym razem nie pomógł ani przeszczep szpiku, ani żadne leki. 

David Rieff napisał o swoim poczuciu winy, o żalu spowodowanym tym, że jeżeli matka już musiała umrzeć, to dlaczego nie na jakąś mniej bolesną chorobę, o stosunku matki do śmierci. Nie przyjmowała do wiadomości, że umrze, pragnęła słuchać tylko optymistycznych wieści. Dwukrotne zwycięstwo nad nowotworem sprawiło, że zaczęła uważać się za osobę w pewnym sensie wyjątkową, niezniszczalną, przeznaczoną do długiego życia. „Rakowi nie wolno się poddawać – wierzyła – trzeba stawić mu czoło, a jeśli się będzie walczyć bezkompromisowo, a przede wszystkim inteligentnie, ma się szanse wygrać”[1]. Sądziła, że dzięki pozytywnemu nastawieniu i gotowości na cierpienia podczas kuracji uda się jej wrócić do zdrowia. Nie wydała nawet żadnych dyspozycji na wypadek śmierci - syn nie wiedział, gdzie ją pochować, jak zorganizować pogrzeb.

„Czy wiedza i dostęp do informacji to siła, czy też okrucieństwo? Matka zanim zachorowała na MDS, z pewnością obstawałaby przy tym pierwszym”[2] – zastanawia się David Rieff. Kiedyś lekarze nie mówili pacjentom, że mają nowotwór, co najwyżej informowali o tym rodzinę chorego. Dziś pacjent ma prawo do poznania nazwy swojej choroby i może szybko sprawdzić w internecie, jakie są szanse na wyzdrowienie. Czy taka wiedza nie sprawi, że jego ostatnie dni będą trudniejsze, bo pozbawione nadziei? Ile powinno się mówić chorym? 

Książka napisana została w sposób dosyć powściągliwy i suchy. Nie zawiera przejmujących słów rozpaczy i tęsknoty, co oczywiście nie oznacza, że syn nie cierpiał, po prostu nie lubił się wywnętrzać. Zresztą sam przyznał, że ma pewne wady charakterologiczne – chłód, ponurość, niezręczność w kontaktach z ludźmi. Nawet w ostatnich dniach życia matki nie zdobył się na żadną czułość, co zresztą nie dziwi, skoro ona nigdy nie przytulała jego. Cechą „W morzu śmierci” jest również mała ilość dokładnych opisów cierpień towarzyszących chorobie nowotworowej oraz powściągliwość w wyrażaniu emocji na temat niedelikatności lekarzy czy zachowania partnerki matki (Susan Sontag żyła w związku z fotografką Annie Leibovitz, która opublikowała potem zdjęcia pokazujące ją w czasie agonii). Autor nie wspomina też o przyczynach sporów z matką, nie ujawnia, co sądził na temat jej związków z kobietami, nie pisze o swoim osobistym życiu. Mam wrażenie, że nie był gotowy na pełną otwartość i szczerość, przez co książka sprawia wrażenie bardzo chłodnej, suchej i raczej nie wzruszy czytelników. 

---
[1] David Rieff,  „W morzu śmierci. Wspomnienie syna” („Swimming in a sea of death. A son's memoir”), tł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, 2009, str. 73-74.
[2] Tamże, str. 47.

„Barbaro, kłamiesz” Stanisław Maria Saliński


Tym razem będzie o powieści starej, wydawanej w odcinkach w roku 1946, która podobała się ówczesnym czytelnikom i doczekała się formy książkowej. Ta powieść nosi tytuł „Barbaro, kłamiesz”. Akcja jej toczy się w Warszawie rok po zakończeniu wojny. Główny bohater, Józef Mokrzycki, po długim namyśle – bo słyszał pogłoski o wielkich zniszczeniach i siedemnastej republice – wrócił z Zachodu do Polski. Zobaczył, że z jego dawnej kamienicy zostały tylko ruiny, a w tych ruinach, wraz z szesnastomiesięcznym synem i jakimś starszym mężczyzną, mieszka jego żona Barbara...

„Barbaro, kłamiesz” to powieść bardzo warszawska. Bohaterowie posługują się warszawską gwarą i wspominają Warszawę z lat okupacji. Widzimy ośmiolatka żałującego, że nie zginął podczas powstania. Widzimy inżyniera, który poprzywoził mnóstwo mebli i futer z Ziem Odzyskanych. Widzimy kobiety, które nie czekały na powrót swoich mężów. Widzimy klitki, w których dusi się po kilkanaście osób. Prawie nikt nie rozpacza, panuje gorączkowy nastrój, praca wre, knajpy są pełne, alkohol leje się litrami. Taka była Warszawa roku 1946 – ruiny, gruzy i wielki entuzjazm.

Kiedy Niemcy zabierali Józefa, Barbara rzuciła mu w twarz, że dziecko, które nosi w łonie, nie jest jego. Przez cały okres pobytu w obozach gryzł się tym i teraz nie wie, co myśleć o małym Andrzejku. Powieść została napisana z punktu widzenia Józefa, nie dowiadujemy się więc, ile kłamstw jest w słowach jego żony. Możemy w nie wierzyć lub nie. Autor świetnie zbudował wokół jej postaci klimat podejrzeń, niepewności i niejednoznaczności.

A jak traktowany jest malutki Andrzejek! W jego pobliżu bez końca pali się papierosy i pije alkohol, matka wciąż zostawia go pod opieką przypadkowych osób: dziecka pilnuje ośmiolatek albo pijany dziki lokator. Pewnego razu została wybita szyba i do pomieszczenia, w którym leżał malec, wdarł się gwałtowny marcowy wiatr. Nikt – nawet matka – nie wpadł na pomysł, by dziecko ubrać lub przynajmniej przykryć. 

Ci, którzy chcieliby poczytać coś autentycznego o odbudowującej się Warszawie, mogą poszukać tej powieści w antykwariatach lub bibliotekach. Na wznowienie raczej nie można liczyć. Cechy charakterystyczne „Barbaro, kłamiesz” to ciekawa fabuła, atmosfera podobna trochę do tej ze „Stolicy” Poli Gojawiczyńskiej (tyle że Stanisław Saliński pisał w sposób ciekawszy i z większym optymizmem), sympatia dla kobiet, które w trosce o los dzieci musiały dokonywać trudnych wyborów. A jak jest ze sprawami politycznymi? Głównemu bohaterowi podoba się to, co zastał w Polsce. Przeciwko komunizmowi wypowiada się tylko inżynier. Ale to postać negatywna, szabrownik, który własnego synka, wspominającego wojenne koszmary, nazywa sadystą. W książce znajduje się też wątek żydowski. O Żydach autor pisze w bardzo ciepły sposób. To właśnie oni, choć sami ukrywali się w lesie, ocalili życie ciężarnej Barbary, kiedy po klęsce powstania błąkała się po wsiach. Polscy chłopi nie mieli dla niej litości. 

Moja ocena: 4/6.

---
Stanisław Maria Saliński (pseud. Jerzy Seweryn), „Barbaro, kłamiesz”, Wydawnictwo Lubelskie, 1990. 

10.04.2015

„Jubel” Lars Saabye Christensen



Kiedy czytałam „Hermana”, pomyślałam sobie, że Lars Saabye Christensen to „mój” autor i że koniecznie muszę poszukać innych jego książek. Nie udało mi wypożyczyć „Półbrata”, który jako nowość jest rozchwytywany przez czytelników, ale nie wyszłam z biblioteki z pustymi rękami – niosłam „Jubla”. Jest to mniej znana i o wiele rzadziej opisywana książka Christensena. Opowiada o pianiście Jonatanie Chwycie, który nagle poczuł chęć, by zmienić otoczenie. Przyjechał więc do nadmorskiej osady na północy Norwegii i zatrudnił się jako hotelowy muzyk. Nie o takiej karierze marzył jako dziecko, ale postanowił robić dobrą minę do złej gry i nie okazywać rozczarowania.

Mocny punkt książki to odtworzenie klimatu małego miasteczka, w którym jest tylko hotel, apteka, kilka sklepów i kościół, a nad wszystkim góruje gmach przetwórni rybnej. Mieszkańcy znają się z widzenia, ale przed kilkunastoma laty podzielili się na dwa obozy: członkowie orkiestry i ich rodziny kontra przyjaciele właściciela hotelu. Od tamtej pory prowadzą ze sobą dziwaczną wojnę i nawet teraz, gdy ma ich odwiedzić król Harald ze swoją małżonką Sonją, nie chcą się pogodzić. Inna zaleta „Jubla” to pokazanie, jak wygląda życie muzyka rozrywkowego. Z książki wynika, że niewesoło. Chwyt ma bardzo dobry słuch, umie odróżnić wybitną muzykę od kiepskiej, ale nikt tego nie docenia. Właściciel hotelu każe mu wkładać biały smoking i grać „Kaczuszki” oraz inne kiczowate przeboje trafiające w gust pijanych gości. A po zakończeniu pracy proponuje mu, by jadł resztki z talerzy klientów.

Powieść nie została napisana z powagą, przeciwnie, autor wplótł w nią wiele elementów czarnego humoru, ale ten humor jest dosyć zwodniczy, gdyż „Jubel” kończy się zaskakująco ponuro. Bohater często wspomina swoje dzieciństwo, matkę, która zmuszała go do noszenia skarpetek o trzy numery za dużych, ojca, który niezbyt się nim interesował, nauczycielkę muzyki. W wielu fragmentach Christensen opisuje dziwaczne wydarzenia, które mogą przerazić i zbrzydzić czytelnika. W książce znajdziemy historię człowieka, który wpadł do wielorybiego brzucha, historię przewoźnika, któremu na żywca odcięto rękę, historię skazanego na śmierć Mitchella Rype, który obmyślił sobie, że jeżeli roztyje się do monstrualnych rozmiarów, nie będzie można go powiesić – i wiele, wiele innych.

„Jubel” ma wiele zalet, a jednak nie zainteresował mnie tak mocno jak „Herman” i właściwie w ogóle nie poruszył. O niepowodzeniach bohatera i dziwactwach mieszkańców osady czytałam z obojętnością. Poza tym odniosłam wrażenie, że autor upchnął do tej powieści za dużo absurdu i że wysilał się na humor, czasami nawet przekraczając granice dobrego smaku. Nie jest to ten Lars Saabye Christensen, którego polubiłam.

Moja ocena: 3/6.