30.12.2015

Największy gniot roku 2015, czyli „Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły


„Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły to wyjątkowo płytkie romansidło o przewidywalnej akcji, składające się z kilkunastu rozdziałów o słodziutkich tytułach „Jedno serce”, „Dwa serca” itd. Bohaterka nazywa się Magdalena, ma czterdzieści kilka lat i chce rozpocząć nowe życie. Spotyka się z Adrianem, a jej były mąż Tomasz, widząc ich szczęście, jest „wściekły na siebie za swoją butę, arogancję, a wręcz chamstwo, jakim obdarzył Magdalenę”[158]. Obdarzył chamstwem?...
„I pragnęła tego... Jego... Nie tylko tego, co dawało jej jego ciało, ale i serce. A umysł nie mógł być strażnikiem w głowie żadnego z nich. Później oboje łaskawie dopuszczali go do głosu. Znów królował i utrzymywał ich od siebie w lekkim dystansie”[102].
Takim stylem Grzebuła opisuje sceny erotyczne, których w powieści znajduje się mnóstwo. Trudno zliczyć, ile razy w ciągu jednej nocy „podniecenie Adriana było już widoczne i nie tylko namacalne”[97] oraz „znów dawały o sobie znać pożądanie i spychana w podświadomość żądza”[116]. Swoją drogą, czy pożądanie i żądza to nie jedno i to samo? Autorka tej powieści buduje nadzwyczaj dziwne zdania. Równie kuriozalne są tworzone przez nią dialogi. Oto sposób mówienia bohaterki:
„Jestem dumna i szczęśliwa, że potrafiliśmy naszą uprzednią znajomość przetransponować na grunt tak szlachetnej, dojrzałej i bogatej wewnętrznie przyjaźni. (...) Nasza przyjaźń jest tak wyjątkowa, że można jej nam naprawdę pozazdrościć, mimo że zrodziła się na tak nietypowym podłożu. Nie opieraliśmy jej na seksie, ale na naszych duszach”[82-83]. 
A jej ukochany wyraża się tak:
„Magdaleno, podziwiam cię nie tylko za tak wyjątkową i naturalną urodę, ale za to, co sobą reprezentujesz: inteligencję i poczucie humoru. Ono bywa strzałą, która może zranić, ale bywa, że na jej ostrzu jest słodycz. (...) Celność uwag i klasa, z jaką odpowiadasz na riposty, zadziwia. Twój rozmówca będzie głupcem, jeśli spróbuje ofensywy w słowie”[86].
„Twoja twarz, głos, uśmiech przebijały się przez mój zmęczony umysł i docierały do najbardziej skrytych zakątków mojego serca”[47]. 
I wreszcie Grzebuła nie skąpi czytelnikowi złotych myśli w rodzaju: „Bo paradoksalnie ludzie widzą nas tak naprawdę naszymi oczami”[140].

Jak nie błędy, to idiotyczne maksymy. Jak nie drewniane dialogi, to śmieszne metafory. W dodatku wszystkie wydarzenia z życia bohaterki, nawet te dramatyczne, zostały opisane w powierzchowny sposób i trudno się nimi przejąć. 
„Adrian był, jak zawsze, pełen inwencji słowa oraz polotu myśli”[57],
„Podchodziła do niej wciąż niepewnie, ale nie z powodu strachu przed spotkaniem, a przed sensem samego faktu spotkania”[38],
„Patrzył tymi swoimi zuchwałymi oczami w kolorze nieba, mrużąc je, jakby chciał nadać im symbolikę małego cwaniaczka”[21],
„Kiedy była za drzwiami, przez umysł, a może serce, przebiegła jej myśl, uczucie...”[44],
„Całował ją tak długo i namiętnie, że i jemu samemu zakręciło się w głowie. A ona obejmowała go czule, z namiętnością, która powoli wkradała się w ich ciała, serca i umysły”[47],
„Nie wiedziała, który ból dokucza jej bardziej: umysłu, duszy czy, prozaicznie, ciała?”[79],
„serce i umysł rwały się do niego”[51],
„przez jej usta z umysłu wydarły się słowa”[139],
„Czy liczył na coś więcej? Gdzieś na dnie serca, umysłu... tak”[9],
„I zatrzymało przy niej umysł Adriana... Czy tylko umysł?”[15],
„Tyle tylko, że teraz to ona siedziała w fotelu częściej niż ona”[137],
„Czas bawił się jej pragnieniami. A co później zapragnął jej ofiarować? Dowie się. W swoim czasie”[44],
„(...) żaden plan by tego faktu nie odwrócił. To było już odgórnie zaplanowane i niemożliwe do modyfikacji”[84],
„obmyśliła, że urządzi swoje mieszkanie w nieoklepany i niezamknięty hermetycznie wizerunek mieszkań w starym budownictwie”[84],
„Żadne z nich nie ukrywało łez. Łez szczęścia, że mają siebie i że w ich życiu znów jest blask, blask światła życia...”[138],
„dalsze jego słowa nie rozbrzmiały”[49],
„myśli Magdaleny na krótką chwilę powędrowały do wspomnień”[39],
„stanowili dla siebie zawsze odrębne tajemnice osobowości”[58],
„Przeczuwał - słusznie - że to On postawił na jej drodze cierpienia oraz walki o życia ludzi mądrych i oddanych swemu zawodowi, pasji”[141].
„Dostroił więc ich poziomy miłości, zgrał w idealnie harmonizująca falę i pielęgnował w nich to uczucie”[143].
Zanim kandydat na pisarza zacznie się starać o wydanie książki, powinien sobie odpowiedzieć na pytanie: czy na pewno mam z czym wyjść do ludzi? Autorka „Epizodu na dwa serca” nie ma. Pisze w sposób tak nieporadny i dziwaczny, że moim zdaniem powinna ten swój utworek trzymać na dysku, a nie drukować i sprzedawać. 

Moja ocena: 1/6.

---
Marta Grzebuła, „Epizod na dwa serca”, Warszawska Firma Wydawnicza, 2011. 

21.12.2015

„Młodość Martina Bircka” Hjalmar Söderberg




Martin Birck pochodzi z ubogiej rodziny z klasy średniej. Marzy mu się kariera literacka, poza tym pragnie namiętnie kochać i robić to, co naprawdę go interesuje. Ale nic z tego, bo musi przesiadywać w urzędzie, zajmować się rachunkami i wysłuchiwać nudnych rozmów. Walczy z uczuciem rozczarowania, pociesza się myślą, że jego jałowe życie kiedyś stanie się wartościowe, i tak mijają lata...

W „Młodości Martina Bircka” Hjalmar Söderberg portretuje człowieka, który nie umie pogodzić się z prozą życia, chciałby czegoś więcej, ale nie ma środków finansowych ani odwagi, by cokolwiek zmienić. Stara się więc dopasować do otoczenia, ukrywa swoją prawdziwą naturę. Jest wrażliwy i zacny, ale też tchórzliwy i niezdecydowany. Nie mówi matce, że stał się ateistą, bo nie chce jej zasmucać. Uważa, że nie stać go na utrzymanie rodziny, toteż nie proponuje swojej przyjaciółce małżeństwa. Ukrywa też swoje wiersze, bojąc się wyszydzenia – wszak w oczach ludzi początkujący poeta to śmieszny, godny pogardy dziwak.

Söderberg dokładnie opisuje dzieciństwo i żałosną młodość Martina, wprowadza też wątek miłosny. O poszukiwaniu miłości pisze zarówno z punktu widzenia mężczyzny, jak i kobiety. W powieści pojawia się uboga dziewczyna, która w dzień pracuje, a wieczorami tęskni za romansem. Pogodziła się z tym, że nigdy nie wyjdzie za mąż, ale z brakiem kochanka pogodzić się nie umie. Szuka więc odpowiedniego mężczyzny, co nie jest łatwe, gdyż ci z końca dziewiętnastego wieku lubili pogardzać dziewczętami, które im się oddały. Pisarz podkreśla, że kobieta ma prawo tęsknić za miłością fizyczną tak samo jak mężczyzna i nie jest to niczym złym, przeciwnie, całkowicie naturalnym. Niby to oczywistość, a jednak ponad sto lat temu poglądy Söderberga musiały ludzi drażnić.

08.12.2015

„Za krawędzią nocy” Carina Rydberg


Narratorem Za krawędzią nocy Cariny Rydberg jest... duch. Za życia duch ten był dość nieszczęśliwą kobietą o imieniu Marika. Popełniła ona samobójstwo i zamiast zniknąć w zaświatach, jak przystało na zmarłą, fruwa nad swoimi bliskimi, obserwując ich i podsłuchując. Wspomina też przeszłość. W jej wspomnieniach pojawiają się niemal same okropności – niesprawiedliwa matka, pedofil, zabójstwo, niewierny mąż...

Tyle tych nieszczęść, powinnam więc mocno przejmować się podczas czytania. Ale nic z tego, powieść nie wywołała we mnie żadnych emocji, ogromnie się przy niej wynudziłam. Myślę, że to dlatego, że autorka nie umie pisać w sposób poruszający. Skupia się na makabrycznych szczegółach, chce zaszokować czytelnika wciąż nowymi opisami różnych anomalii, a nie dba o głębię psychologiczną postaci i o prawdopodobieństwo wydarzeń. Podam przykład: mąż Mariki notorycznie zdradza ją z mężczyznami. Okej, mogło tak być. Ciotka Mariki, Greta, ma faceta Andreasa, który wciąż ją zdradza z mężczyznami. Hmm. W powieści pojawia się też Camilla, która ma chłopaka Markusa, a ten Markus zdradza ją z... zgadniecie, z kim? A jakże, z mężczyznami, bo przecież Carinie Rydberg nic innego nie mogło przyjść do głowy. Urozmaicenie wprowadziła jedynie podczas opisywania reakcji kobiet: Marika i Greta są zazdrosne, a Camilla przeciwnie, pozwala swojemu Markusowi umawiać się z chłopakami. Czy w tej powieści pojawia się choć jeden mężczyzna, który nie miał homoseksualnych przygód? Tak, jeden, ale dziwnym trafem gustuje on w małych dziewczynkach.

Żadna z postaci (nawet lekarz) nie boi się zarażenia wirusem HIV. Czyżby Rydberg nie słyszała o AIDS? Może i nie, bo ona nawet nie umie odróżnić poronienia od porodu. W książce napisano*, że Marika, będąc w siódmym miesiącu ciąży, miała poronienie. Z poronieniem mamy do czynienia do dwudziestego drugiego tygodnia ciąży, potem to już jest poród; w przypadku Mariki – martwy poród. Ale nie poronienie.

Nie tylko wątki homoseksualne się powtarzają, bo też kazirodcze. Bohaterka z bratem, Greta z siostrzeńcem... Wyjąwszy Amandę wszystkie postacie są odpychające i zdemoralizowane. Osoby, które lubią książki z wieloma scenami przemocy i z elementami pornografii gejowskiej, z pewnością będą czytały z zaciekawieniem. Ja jednak od literatury oczekuję czegoś więcej. Jedynie zakończenie mogę pochwalić, bo jest pomysłowe i zgrabnie zamyka historię z duchem. 

Moja ocena: 3/6.

---
* Carina Rydberg, „Za krawędzią nocy” („Osalig ande”), przeł. Paweł Pollak, Książnica, 2001, str. 65, 96, 143.

Dopisek. Okazało się, że tłumacz tej książki, Paweł Pollak, nie zgadza się z moją recenzją i napisał polemikę. Zachęcam do jej przeczytania. 

02.12.2015

„Wiosna, Emilio” Elżbieta Cichla-Czarniawska


Siostry Zofia i Emilia od kilkudziesięciu lat mieszkają razem. Schorowana Emilia nieraz marudzi i ze złości rozbija szklanki, ale szybko zaczyna się wstydzić i przepraszać. Zofia w myślach życzy jej śmierci, ale tylko przez chwilę, bo zaraz pojawia się litość i zrozumienie dla zniecierpliwionej chorej. Emilia przecież od kilkudziesięciu lat ma gruźlicę, a teraz właściwie dogorywa, więc jak można gniewać się na to biedactwo? I mają na świecie tylko siebie...

Nie wiem, jak autorka to zrobiła, ale tę powieść o nudnym życiu starych panien czytało mi się znakomicie. Może dlatego, że relacje pomiędzy siostrami zostały opisane w bardzo głęboki sposób. Widać, że uczucia Zofii do Emilii są mocno, mocno mieszane. Zofia nie ma predyspozycji do zawodu pielęgniarki, brzydzą ją zapachy lekarstw, zarazki, kaszel. Czuje się pokrzywdzona, bo od wczesnej młodości musiała tkwić przy chorej. Wydaje jej się, że to przez Emilię zamknięta jest w klatce, traci znajomych, nie ma czasu na czytanie książek. Właściwie odpoczywa tylko wtedy, kiedy siostra przebywa w szpitalu. Ale wpada w panikę, kiedy Emilia ma krwotok lub wyższą niż zwykle gorączkę. To miłość, zniewolenie, a może po prostu przyzwyczajenie? Podczas czytania zastanawiałam się, co będzie, gdy Emilia wreszcie umrze. Czy Zofia zacznie korzystać z życia, a może nie będzie umiała uporać się z uczuciem pustki?...

22.11.2015

Zwymyślał mnie za skrytykowanie jego powieści, a teraz sam przyznaje, że egzemplarze tej powieści wrzuca do pieca, czyli osobliwe zachowanie Aleksandra Sowy


Jakiś czas temu opublikowałam krytyczną recenzję powieści pt. Umrzeć w deszczu. Aleksander Sowa, nieprzyzwyczajony do krytyki, nie mógł się z nią pogodzić, napisał nawet jakąś tam pseudopolemikę (o tym później) oraz wysłał do mnie wiele napastliwych maili, w których zarzucił mi, że nie umiem pisać recenzji, że mszczę się na nim za to, że usunął ze swojego bloga mój komentarz, że jestem hejterką, osobą niemoralną, nieuczciwą itd. Słowem, mailowanie z Sową nie należało do przyjemności. Żadne rozsądne słowa do niego nie docierały, odetchnęłam więc z ulgą, kiedy przestał pisać. 

A teraz Sowa wyznaje na Facebooku:
„Uważam, że Umrzeć w deszczu to najgorzej napisana z moich powieści. Po latach od jej ukazania się jestem zdania, że jest niedojrzała, źle napisana, słaba. (...) Nienawidzę tej książki tak szczerze oraz głęboko, że ostatnio zacząłem palić zwróconymi z księgarń egzemplarzami w piecu rodzinnego domu. Okazuje się, że nawet do palenia się niezbyt się. I abyśmy mieli jasność, ani przez chwilę w poprzednim zdaniu nie żartowałem”.
Wprawdzie wrzucanie książek do pieca wydaje mi się reakcją zbyt emocjonalną, ale cieszę się, że do Sowy w końcu dotarło, że jego „Umrzeć w deszczu” to gniot. W jakim więc celu atakował blogerkę, która trafnie napisała, że dzieło nie ma żadnej wartości? I po co publikował swoją pseudopolemikę? Nazywam ją pseudopolemiką, bo nie pozwalał mi zamieścić pod nią komentarza z wyjaśnieniem, poza tym nie wstawił linka do recenzji, którą krytykował (czyżby zapomniał?), sporo poprzekręcał i wreszcie napisał wyraźnie: „Szkoda mi czasu na polemikę, i tak zresztą nie ma ona sensu”. Skoro nie chciał polemizować i kasował komentarze osoby, którą krytykował – komentarze, zapewniam, całkowicie normalne, niehejterskie – to jasne, że chodziło mu tylko o to, by zdeprecjonować moją recenzję i pożalić się: „Och, patrzcie, jakie ze mnie biedactwo!”.

Oczywiście Aleksander Sowa ma prawo narzekać, ma prawo krytykować, ma też prawo wysyłać do blogerki, która źle napisała o jego dziele, ordynarne maile. Nie reaguję, bo jeśli publikuję niepochlebną recenzję, liczę się z tym, że autor poczuje się zraniony i zechce się zemścić. Świetnie rozumiem, że autorzy są wrażliwi, kochają swoje powieści ponad wszystko i serce pęka im z bólu, gdy widzą krytykę. Tylko... no właśnie. Gdybym wydawała książki, dziesięć razy zastanowiłabym się nad tym, czy warto pokazywać się światu jako rozkapryszony twórca. Przecież takiego marudera mało kto pożałuje, większość osób, czytając jego lamenty, uśmiechnie się z politowaniem albo nawet z pogardą i powie: „Ale dziecinada, pisarzyno, a gdzie twoja godność?”.

Na swoim blogu Sowa napisał, że blogerzy powinni być świadomi tego, że „ich przekaz trafia do prawdziwych ludzi”. Z tym się zgodzę. Ciekawa tylko jestem, dlaczego szanowny autor nie zastanawia się nad moralnością blogerów, którzy jego kiepską książkę (a sam przyznał, że jest pełna błędów i tak słaba, że nadaje się tylko na podpałkę) uznali za arcydzieło. Przecież ich recenzje też trafiają do „prawdziwych ludzi” – cokolwiek miałoby to znaczyć. 

08.11.2015

„Śmierć pszczelarza” Lars Gustafsson


Po „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona sięgnęłam pod wpływem recenzji jednej z moich ulubionych blogerek, Jeżanny, która jakiś czas temu zniknęła z blogosfery, ale nie tracę nadziei, że znowu dołączy do grona osób piszących o książkach.

Nad jeziorem, w małym domku otoczonym zielonymi ulami, mieszka czterdziestoletni Lars Westin, były nauczyciel ludowy. Ta wiosna, która nadchodzi, będzie jego ostatnią, gdyż Lars ma nowotwór z licznymi przerzutami. Nie skarży się na cierpienie i samotność, wszystko znosi ze stoickim spokojem, nie szuka cudownych kuracji, stara się ignorować zmiany zachodzące w ciele i żyć tak, jak dotychczas. Ale choroba czyni szybkie postępy i coraz bardziej wyrzuca Larsa poza nawias życia. W przerwach pomiędzy atakami bólu zajmuje się on pasieką, spaceruje z psem i właściwie czuje się zbyt aktywny i silny na to, by umierać. W takich chwilach dziwi się: czy to na pewno już? Czy naprawdę zbliża się śmierć? Pszczelarz zrezygnował z leczenia, więc ból nowotworowy szaleje w jego organizmie, niełagodzony ani morfiną, ani żadnymi innymi środkami. W tych trudnych miesiącach nad chorym nie czuwa żadna bliska osoba, gdyż z żoną rozstał się on dawno temu, a dzieci nie miał. Jakby mało było tych nieszczęść, nawet pies go opuszcza...

29.10.2015

Sara Stridsberg „Happy Sally”


W różnych zabawach blogowych często pojawia się pytanie: która książka początkowo ci się nie podobała, a potem okazała się jedną z lepszych? W odpowiedzi mogłabym wymienić „Happy Sally szwedzkiej pisarki Sary Stridsberg. W ciągu ostatniego roku zaczynałam ją trzy razy, po przeczytaniu kilku kartek odkładałam ze zniechęceniem, myśląc: nudna, dziwna, a kiedy sięgnęłam po nią raz jeszcze, poczułam się oczarowana i nie wstałam z fotela, dopóki nie przeczytałam jej do końca. Tak to czasami bywa i trudno powiedzieć, dlaczego :-)

„Happy Sally” niełatwo streścić, gdyż nie ma w niej typowej akcji, większość miejsca zajmują fragmenty fikcyjnego pamiętnika sławnej pływaczki Sally Bauer oraz wspomnienia snute przez córkę Ellen (Ellen też pragnęła pokonać wpław kanał La Manche). Kobiety te całe swoje życie podporządkowały marzeniu o zdobyciu rekordu. Sally była samotna, nikogo więc nie krzywdziła, ale Ellen w żaden sposób nie potrafiła pogodzić namiętności do pływania z zaspokojeniem potrzeb swoich dwojga dzieci. Córka Ellen ma bardzo smutne wspomnienia: wraz ze swoim pięcioletnim braciszkiem codziennie siedziała na plaży, czekając, aż matka zakończy wielogodzinny trening. Albo też płynęła łódką po oceanie w ślad za matką, nadaremnie prosząc ją o wyjście z wody. Jakże samotne i zagubione czuły się te dzieci, ileż razy drętwiały ze strachu: czy matka wynurzy się spośród fal, czy może już utonęła?... Odniosłam wrażenie, że Ellen narażała dzieci na taki stres nie dlatego, że była egoistką, ona po prostu nie potrafiła inaczej, czuła się bezradna wobec siły, która popychała ją do spełniania marzeń.

23.10.2015

Dzień Dziecka Utraconego i osiem pamiętników matek, których dzieci umarły

Blogerzy lubią zaglądać do kalendarza i w odpowiednim czasie publikować posty o Dniu Kota, Dniu Teściowej i innych arcyważnych świętach. To dobrze, nie mam nic przeciwko temu, niech publikują, szkoda tylko, że Dzień Dziecka Utraconego przeszedł bez echa. Podejrzewam, że to nie dlatego, że lekceważy się uczucia osieroconych matek (bo tak my jesteśmy nazywane), tylko z niewiedzy i zwyczajnego strachu, bo poronienie, a tym bardziej śmierć dziecka to coś, co jest wbrew naturze, co wzbudza nieopisaną grozę i uchodzi za temat tabu. Lepiej nie mówić o tym, nie interesować się tym – tak pewnie myśli większość osób. Ci, którzy jednak chcieliby się zainteresować, mogą sięgnąć po wspomnienia napisane przez rodziców zmarłych dzieci. Poniżej przedstawiam osiem takich pamiętników. 


Aniołkowe mamy zawierają wypowiedzi dziewcząt, które poroniły lub straciły dzieci tuż po porodzie. Dużo jest w tej książce przejmujących zwierzeń o tęsknocie, pustce, rozpaczy, zazdrości i o bezduszności ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziewczyna po poronieniu pozostaje w ogromnej żałobie. Niektórym wydaje się, że poronienie to nic takiego, że ta załamana dziewczyna przesadza ze swoją rozpaczą, bo przecież „nie ma po czym płakać, to jeszcze nie było dziecko, tylko zlepek tkanek”. Nie, to nie zlepek tkanek, tylko dziecko, z którym matkę łączyła przeogromna więź uczuciowa.

Oddział onkologiczny, punkcje, chemioterapia, nakładanie czapeczki na wyłysiałą po chemii malutką główkę i wreszcie śmierć – o takich to bardzo smutnych sprawach można przeczytać w książce pt. Zaproszenie do nieba. Monika Zeitner wspomina w niej swoją biedną córeczkę Annikę, opowiada, jak starała się ją rozweselić, zająć zabawami. Przez cały ten trudny okres zmagała się z pytaniami: jak wyjaśnić Annice, co dzieje się z jej ciałem? Ile jej powiedzieć? Jak przygotować ją na śmierć? Czas, kiedy siedzi się przy łóżeczku terminalnie chorego dziecka, nie jest czasem na płakanie. Matka, choć jej serce rwie się na strzępy, nie może się załamywać i pokazywać dziecku zbyt smutnej twarzy, by go jeszcze bardziej nie przerazić. Musi pocieszać, uśmiechać się, towarzyszyć przy bolesnych zabiegach. Potem będzie miała dużo czasu na płakanie...

W książce Maria Manuela. Pamiętnik chorej dziewczynki Włoszka Gilda Mori podzieliła się wspomnieniami o swojej córeczce, która urodziła się z wadą serca i zmarła, mając nieco ponad roczek. Historia ta wydarzyła się ponad pięćdziesiąt lat temu. Maria Manuela musiała czekać na operację do trzeciego roku życia – i nie doczekała. Gdyby urodziła się w naszych czasach, miałaby duże szanse na przeżycie, bo teraz operacje serca wykonuje się bardzo małym dzieciom. Autorka wspomina córkę, ale pisze też bardzo dużo o swojej wierze. Mnie to irytowało, ale inne czytelniczki może znajdą w słowach Gildy Mori pocieszenie.



Miriam zmarła, mając lat osiemnaście. Jej tragedia zaczęła się od wizyty u okulisty. Lekarz zauważył objawy nowotworu i kazał dziewczynie natychmiast jechać do szpitala. Przebieg choroby (rak móżdżku), próby leczenia i wreszcie śmierć Miriam zostały opisane w bardzo wzruszających Listach do Miriam. Lutgard van Heuckelom napisała jeszcze kontynuację pt. Dziękuję ci, Miriam – to taki lament osieroconej matki, głębokie studium żałoby.


Jane, która także zachorowała na nowotwór, żyła nieco dłużej niż Miriam, bo dwadzieścia kilka lat. Zanim umarła w hospicjum, musiała znosić okrutne cierpienia fizyczne. Jako pacjentka była często niecierpliwa, złościła się na pielęgniarki, prosiła o eutanazję, nie chciała się myć, bo było to dla niej zbyt trudne. W książce Sposób na umieranie rodzice Jane, Rosemary i Voctor Zorza, opisali to wszystko krok po kroku, wychodząc z założenia, że jeśli już zdecydowali się na szczerość, to muszą być szczerzy we wszystkim. Przyznali się nawet do tego, że czasem gniewali się na swoją śmiertelnie chorą córkę.



W książce W twoich rękach Carl Glenys wspomina swojego syna Scotta, który jako dorosły już człowiek miał wypadek, podczas którego doznał urazu mózgu. Mówiono, że nie wybudzi się ze śpiączki, jednak się obudził. Matka z ogromnym poświęceniem pielęgnowała go, rehabilitowała, organizowała pomoc wolontariuszy. Była gotowa przenosić przysłowiowe góry. Tyle zrobiła, a jej syn i tak zmarł...

Paulę Isabel Allende umieszczam na tej liście tylko z poczucia obowiązku. W porównaniu do innych pamiętników matek, których dzieci zmarły, ten jest spokojny, mało depresyjny. Może dlatego, że Allende więcej napisała o sobie niż o swojej Pauli. Trochę mi to przeszkadzało. Książkę tę czytałam już dawno temu. Nie wiem, może dziś odebrałabym ją inaczej, lepiej. W każdym razie uważam ją za najsłabszą, najmniej poruszającą  z wymienionych tu pozycji, pozostałe szczerze polecam.



Również popularna pisarka Danielle Steel straciła dziecko. Jej utalentowany i przystojny Nick zginął, mając dziewiętnaście lat. Od małego chorował na psychozę maniakalno-depresyjną, ale był źle leczony i w końcu doszło do samobójstwa. Steel poświęciła synowi książkę Światło moich oczu. W innej książce tak napisała o swoich uczuciach:

Śmierć Nicka nieomal mnie unicestwiła i przez dobre trzy miesiące po tej tragedii błąkałam się po domu w koszuli nocnej, zbyt roztrzęsiona, by się ubrać, i rzadko pamiętałam o tym, by się uczesać.

PS. Proszę o niekomentowanie tego wpisu, chyba że ktoś zna inne wspomnienia tego typu i chciałby podać tytuły.

14.10.2015

Aleksander Sowa „Umrzeć w deszczu”


Na swojej stronie internetowej Aleksander Sowa zachęca do sięgnięcia po powieść pt. „Umrzeć w deszczu”. Ci czytelnicy, którym nie przeszkadza, że autor reklamuje się z błędem ortograficznym*, będą mogli przeczytać wzruszającą historię o czterdziestoletnim fotografie pragnącym popełnić samobójstwo. Cała powieść, z wyjątkiem kilku początkowych i końcowych stron, ma formę monologu i utrzymana jest w melancholijnym klimacie. Fotograf mówi i mówi, popłakując, słuchająca go dziennikarka również ociera łzy. 

Od razu wyznaję, że książkę tę uważam za wyjątkowo lichą, ale jestem w mniejszości, bowiem niemal wszyscy recenzenci podczas jej czytania wpadali w euforię. Z przyjemnością i całkowitą pewnością oceniłam ją na notę 10 – najwyższą, nadając jej miarę arcydzieła, Jako jeden z niewielu plusów mogę wymienić język, styl i ogólnie warsztat pisarski Aleksandra Sowy, Warstwa językowa jest świetna – takie mniej więcej zachwyty można znaleźć na blogach. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda owa „świetna warstwa językowa”, przeżyłam szok, bo czegoś tak niechlujnego i kuriozalnego od dawna nie widziałam. Autor chyba spał na lekcjach gramatyki, ponadto nie potrafi jasno wyrazić swoich myśli i podejmuje zbyt trudne jak na swoje umiejętności tematy. Mnóstwo w tej powieści żenujących błędów wszelkiego rodzaju, górnolotnych sformułowań, śmiesznych piętrowych metafor, banałów, wodolejstwa i bełkotu. Nic dziwnego, że tradycyjne wydawnictwa uznały, że takie coś trzeba wywalić do kosza. Aleksander Sowa, niezrażony odmowami, skorzystał z usług Poligrafu – to firma, która wydrukuje każde dzieło, o ile otrzyma od jego autora kilka tysięcy złotych.

Nawet gdyby ta książka została napisana poprawnym językiem, i tak by mi się nie podobała, choćby dlatego, że za dużo jest w niej kiczowatych scen erotycznych, które nic nie wnoszą, zapełniają tylko miejsce. Bohater niby to uwielbia kobiety, ale jeśli je wspomina, to niemal wyłącznie w kontekście seksualnym. Kiedy czytelnik dowie się, że fotograf poznał jakąś Blankę czy Monikę, to zaraz otrzyma rozwlekłe opisy łóżkowe. Nawet w wątek wojny na Bałkanach autor wepchnął scenę erotyczną, co już jest po prostu niesmaczne.

Sowa poruszył ciekawe tematy, ale w sposób powierzchowny, byle jaki. Kilka scen sprawia wrażenie mało wiarygodnych. Na przykład kiedy bohater w wieku osiemnastu lat wymykał się o dwudziestej drugiej z internatu, jego rówieśnicy i wychowawca pogrążeni byli w głębokim śnie. Owszem, jeden młody mężczyzna mógł chodzić spać z kurami, ale wszyscy? Wątpię w to. W innym miejscu mamy opis romansu bohatera z dziewiętnastoletnią fotomodelką. Swoim zwyczajem Sowa od razu tworzy scenę łóżkową i okazuje się, że ta rozchwytywana fotomodelka wcześniej nie miała do czynienia z mężczyznami. Och, jakie to prawdopodobne... W zakończeniu dochodzi do nawarstwienia zbiegów okoliczności, pasujących bardziej do powieści sensacyjnej niż z założenia psychologicznej.

A teraz kilka fragmentów pokazujących styl Aleksandra Sowy.

Jakiż świat jest dziwny, niezrozumiały i nieodgadniony? Niepojęty. Przez wiele lat mi go brakowało, teraz wiem, że był w moim życiu wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałem. Zazdroszczę mu tego, jak żył i jak pięknie umarł.

To nie żart, na str. 73 stoi jak wół, że świat żył, ale już umarł, i to w dodatku pięknie. U Sowy zdarzają się też takie cuda, że wojna opatruje rannych, a noc ma pełne ręce roboty:

Po krótkim uniesieniu znów wróciła do nas wojna. Opatrywała rannych, a ja pomagałem ich nosić. Dla wielu ta noc okazała się ostatnią. Miała pełne ręce roboty. Tej nocy przypomniałem sobie o aparacie dopiero rano (101).

Niektóre zdania są tak pokraczne, że aż śmieszne:

Stała ode mnie dwadzieścia centymetrów w tylko białych majtkach (30).
Patrzył smutnymi oczami, których koloru nie umiała odgadnąć, w jej kierunku, ale zdawały się martwe (11).
Jest w niej wszystko to, co jest w muzyce rockowej. Ten utwór jest jak świętość, bowiem jest to coś doskonałego (29).

Sowa ma skłonność do pisania tonem pompatycznym:

Uciekaliśmy, by ogniem naszych ciał rozpalać żar naszych serc (12).
Wystarczyła wtedy tylko iskra, by nastąpił pożar, choć właśnie rozgorzał płomień, którego nic już nie było w stanie ugasić. Był to ogień pożądania. Teraz płonął jasno i mocno (31).
Poległ w walce, z honorem, na barykadzie swoich ideałów. Ideałów, które stały się teraz moimi. Zaszczepił je we mnie, znalazł odpowiednie podłoże i posiał ziarno. Wiedziałem, że niedługo przyniesie owoce. Wspaniałym musiał być ogrodnikiem (98).

Uwielbia  metafory i porównania, problem w tym, że niektóre są zupełnie nietrafione:

Usta wędrowały po smukłym ciele jak dłonie ślepca, kiedy chce sobie wyobrazić czyjąś twarz (119).

Często wyraża się niezrozumiale. Kogo fotograf mógłby chwycić w dłoń? Na jakim jego skrzydle spała dziewczyna?

Całowałem ją, a w oliwkowej skórze odbijały się morskie fale. Pachniała tak intensywnie, że mógłbym go schwycić w dłoń, i tak delikatnie, cudnie ulotnie, że nie mogłem go nawet określić, doprowadzał moje zmysły do wrzenia. Jak wspaniałym uczuciem może być miłość, kiedy się kogoś kocha (119).
Sen ogarniał mnie powoli, zasnuwając oczy mgiełką ułudy. Moja kochanka leżała obok, wspierając cudną główkę na moim ramieniu jak na poduszce. Spała na moim skrzydle (31).

Nie zapomina o opisach przyrody:

Niebo, wspaniale dziś zaciągnięte chmurami, coraz mocniej otulało się blaskiem wschodzącego słońca. Chmury przysłaniały je niemal całkowicie (141).

Czasami zdobywa się na głębokie refleksje na różne poważne tematy:

Tak, nie chciałem znać już wojny (114).

Może późniejsze powieści Aleksandra Sowy są lepsze, tego nie wiem, ale „Umrzeć w deszczu” to typowy gniot, żenujący utworek-potworek, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Irytacja, zdumienie, politowanie – takie były moje uczucia podczas czytania. Przy tym miałam dziwne wrażenie, że Sowa jest człowiekiem wrażliwym i miałby dużo do przekazania, ale brakuje mu umiejętności i dobrego gustu. Chyba za wcześnie zdecydował się na debiut, powinien jeszcze kilka lat poczekać, poduczyć się, poprosić doświadczonych pisarzy o porady. Doceniam, że bardzo się starał, bo w epilogu wyznał, że „Umrzeć w deszczu” pisał przez cztery lata i poprawiał tysiące razy. Może gdyby jeszcze kilka tysięcy poprawek...

Ale choć tak narzekam na książkę Aleksandra Sowy, gdyby mi kazano wybierać: czytasz Sowę czy Katarzynę Michalak, bez wahania wybrałabym Sowę, bo uważam, że Michalak jest jednak dużo, dużo gorsza.

Moja ocena: 2/6.

---
Aleksander Sowa, „Umrzeć w deszczu”, Poligraf, 2009. Liczby w nawiasach to oczywiście numery stron.
* Chodzi nie o tekst z okładki, jak kłamliwie twierdzi Sowa w swojej pseudopolemice, ale o klip promocyjny, widniejący na blogu Sowy w chwili opublikowania mojej recenzji.

PS Niestety, Aleksander Sowa nie umiał z godnością przyjąć krytyki. Zemścił się...

03.10.2015

Dokąd Danielle Steel potajemnie jeździ furgonetką, czyli „Życie na ulicy”


Ci, którzy zaglądają na mojego bloga, być może się zdziwią: jak to, ona i Danielle Steel? Tak, tym razem sięgnęłam po Steel, ale nie dlatego, że nagle rozsmakowałam się w jej twórczości, tylko ze względu na poruszony temat. Nie wiedziałam wcześniej – a założę się, że i Wy nie wiecie - co bogata autorka bestsellerów robi w niektóre wieczory i dokąd potajemnie jeździ furgonetką, która należała do jej nieżyjącego już syna Nicka. Do tej furgonetki pakuje kupione za własne pieniądze śpiwory, kurtki, dresy, bieliznę, buty, płachty brezentowe, przybory kosmetyczne, latarki, żywność. I teraz już łatwo się domyślić, że wiezie te rzeczy dla bezdomnych, których w San Francisco jest wyjątkowo dużo. Jednorazowo obdarowuje do trzystu osób i z żalem, że nie może pomóc wszystkim, wraca do swojego domu.

29.09.2015

Paweł Pollak „Między prawem a sprawiedliwością”


W zbiorku pt. „Między prawem a sprawiedliwością” znajdują się cztery rozbudowane opowiadania kryminalne z akcją w Nowym Jorku. W „Zarażonej” widzimy kobietę, która wróciła z pracy i chce wejść do swojego mieszkania, lecz nie może, bo przed drzwiami leży czarnoskóry mężczyzna. Kobieta z wściekłością wymierza intruzowi kopniaka i dopiero wtedy zauważa, że kopnęła trupa. Kto go zabił i dlaczego? „Wykluczony” zaczyna się dramatycznie, bo od opisu pożaru kamienicy. Strażakom udaje się uratować wszystkich ludzi oprócz starszego mężczyzny, który wypadł z balkonu. Mężczyzna ten ma zmiażdżone palce u rąk, może więc wcale nie wypadł, tylko został wypchnięty? Akcja trzeciego opowiadania, „Dawcy”, rozpoczyna się w szpitalu. Evan chce odwiedzić swojego sparaliżowanego przyjaciela Luke'a, jednak okazuje się, że ten nie żyje. Lekarz twierdzi, że Luke wcale nie był tak silny i radosny, jak uważają inni pacjenci, bo nocami często płakał i prosił o eutanazję. Może więc ktoś litościwy pomógł mu umrzeć? I wreszcie „Złodziej trumien”. Pojawia się w nim najbardziej odrażający zbrodniarz, jakiego tylko można sobie wyobrazić, a ofiar jest więcej niż we wszystkich pozostałych opowiadaniach razem wziętych. 

17.09.2015

Maurice-Edgar Coindreau o swojej pracy tłumacza i o pisarzach, których tłumaczył


Pamiętnik tłumacza” to książka dla osób interesujących się ciekawostkami z życia pisarzy. Maurice-Edgar Coindreau, dzięki któremu Francuzi poznali wielu amerykańskich klasyków, dzieli się w niej swoimi wrażeniami z pracy tłumacza oraz opowiada o pisarzach, których tłumaczył, a byli to m.in. Faulkner, McCullers, Steinbeck, Capote, Hemingway, Caldwell, Styron – sami najwięksi. Wypowiada się o nich prawie zawsze z sympatią, jedynie o Hemingwayu, którego nie znosił i jako pisarza, i jako człowieka, z niechęcią. Hemingway to zresztą jedyny autor, którego tłumaczył na prośbę wydawcy, pozostałych wybierał sobie sam. O literaturze opowiada z tak wielką pasją, że chyba każdy czytelnik poczuje się zachęcony do sięgnięcia po którąś z wymienianych przez niego powieści. 

04.09.2015

„W diabelskiej pętli” Stefania Jagielnicka-Kamieniecka


Bohaterką „W diabelskiej pętli” Stefanii Jagielnickiej-Kamienieckiej jest niemal pięćdziesięcioletnia śpiewaczka Ina, osóbka prymitywna i niezrównoważona psychicznie. Uważa się za piękność, lubi się rozbierać i podziwiać w lustrze. Miała setki kochanków, ale żaden nie zechciał zostać z nią na dłużej. Jeden znalazł sobie młodszą, drugi postanowił nie odchodzić od żony, trzeci wolał zamieszkać we wspólnocie religijnej. W chwili, gdy zaczyna się akcja książki, Ina czuje się całkowicie załamana, bo nie dosyć, że jest sama, to jeszcze straciła głos i nie może występować. Lekarze nie umieją jej pomóc. Nic dziwnego, bowiem głos odebrał jej... diabeł. 

26.08.2015

„Kto kocha Yngvego Freja?” Stig Claesson








Akcja „Kto kocha Yngvego Freja?” toczy się w ważnym dla Szwecji roku 1967, kiedy to zmieniano ruch lewostronny na prawostronny. Bohaterowie – czworo staruszków – nie za bardzo boją się zmian, bo nie mają samochodu i mieszkają w lesie. Muszą tylko przewiesić skrzynkę pocztową z lewej strony drogi na prawą. Podczas tej operacji jeden ze staruszków wpada na pomysł, by zamiast nazwy gospodarstwa wpisać słowo „zabytek”, bo przecież oni – żyjący z dala od cywilizacji, ciężko pracujący na kawałek chleba – są w zasadzie zabytkami, reliktami przeszłości. I ten na pozór niewinny napis wprowadza trochę urozmaicenia w życie staruszków. 

Jeśli chodzi o moje wrażenia, to „Po liściach palmowych i różach” tego autora podobało mi się bardziej. Czytałam je z napięciem, bo życie bohaterki było zagrożone, a ta książka jest spokojniejsza, wyważona. W obu powieściach Stig Claesson poruszył właściwie ten sam temat, czyli pokazał, że starsi ludzie niemal nikomu nie są potrzebni. W „Kto kocha Yngvego Freja?” skrytykował też zachowanie Szwedów, którzy wakacje spędzają za granicą i nawet nie wiedzą, że tuż obok mają przepiękne jeziora i lasy z dzikimi zwierzętami, oraz rząd szwedzki za brak pomocy dla drobnych rolników. Małe gospodarstwa padają. Bohaterowie książki nie mogą hodować zwierząt, musieli zrezygnować z zasiewów. Do ich osady nie dojeżdża żaden autobus ani pociąg. Najlepiej by zrobili, przeprowadzając się do miasta, ale oni nigdy z własnej woli nie zmienią miejsca zamieszkania, chociaż wiedzą, że gdzieś indziej byłoby im wygodniej. Claesson podkreślił niezdolność pewnych ludzi do zmian, nawet tych na lepsze, oraz siłę przywiązania do kawałka swojej ziemi.

Moja ocena: 3/6.

---
Stig Claesson, „Kto kocha Yngvego Freja?” („Vem älskar Yngve Frej”), tł. Karol Sawicki, Czytelnik, 1976.

23.08.2015

Barbara Rosiek „Życie w hospicjum”


Nie czytałam słynnego „Pamiętnika narkomanki”, bo nałogi i osoby uzależnione nigdy mnie nie ciekawiły, stąd też nie wiedziałam, kim jest Barbara Rosiek. A to kobieta-legenda: była narkomanką, trzy razy znajdowała się w stanie śmierci klinicznej, napisała wiele książek. Po przeczytaniu „Życia w hospicjum” mogę stwierdzić, że zbyt wiele (przynajmniej o tę jedną za dużo). Bo ta książka to jakaś parodia literatury, bełkot, zlepek nieuporządkowanych myśli na temat własnej twórczości, pracy w hospicjum, przeszłości, kłopotów osobistych, żałoby po bratowej, ptaków egzotycznych... Wszystko to zapisane jest wyjątkowo kulawą polszczyzną:
„Jako studentka, rodzice byli biedni, poza tym straszny kryzys, nie miałam nic fajnego do ubrania”[1],
„Marzycielstwo to taka wada, gdzie realizujesz swoje marzenia na jawie”[2],
„Nie muszę znosić tego by wydano moje wiersze zebrane. Na to już mam jakiś wpływ”[3],
„Jakbym była jedną z potencjalnych pacjentów”[4],
i tak dalej, i tak dalej. Podobnie pokracznych zdań mogłabym wypisać jeszcze mnóstwo. Dlaczego osoba z tak słabą znajomością języka bierze się za pisanie książek i nie poprawia tego, co napisała? „Piszę prawie przez cały dzień, na przykład 30 stron maszynopisu w jeden dzień. Mózg też tego nie wytrzymuje, ale jak wyhamować wenę?”[5] - wyjaśnia Rosiek. I wszystko jasne: wena. To wena zmusza Barbarę Rosiek do pisania, ale do poprawiania - niestety nie. Pomógłby dobry redaktor, ale tekst nie dostał się w ręce redaktora. I Rosiek wydała taki niedopracowany utwór, wyznając: „pragnę by to był kolejny hicior”[6]. O nie, droga autorko, przykro mi, ale TO NIE HICIOR, TYLKO GNIOT.

13.08.2015

Cuda czy oszustwa, czyli „Piąta zima magnetyzera”

Akcja „Piątej zimy magnetyzera” toczy się pod koniec osiemnastego wieku. Główny bohater nazywa się Meisner i jest wędrującym po Europie uzdrowicielem. Tego roku, który Per Olov Enquist opisał w powieści, Meisnerowi nie wiodło się dobrze. Chłopi, od których wyłudził pieniądze, uwięzili go i znęcali się nad nim. Na szczęście udało mu się uciec. Zimę spędził w dużym, postępowym jak na tamte czasy mieście o nazwie Seefond, wielbiony przez prostych ludzi i nienawidzony przez miejscowych lekarzy.

Autor przedstawił głównego bohatera w sposób niejednoznaczny, uwypuklając sprzeczności w jego charakterze. Z jednej strony Meisner na pewno chce ulżyć chorym w cierpieniu, z drugiej – jego zachowanie nie zawsze jest etyczne, bo usypia pacjentki, po czym wykorzystuje je seksualnie, oszukuje też chłopów. Poza tym lubi błyszczeć, mieć władzę nad ludźmi. Bywał na największych dworach, mieszkał w pałacach, ale po jakimś czasie zewsząd go wyganiano. Bicie znosi z pokorą, tak jakby mu się ono należało. Inną bardzo ciekawą i pełną sprzeczności postacią jest doktor Selinger. Jako lekarz nie wierzy on w znachorskie praktyki. Ale jest nie tylko lekarzem, lecz także zrozpaczonym ojcem dwudziestoletniej niewidomej Marii. Oddałby wszystko, by córka odzyskała wzrok. Enquist świetnie pokazał, jak w Selingerze walczą ze sobą dwie osobowości – nieufny wobec cudów racjonalista i zrozpaczony, pragnący cudów ojciec.

01.08.2015

Matka i syn, czyli „Miłość” Hanne Ørstavik

Bywają trzy książki na tydzień, często cztery, pięć. Najchętniej czytałaby cały czas, siedząc w łóżku pod kołdrą, z kawą, z mnóstwem papierosów, w ciepłej koszuli nocnej*.

W taki sympatyczny sposób zaczyna się ciekawa i poruszająca powieść norweskiej pisarki Hanne Ørstavik pt. „Miłość”. To bardzo dobry, a zarazem przewrotny początek. Od razu wyobrażamy sobie bohaterkę jako inteligentną, pełną ciepła kobietę, bo czy ktoś, kto kocha literaturę, może być zły? Ale po przeczytaniu kilku kolejnych zdań nasze uczucia zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni. Urok pryska. Dostrzegamy, że ta czytelniczka jest osobą całkowicie pozbawioną uczuć, zachowującą się w sposób skrajnie zimny wobec swojego dziewięcioletniego syna. Wróciwszy z pracy do domu, w ogóle się z synem nie wita. Przebiera się, ucina sobie drzemkę, czyta, przygotowuje kolację. Przez cały ten czas mały Jon tkwi samotnie w swoim pokoju i nasłuchuje, co robi matka. Nie ma odwagi do niej wybiec i zagadać, jest przyzwyczajony do jej obojętności, zmrożony jej zachowaniem. Kocha ją, ale to, co matka do niego czuje, na pewno nie jest miłością. Tytuł książki brzmi bardzo ironicznie.

28.07.2015

Trochę przygody i trochę filozofii, czyli „Jeden z możliwych światów” Marcina Doleckiego


Główny bohater „Jednego z możliwych światów” nazywa się Filip i ma 20 lat. Nie interesuje się zabawami i dziewczynami (nigdy jeszcze żadnej nie pocałował), wolny czas poświęca na czytanie książek o filozofii i astronomii oraz na budowanie teleskopu. Ale nie może jawnie rozwijać swoich pasji, gdyż mieszka w kraju, w którym panuje terror. Wszyscy myślący inaczej niż władza zostali aresztowani. Każdy każdego się boi i podejrzewa o niecne zamiary. Nic więc dziwnego, że Filip nie do końca ufa poznanej pewnego wieczoru Julii. Ponieważ dziewczyna nie zdążyłaby wrócić do siebie przed godziną policyjną, Filip proponuje jej nocleg w swoim mieszkaniu. Wkrótce młodzi muszą uciekać przed tajemniczym pościgiem i znajdują urządzenie, dzięki któremu mogą przemieszczać się w czasie.

16.07.2015

Z Belgradem w tle, czyli „Ci dwaj mężczyźni” Selenicia

Podstarzały, wykształcony Vladan pochodzi z bogatej rodziny serbskich patriotów. Ale po drugiej wojnie światowej władze ograbiły go ze spuścizny po przodkach i mógł mieszkać tylko w niewielkiej części ogromnego domu. Pozostałe pokoje zajmowali przymusowi lokatorzy. Niszczyli oni posiadłość, a Vladana wyśmiewali i uważali za relikt przeszłości, za żywy dowód ich zwycięstwa nad wrogami klasowymi. Jakby tych nieszczęść było mało, Vladan zapałał namiętną miłością do niepełnoletniego Albańczyka. Oferował mu dach nad głową, wyżywienie, naukę...

Jeszcze jedna historia o nowotworze, czyli „Lunia” Zazy Wilczewskiej

Książka liczy tylko 70 stron
„Ze strachem otwierałam drzwi sali. Lunia leżała wbita w poduszkę, skulona i jakaś okropnie pokurczona. Jak osaczone, nie dobite zwierzę. W ogóle jakby mniejsza, przeraźliwie smutna i zszarzała”[1]. 

Lunia to starsza siostra autorki. Zdiagnozowano u niej guza przewodu pokarmowego, a po jakimś czasie przerzuty do innych narządów. Po operacji znalazła się w strasznym stanie: nie mogła zasnąć, szarpała się, płakała z bólu. Doszło do tego, że lekarze przywiązali ją do łóżka. Zaza Wilczewska czuwała przy siostrze, a przy okazji poznała bliżej jej męża, troskliwą córkę Agatę i egoistycznego syna Mateusza. Agatę polubiła, ale Mateusz bardzo ją denerwował, bo zbyt szybko pogodził się z chorobą matki i – pomimo ukończonych czterdziestu lat – wciąż był kawalerem. Na tak lekceważące podejście do instytucji małżeństwa autorka nie mogła patrzeć spokojnie. Próbowała przemówić siostrzeńcowi do rozumu i opisała go w sposób pełen pogardy: „podstarzały synalek, zajęty wyłącznie sobą”[2], „motylek skaczący z kwiatka na kwiatek”[3]. W tym pragnieniu wyszydzenia Mateusza posunęła się chyba trochę za daleko, bo mnie, czytelniczkę, irytował nie wieczny kawaler, lecz ona, nierozumiejąca, że każdy ma prawo sam decydować, jak pokierować swoim życiem.

09.07.2015

Czy Paweł Pollak, z pasją krytykujący grafomanów, sam nie jest grafomanem? Kilka uwag po przeczytaniu „Kanalii”



Nie przepadam za kryminałami, a po „Kanalię” sięgnęłam tylko dlatego, że miałam ją w domu i chciałam zobaczyć, co tam wymyślił Paweł Pollak, pisarz, a zarazem bloger znany z bezlitosnego krytykowania grafomanów i blogerów, którzy mu czymś podpadli ;-)

Książka opowiada o śledztwie w sprawie trzech ofiar. Policjanci nazywają się Senik, Markowski i Lepka. Senik ugania się za kobietami. Markowski to odrażający brudas, który bije przesłuchiwanych i ciągle przeklina. A Lepka jest obowiązkowy, grzeczny i nieporadny. Jak na dwudziestopięciolatka, wielki z niego naiwniaczek: nigdy nie był w sądzie, nie wie, że zeznaje się na stojąco i że w USC trzeba zapłacić na odpisy aktów. Powinien zatrudnić się nie w policji, tylko jako bibliotekarz, tym bardziej że ciągle coś czyta – nawet podczas śledztwa.

09.06.2015

„Ból” Radij Pogodin


Żołnierze wynieśli z wojny ból duszy, ból kości, a niektórzy, jak Waśka, ból porażonego kontuzją mózgu* – tak o bohaterze swojej powieści, rozgrywającej się w Leningradzie w roku 1946 i zatytułowanej „Ból”, napisał Radij Pogodin. Waśka Jegorow istotnie zachowywał się tak, jakby z jego głową nie wszystko było w porządku: miewał halucynacje, wpadał w dziwne stany, podczas których nie dostrzegał, co się wokół niego dzieje, ciągle przypominał sobie krwawe sceny z okresu wojny, nadużywał alkoholu. Na domiar złego się jąkał. W tej trudnej sytuacji nikt nie mógł wesprzeć go na duchu, gdyż wszystkie bliskie mu osoby zginęły albo na froncie, albo podczas blokady Leningradu. Sam musiał walczyć z demonami przeszłości – i to jest właśnie głównym tematem powieści. 

Pogodin poruszył wiele problemów aktualnych w roku 1946. Widzimy, jak banda bezprizornych atakuje Waśkę, widzimy biedę mieszkańców Leningradu i zagubienie zdemobilizowanych żołnierzy, którzy często nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Jeden ze znanych Waśce żołnierzy frontowych, nie mogąc poradzić sobie z traumą wojenną, popełnił samobójstwo. Na kartach książki pojawia się również dziewczyna bez ręki, mająca problemy z przystosowaniem się do nowego życia. W licznych retrospekcjach ukazane zostało dzieciństwo bohatera, a było to dzieciństwo biedne, spędzone bez ojca, w kwaterunkowym mieszkanku, z porywczą matką, która uważała, że gdy bije syna, przybywa mu rozumu. Wiele scen książki to wspomnienia Waśki z okresu, gdy jako członek Armii Czerwonej walczył z Niemcami. W tym miejscu warto wspomnieć, że żołnierze radzieccy ukazani zostali w kontekście bohaterów broniących ojczyzny przed wrogami. Nie znajdziemy scen świadczących o zezwierzęceniu czerwonoarmistów, przeciwnie, zobaczymy, jak radziecki kucharz woła niemieckie kobiety, by częstowały się jedzeniem, a Wasia prowadzi członków Volkssturmu do sklepu, wybiera dla nich eleganckie cywilne ubrania, po czym, płaczących z wdzięczności, wypuszcza na wolność.

29.05.2015

Jadwiga Łada „Córeczka”







Bardzo się cieszę, bo odkryłam wspaniałą, wartą polecenia powieść, o której nikt jeszcze w internecie nie pisał. Ta powieść nosi tytuł „Córeczka” i jest ogromnie ciekawa, a zarazem wyczerpująca emocjonalnie. Opowiada o dziewczynie, która wielokrotnie przebywała w szpitalach psychiatrycznych, a w przerwach pomiędzy leczeniem całymi dniami przesiadywała w swoim pokoju, wspominała dzieciństwo i próbowała zrozumieć, dlaczego stała się osobą przegraną, pozbawioną energii i nieszczęśliwą. Czy to przypadkiem nie z winy matki, która twierdzi, że córka jest dla niej wszystkim?...

Kiedy się czyta o dzieciństwie Marty, łatwo zauważyć, że była ona całkowicie normalnym dzieckiem, pragnącym kontaktu z ludźmi, pogodnym, ciekawym świata. Ale matka nie pozwalała jej normalnie się rozwijać. Odganiała wszystkich, których Marta polubiła. Kazała jej ciągle, nawet w upalne wakacyjne dni, siedzieć samotnie w pokoju. Kiedy zauważyła, że Marta garnie się do ojca, fałszywie oskarżyła go o wykorzystywanie seksualne córki. Aby zdobyć zaświadczenia dla sądu, bez skrupułów prowadzała dziewczynkę do psychologów, którzy wypytywali, co tatuś robił nocą w jej pokoju. Marta czuła się coraz bardziej osaczona, zrozpaczona i zagubiona. Buntowała się przeciwko tyranii matki, płakała, krzyczała, a wtedy matka zmuszała ją do łykania silnych środków uspokajających, po których dziewczynka spała i nie miała siły na nic, nawet na pójście do szkoły. W czasach licealnych Marta była już uzależniona od lekarstw, miała nerwicę, depresję i często podcinała sobie żyły. Przestała wychodzić z domu, straciła energię do życia, całymi dniami leżała w łóżku i denerwowała się na hałasy za oknem, na brud w mieszkaniu i pustą lodówkę. Życie wydawało jej się nic nie warte. Czasami marzyła o wyjechaniu do krewnych na wieś, bo instynktownie czuła, że tylko rozłąka z matką może ją uzdrowić. Ale czy znajdzie w sobie siłę, by opuścić dom wbrew woli matki i czy krewni zechcą jej pomóc?

Powieść, jak napisałam na początku, bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Jadwiga Łada w sugestywny sposób opisała w niej straszne rzeczy: znęcanie się, zniewolenie, manipulacje na psychice wrażliwego dziecka. Przerażająca jest głupota lekarza, który wypisywał matce Marty recepty na silne lekarstwa, nie sprawdzając, co ona z tymi lekarstwami robi. Przeraża również naiwność i bezradność psychologów, którzy nie umieli rozpoznać przyczyn tragedii dziecka, a ci, którzy zauważyli, że dziewczynka cierpi nie z winy ojca, tylko matki, nie umieli pomóc. Matka zresztą nie odwiedzała ich nigdy więcej, unikała lekarzy zbyt wnikliwych i doświadczonych. Postać matki została świetnie wykreowana. To osoba pełna sprzeczności, wierząca, że macierzyństwo stanowi sens jej życia i jednocześnie robiąca wszystko, by unieszczęśliwić własne dziecko. Ciągle zachowuje się despotycznie i dziwacznie, a jednocześnie z wielką przebiegłością ukrywa to przed otoczeniem i roztacza aurę troskliwej mamusi. Przeżycia Marty Jadwiga Łada przedstawiła z tak wielką empatią, że przez cały czas miałam wrażenie, że pisze o sobie, że zna problem z własnego doświadczenia. 

Moja ocena: 5/6.

---
Jadwiga Łada, „Córeczka”, Fundacja Elbląg, 2004.

24.05.2015

„Zamieć śnieżna i woń migdałów” Camilla Läckberg

Nieczęsto czytam kryminały, ale tym razem zachciało mi się właśnie kryminału, sięgnęłam więc po „Zamieć śnieżną i woń migdałów” Camilli Läckberg – jedyną dostępną w bibliotece powieść tej znanej szwedzkiej autorki. Jest to dosyć krótki kryminał napisany według tradycyjnej recepty. Nie ma w nim brutalnych opisów miejsc zbrodni i trupów, ginie niewiele osób, a bohater pełniący funkcję śledczego nie ma dostępu do laboratorium kryminalistycznego i aby wykryć, co się stało, musi pracować wyłącznie „metodą dedukcji”. Gdyby nie wzmianka o telefonach komórkowych i kamerze, można by sądzić, że akcja toczy się w dawnych czasach. 

23.05.2015

„Speranza” Sven Delblanc

„Speranza” to książka w formie dziennika pisanego pod koniec osiemnastego wieku przez dziewiętnastoletniego hrabiego von Pitbus. Młodzieniec ten zdenerwował swoich rodziców, bo po pierwsze chciał ożenić się z ubogą córką zakrystiana, a po drugie głosił, że wszyscy ludzie, bez względu na pozycję społeczną i kolor skóry, powinni być sobie równi. Ojciec postanowił więc wysłać go na rok do Duńskich Indii Zachodnich, gdzie ich krewny był gubernatorem. Wkrótce rozgoryczony chłopak wyruszył w niechcianą podróż, podczas której doszło do komplikacji, skutkiem których znalazł się na statku o nazwie Speranza. A był to statek bardzo, bardzo dziwny. Z jego ładowni buchał straszliwy odór. Na pokładzie młody hrabia zauważył czarnoskórą, piękną, całkiem nagą kobietę. Wkrótce z przerażeniem dowiedział się, że Speranza należy do handlarzy niewolników...

20.05.2015

„W tym życiu albo w przyszłym” Christian Signol




W tym życiu albo w przyszłym Christiana Signola to ciekawa powieść o emerytowanej nauczycielce Blanche. Podjęła ona niezrozumiałą dla otoczenia decyzję: opuściła miasteczko, w którym mieszkała przez kilkadziesiąt lat, i kupiła dom w górskiej miejscowości. Wszyscy jej znajomi zostali daleko, jedyna córka nie może teraz często przyjeżdżać, ale Blanche nie żałuje swojej decyzji. To właśnie tu, w miejscu, gdzie spędziła wczesną młodość, czuje bliskość Juliena – jedynego mężczyzny, którego kochała. Nigdy nie pogodziła się z jego przedwczesną śmiercią. Teraz intensywnie wspomina wspólnie spędzone dnie i choć przedtem nie wierzyła w życie wieczne, ma nadzieję, że jednak spotka jeszcze Juliena – jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym...

19.05.2015

„Noc” Elie Wiesel



Moje uczucia po przeczytaniu „Nocy” Elie Wiesela są bardzo, bardzo mieszane. Mam wrażenie, że książka ta niesłusznie uchodzi za jedną z najważniejszych pozycji o zagładzie Żydów. Gdybym nie wiedziała, że to relacja naocznego świadka, pomyślałabym, że Wiesel spisał ją na podstawie zasłyszanej historii. Zarzuciłabym mu, że stworzył mało wiarygodne dialogi, że opisy obozów w jego wykonaniu są pozbawione szczegółów, ubogie, mało plastyczne i że w niektóre rzeczy nie sposób uwierzyć. Ale Wiesel zapewniał w wywiadach, że wszystko, co napisał, jest prawdą...

Elie Wiesel urodził się w rodzinie pobożnych Żydów. Miał piętnaście lat, gdy z Węgier wywieziono go do Auschwitz, potem trafił też do Buchenwaldu. W swojej książce opisał życie w getcie, podróż bydlęcym wagonem oraz pobyty w obozach. Posłużył się językiem pełnym emocji, często pompatycznym. Nie przedstawił siebie w superlatywach, przyznał się do nieetycznych czynów. Podkreślał swoją rozpacz z powodu utraty wiary. Początkowo nikt nie chciał wydać jego wspomnień, jednak z czasem Wiesel zdobywał coraz większą sławę. Dużo zarabiał, wygłaszając pogadanki na temat ludobójstwa Żydów, a w roku 1986 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Pisał też powieści (jedną z nich o tytule „Sędziowie” próbowałam przeczytać, ale okazała się tak kiepska, że po kilkunastu stronach zrezygnowałam).

Co nie podobało mi się w „Nocy”? Mam wrażenie, że nie można ufać opisom Wiesela, bo podane przez niego informacje często kłócą się z tym, co pisali inni świadkowie. Wiesel twierdzi na przykład, że więźniów do komory gazowej wieziono... ambulansem. W innym miejscu pisze, że podszedł na odległość dwóch kroków do wielkiego dołu, z którego buchały wielkie płomienie i w którym paliło się mnóstwo niemowląt wyrzuconych z ciężarówki. Każdy, kto obserwował kiedyś pożar, wie, że do źródła ognia nie da się podejść zbyt blisko ze względu na wysoką temperaturę, tymczasem Wiesel nie tylko nie poparzył się dymem, ale też musiał zagryzać usta, by ojciec, stojący przy tym dole wraz z kolumną więźniów, „nie słyszał, jak mi szczękają zęby”[1]. A czy to możliwe, by w pobliżu ognia, wśród tylu przerażonych ludzi słyszeć tak ciche dźwięki jak dzwonienie zębami? Ja w każdym razie w to nie wierzę.

14.05.2015

„Romans prowincjonalny” Kornel Filipowicz




O Kornelu Filipowiczu wiedziałam tylko tyle, że przez wiele lat kochała go Wisława Szymborska. A teraz sięgnęłam po jego mikropowieść pt. Romans prowincjonalny. Przeczytałam w ciągu kilku godzin i czuję się zauroczona, a także zachęcona do szukania kolejnych utworów tego niesłusznie zapomnianego pisarza. 

„Romans prowincjonalny” to opowieść o ważnych wydarzeniach z życia dwudziestoczteroletniej Elżbiety. Od urodzenia mieszka ona w małym miasteczku w tym samym domu. Nie pracuje zawodowo, czasami daje lekcje muzyki pozbawionym talentu uczennicom, poza tym zajmuje się sprzątaniem, zakupami i opieką nad chorą matką. Matka jej każdego wieczoru gości u siebie księdza, swoją przyjaciółkę dewotkę oraz pana Soniewicza, którego chciałaby widzieć w roli zięcia. I życie Elżbiety mija w towarzystwie tych starszych, nudnych osób. Dziewczyna sprawia wrażenie pogodzonej ze swoim losem, ale czy na pewno tak jest? O tym, że jednak nie, świadczy spotkanie z poetą Fabianem Miłobrzeskim. Poeta, który pięknie mówi o powstawaniu wierszy, jest przystojny, zadbany i wygląda inaczej niż nieogoleni, nieokrzesani mężczyźni z sąsiedztwa, wydaje się jej przybyszem z innego, lepszego świata. Umawiają się na zwiedzanie miasteczka. Co z tego wyniknie?

Mikropowieść Filipowicza wywarła na mnie duże wrażenie. Autorowi udało się uchwycić klimat malutkiej mieściny, gdzie życie płynie ustalonym trybem, plotkarze obserwują wszystkich, a osoby takie jak Elżbieta duszą się i z czasem albo wyjeżdżają, albo wpadają w rezygnację i dopasowują się do otoczenia. Bohaterowie „Romansu prowincjalnego” to ludzie raczej przeciętni, bo przecież i poeta przy bliższym poznaniu okazuje się zwyczajny, mało uduchowiony. Elżbieta, choć odważna i wykształcona, biernie poddaje się losowi, nie stara się nic zmienić. Nie wiadomo, dlaczego nie zna rówieśników. Posłusznie przesiaduje w towarzystwie inżyniera, który z racji wieku mógłby być jej ojcem. Problemy jej nie zaskakują niczym, są typowe dla wielu innych kobiet, ale Filipowicz przedstawił je w tak zajmujący sposób i z tak wielką wrażliwością, że książka ani przez chwilę nie nudzi.

Moja ocena: 5/6.

08.05.2015

„Zagłada” Akira Yoshimura

Czego to ludzie nie wymyślą, do jakich ostateczności się nie posuną, by zaspokoić głód i polepszyć swoje warunki bytowe! Bohaterowie „Zagłady”, czyli mieszkańcy nadmorskiej wioski położonej gdzieś w Japonii, wpadli na osobliwy pomysł: w burzliwe noce rozpalają ognisko i starają się zwabić zabłąkane statki. Jeśli statek rozbije się o przybrzeżne skały, cieszą się i przywłaszczają sobie towary z niego, a rozbitków bez skrupułów zabijają. Ponieważ są ludźmi skrytymi i zdyscyplinowanymi, a wieś leży w odciętym od świata miejscu, przez wiele lat udaje im się zachować swoją działalność w tajemnicy. Zwabianie „łaskawych statków” stało się już tradycją.

07.05.2015

„Piętaszek, czyli otchłanie Pacyfiku” Michel Tournier



W książce pt. „Piętaszek, czyli otchłanie Pacyfiku” spotkamy tych samych bohaterów, których wymyślił Daniel Defoe, a więc Robinsona Crusoe, Piętaszka i psa. Spędzili oni wiele, wiele lat na bezludnej wyspie. Ale Michel Tournier nie „ściągnął” wszystkiego od Defoe, bo niektóre elementy historii pokrywają się, a inne nie. Inne są powody uratowania Piętaszka, inne relacje pomiędzy mężczyznami, inny stan ich posiadania, inny czas akcji (Robinson Tourniera urodził się w roku 1737, zaś Defoe w roku 1632) i wreszcie zupełnie inne zakończenia. Poza tym powieść Tourniera liczy niewiele stron, akcja gna bardzo szybko. Po kilkustronowym wstępie, w którym została opisana katastrofa statku, Robinson już tkwi na swojej wyspie. I niewiele dowiadujemy się o jego przeszłości, autor koncentruje się na opisach teraźniejszości oraz analizowaniu uczuć Robinsona.

Jaki był Piętaszek w wersji Tourniera? Cóż, robił różne dziwne rzeczy. Wyrywał z ziemi drzewa i sadził je koroną do dołu, a korzeniami do góry. Chciał oswajać szczury, które były prawdziwą plagą wyspy. Z poświęceniem karmił sępy: kładł na słońcu wnętrzności kozła, a gdy „na powierzchni na pół płynnego ścierwa zaroiły się miliardy białych larw”[1], wkładał to zepsute mięso do swoich ust, przeżuwał, po czym wpychał do gardła ptaka. Wobec innych zwierząt Piętaszek potrafił zachowywać się okrutnie: w książce znajduje się poruszająca scena torturowania żółwia. Odznaczał się też niefrasobliwością i nieodpowiedzialnością, toteż Robinson niewiele miał z niego pożytku. 

A jaki był Robinson? Pierwsza jego cecha to ogromna skłonność do filozofowania. Pisząc dziennik, ten niewykształcony syn sklepikarza wznosił się na istne wyżyny umysłowe i snuł pełne rozmachu, głębokie refleksje. Trudno zrozumieć, skąd wziął się jego niezwykły rozwój umysłowy, bo przecież Robinson oprócz Biblii nie posiadał żadnych książek, dzięki którym mógłby poszerzać swoją wiedzę i słownictwo. Druga dziwna cecha Robinsona polegała na tym, że swoje skłonności erotyczne kierował ku... wyspie. Uważał, że wyspa jest jego kochanką i że w wyniku ich miłości wyrastają rośliny o nazwie mandragora. Co jakiś czas z jękiem wkładał swoją męskość w piasek lub w pień drzewa – aż dziwne, że nie nabawił się jakiegoś zakażenia. Bardziej zrozumiałe byłoby, gdyby skazany na samotność bohater kierował swój popęd ku zwierzętom, ale Tournier koniecznie chciał być oryginalny, wymyślił więc drzewo. Hm. 

30.04.2015

„Zimowa róża” Christian Signol



Bohaterem „Zimowej róży” jest dziesięcioletni, chorujący na białaczkę Sebastien. Od lekarzy dowiedział się, że najprawdopodobniej umrze. Ojciec opuścił go przed dwoma laty, a matka czuje się bezradna, zrezygnowana i nie umie pocieszyć syna. Instynkt podpowiada chłopcu, że powinien rozstać się z matką i pojechać do dziadków, bo tylko oni mogą zapewnić mu wsparcie. I matka zawozi go do swoich rodziców na wieś, a sama wraca do Paryża. U dziadków chłopiec czuje się bezpiecznie. Obserwuje życie wsi, spaceruje po lesie, łowi ryby, a co jakiś czas jeździ do szpitala do Tuluzy, gdzie poddawany jest chemioterapii. Któregoś dnia dziadek opowiada mu o kwiatku, który ma wielkie właściwości uzdrawiające. Problem polega na tym, że roślina ta zakwita tylko pod śniegiem, a w tej części Francji śnieg pojawia się bardzo rzadko. Mały Sebastien czeka więc na nadejście zimy...

„Mam na imię Ania” Anna Grodzka


Obawiałam się, że „Mam na imię Ania” będzie książką nudną, tymczasem pochłonęłam ją z ciekawością i zapewniam: warto przeczytać! Anna Grodzka, czyli kobieta, która urodziła się w ciele mężczyzny, opowiada w niej o dramatach osób takich jak ona, o nietolerancji, z jaką się spotkała, o gorzkim poczuciu odmienności i o rozterkach, jakie przeżyła, zanim zdecydowała się przejść operacje przekształcające jej ciało z męskiego w kobiece. Najpierw Anna Grodzka była Krzyśkiem, a raczej zmuszano ją do tego, by była Krzyśkiem. Pod presją otoczenia, w błędnym przekonaniu, że jest zboczeńcem lub osobą chorą psychicznie, Krzysiek usiłował ukrywać osobowość Ani. Potajemnie bawił się jednak lalkami, a kiedy podrósł, pod garniturem nosił pończochy. Idąc na komisję wojskową, włożył koronkowe majteczki. Ta kobiecość, która w nim była, nie dawała się zepchnąć na margines. W końcu Krzysiek odważył się podjąć walkę o to, by być Anią nie tylko w czterech ścianach, ale także pomiędzy ludźmi i w dokumentach.

W książce nie ma żadnych wzmianek o polityce, Grodzka konsekwentnie pisała tylko o tym, co ma związek z jej biologiczną matką oraz transseksualizmem. Autobiografia została wzbogacona kilkoma historiami innych osób, które cierpiały ze względu na różnicę pomiędzy płcią biologiczną a odczuwaną. Najbardziej poruszająca jest historia Davida Reimera. W niemowlęctwie nieudolny lekarz pozbawił go atrybutu męskości, postanowiono więc, że okaleczonego chłopca przekształci się w dziewczynkę. Jednak w ciele dziewczynki David czuł się bardzo źle i jego historia skończyła się tragicznie. Natury nie da się oszukać, rodzimy się z ustalonym poczuciem płci i nikt nie może sprawić, byśmy poczucie to zmienili – dowodzi Anna Grodzka. 

„A niebo błękitne, coraz błękitniejsze” Witalij Serdiuk


„A niebo błękitne, coraz błękitniejsze” to krótka powieść, mogąca zainteresować w zasadzie tylko miłośników rosyjskich klimatów. Akcja jej toczy się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w kołchozie. Grupka pracowników biura konstrukcyjnego przyjeżdża tu na tydzień, by popracować przy pieleniu kapusty i pobyć na świeżym powietrzu. Wśród nich jest trzydziestokilkuletnia Waleria, mająca wielkie problemy osobiste. Chciałaby wziąć rozwód z mężem, bo nie umie mu wybaczyć, że niedawno zmusił ją do aborcji. W kołchozie Waleria poznaje pracowitego, uczciwego dyrektora cegielni, który również przyjechał tu na kilka dni z wielkiego miasta. Pomiędzy nimi rodzi się miłość.

27.04.2015

„Droga żelazna” Aharon Appelfeld



Główny bohater „Drogi żelaznej” nazywa się Erwin Siegelbaum i mieszka w Austrii. Rodzice jego byli żydowskimi komunistami. Ojciec nienawidził języka jidysz i z pasją chwalił wszystko, co radzieckie. Namawiał młodzież, by opuszczała swoje domy i budowała „nowy ład”, organizował wiece, strajki i akcje sabotażu skierowane przeciwko bogatym Żydom, podpalał fabryki i lasy. Matka nie ingerowała w wychowanie syna. Erwin nie chodził do szkoły, tylko jeździł wszędzie z ojcem. I chyba przywykł do takiego wędrownego, nieustabilizowanego trybu życia, bo do tej pory – a ma już 55 lat – nie założył rodziny, nie kupił mieszkania. Niemal przez cały czas podróżuje. Ma jakąś obsesję na punkcie pociągów. „Bywa tak, że wysiadam z pociągu pijany od urojeń i obrazów”* – wyznaje. Nocuje w pensjonatach i domach znajomych, handluje żydowskimi przedmiotami, wspomina przeszłość i poszukuje esesmana Nachtigala, który zabił jego rodziców. Chce się na nim zemścić.

„Droga żelazna” opowiada głównie o tym, jak trudno być Żydem, i nie chodzi tu tylko o czasy Zagłady, lecz także o życie powojenne. Antysemityzm w Austrii nadal jest bardzo silny, podróżujący bohater często spotyka ludzi, którzy z entuzjazmem mówią o zachowaniu Hitlera. Zbrodniarze wojenni, tacy jak Nachtigal, nie ponieśli kary i żyją sobie spokojnie. A Żydzi często ukrywają swoją narodowość, ponadto cierpią z powodu złych snów, lęków i melancholii. Przedstawiając tragedię Żydów, Aharon Appelfeld nie idealizuje ich. Żydzi z jego powieści latami myślą o krwawej zemście. Wielu z nich, w tym rodzice głównego bohatera, to fanatyczni komuniści, którzy wyrządzili wiele zła. Stark, którego Erwin poznał w dzieciństwie i regularnie odwiedza, nadal marzy o krzewieniu komunizmu i stara się skupić wokół siebie „ocalonych”, czyli dawnych członków organizacji. 

Choć powieść porusza trudne i bolesne sprawy, napisana została w sposób spokojny, bez histerii i oskarżycielskiego tonu. Pasuje do niej prosty, oszczędny i elegancki język, jaki zastosował autor. Warto ją przeczytać ze względu na niebanalnie potraktowany temat żydowski, poza tym Appelfeld przepięknie pisze o podróżowaniu koleją. Żałuję, że nie czytałam tej książki podczas jazdy pociągiem. 

---
*Aharon Appelfeld, „Droga żelazna” („Mesilat barzel”), tł. Hanna Volovici, Wydawnictwo W.A.B., 2006, str. 42.

20.04.2015

„Zamknięte drzwi” Magda Szabo



Narratorka „Zamkniętych drzwi” nazywa się Magda i jest bezdzietną pisarką. Kiedy jej kariera zaczęła nabierać rozpędu, przeprowadziła się do większego mieszkania i rozejrzała za pomocą domową. Polecono jej Emerenc. Ta samotna starsza pani uchodziła wśród sąsiadów za wzór uczciwości. Pracowała w kilkunastu domach i bez chwili wytchnienia sprzątała, prała, odgarniała śnieg, z poświęceniem opiekowała się też zwierzętami i chorymi. Nie przymilała się do pracodawców, lubiła zaznaczyć swoją silną osobowość. A kiedy już weszła do swojego domu, na żadne pukanie nie otwierała drzwi. Nikt nie widział jej mieszkania i nie znał jej tajemnicy – bo na pewno jakąś tajemnicę miała. Narratorka podejrzewała nawet, że Emerenc ukrywa rzeczy zrabowane wywiezionym do obozu Żydom. Z czasem napięte stosunki między obiema paniami poprawiły się i Magda jako jedyna osoba na świecie poznała zagadkę zamkniętych drzwi. Co ukrywała Emerenc? I czy nie żałowała potem, że obdarzyła Magdę zaufaniem?

15.04.2015

„W morzu śmierci. Wspomnienie syna” David Rieff





Tę wspomnieniową książkę David Rieff napisał w dwa lata po śmierci swojej matki Susan Sontag. Korzystał tylko z własnej pamięci, bo podczas ostatniej choroby matki nie robił żadnych notatek. Historia onkologiczna Susan Sontag wyglądała tak: rok 1975 – pisarka dowiedziała się, że ma raka piersi z przerzutami do kilkunastu węzłów chłonnych. Zdecydowała się na radykalną mastektomię. 20 lat później wykryto u niej mięsaka macicy. Znowu udało się wygrać z chorobą, ale niektóre leki stosowane w chemioterapii przyczyniły się do tego, że w roku 2004 Sontag zachorowała na ostrą białaczkę szpikową. Tym razem nie pomógł ani przeszczep szpiku, ani żadne leki. 

David Rieff napisał o swoim poczuciu winy, o żalu spowodowanym tym, że jeżeli matka już musiała umrzeć, to dlaczego nie na jakąś mniej bolesną chorobę, o stosunku matki do śmierci. Nie przyjmowała do wiadomości, że umrze, pragnęła słuchać tylko optymistycznych wieści. Dwukrotne zwycięstwo nad nowotworem sprawiło, że zaczęła uważać się za osobę w pewnym sensie wyjątkową, niezniszczalną, przeznaczoną do długiego życia. „Rakowi nie wolno się poddawać – wierzyła – trzeba stawić mu czoło, a jeśli się będzie walczyć bezkompromisowo, a przede wszystkim inteligentnie, ma się szanse wygrać”[1]. Sądziła, że dzięki pozytywnemu nastawieniu i gotowości na cierpienia podczas kuracji uda się jej wrócić do zdrowia. Nie wydała nawet żadnych dyspozycji na wypadek śmierci - syn nie wiedział, gdzie ją pochować, jak zorganizować pogrzeb.

„Czy wiedza i dostęp do informacji to siła, czy też okrucieństwo? Matka zanim zachorowała na MDS, z pewnością obstawałaby przy tym pierwszym”[2] – zastanawia się David Rieff. Kiedyś lekarze nie mówili pacjentom, że mają nowotwór, co najwyżej informowali o tym rodzinę chorego. Dziś pacjent ma prawo do poznania nazwy swojej choroby i może szybko sprawdzić w internecie, jakie są szanse na wyzdrowienie. Czy taka wiedza nie sprawi, że jego ostatnie dni będą trudniejsze, bo pozbawione nadziei? Ile powinno się mówić chorym? 

Książka napisana została w sposób dosyć powściągliwy i suchy. Nie zawiera przejmujących słów rozpaczy i tęsknoty, co oczywiście nie oznacza, że syn nie cierpiał, po prostu nie lubił się wywnętrzać. Zresztą sam przyznał, że ma pewne wady charakterologiczne – chłód, ponurość, niezręczność w kontaktach z ludźmi. Nawet w ostatnich dniach życia matki nie zdobył się na żadną czułość, co zresztą nie dziwi, skoro ona nigdy nie przytulała jego. Cechą „W morzu śmierci” jest również mała ilość dokładnych opisów cierpień towarzyszących chorobie nowotworowej oraz powściągliwość w wyrażaniu emocji na temat niedelikatności lekarzy czy zachowania partnerki matki (Susan Sontag żyła w związku z fotografką Annie Leibovitz, która opublikowała potem zdjęcia pokazujące ją w czasie agonii). Autor nie wspomina też o przyczynach sporów z matką, nie ujawnia, co sądził na temat jej związków z kobietami, nie pisze o swoim osobistym życiu. Mam wrażenie, że nie był gotowy na pełną otwartość i szczerość, przez co książka sprawia wrażenie bardzo chłodnej, suchej i raczej nie wzruszy czytelników. 

---
[1] David Rieff,  „W morzu śmierci. Wspomnienie syna” („Swimming in a sea of death. A son's memoir”), tł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, 2009, str. 73-74.
[2] Tamże, str. 47.

„Barbaro, kłamiesz” Stanisław Maria Saliński


Tym razem będzie o powieści starej, wydawanej w odcinkach w roku 1946, która podobała się ówczesnym czytelnikom i doczekała się formy książkowej. Ta powieść nosi tytuł „Barbaro, kłamiesz”. Akcja jej toczy się w Warszawie rok po zakończeniu wojny. Główny bohater, Józef Mokrzycki, po długim namyśle – bo słyszał pogłoski o wielkich zniszczeniach i siedemnastej republice – wrócił z Zachodu do Polski. Zobaczył, że z jego dawnej kamienicy zostały tylko ruiny, a w tych ruinach, wraz z szesnastomiesięcznym synem i jakimś starszym mężczyzną, mieszka jego żona Barbara...

„Barbaro, kłamiesz” to powieść bardzo warszawska. Bohaterowie posługują się warszawską gwarą i wspominają Warszawę z lat okupacji. Widzimy ośmiolatka żałującego, że nie zginął podczas powstania. Widzimy inżyniera, który poprzywoził mnóstwo mebli i futer z Ziem Odzyskanych. Widzimy kobiety, które nie czekały na powrót swoich mężów. Widzimy klitki, w których dusi się po kilkanaście osób. Prawie nikt nie rozpacza, panuje gorączkowy nastrój, praca wre, knajpy są pełne, alkohol leje się litrami. Taka była Warszawa roku 1946 – ruiny, gruzy i wielki entuzjazm.

Kiedy Niemcy zabierali Józefa, Barbara rzuciła mu w twarz, że dziecko, które nosi w łonie, nie jest jego. Przez cały okres pobytu w obozach gryzł się tym i teraz nie wie, co myśleć o małym Andrzejku. Powieść została napisana z punktu widzenia Józefa, nie dowiadujemy się więc, ile kłamstw jest w słowach jego żony. Możemy w nie wierzyć lub nie. Autor świetnie zbudował wokół jej postaci klimat podejrzeń, niepewności i niejednoznaczności.

A jak traktowany jest malutki Andrzejek! W jego pobliżu bez końca pali się papierosy i pije alkohol, matka wciąż zostawia go pod opieką przypadkowych osób: dziecka pilnuje ośmiolatek albo pijany dziki lokator. Pewnego razu została wybita szyba i do pomieszczenia, w którym leżał malec, wdarł się gwałtowny marcowy wiatr. Nikt – nawet matka – nie wpadł na pomysł, by dziecko ubrać lub przynajmniej przykryć. 

Ci, którzy chcieliby poczytać coś autentycznego o odbudowującej się Warszawie, mogą poszukać tej powieści w antykwariatach lub bibliotekach. Na wznowienie raczej nie można liczyć. Cechy charakterystyczne „Barbaro, kłamiesz” to ciekawa fabuła, atmosfera podobna trochę do tej ze „Stolicy” Poli Gojawiczyńskiej (tyle że Stanisław Saliński pisał w sposób ciekawszy i z większym optymizmem), sympatia dla kobiet, które w trosce o los dzieci musiały dokonywać trudnych wyborów. A jak jest ze sprawami politycznymi? Głównemu bohaterowi podoba się to, co zastał w Polsce. Przeciwko komunizmowi wypowiada się tylko inżynier. Ale to postać negatywna, szabrownik, który własnego synka, wspominającego wojenne koszmary, nazywa sadystą. W książce znajduje się też wątek żydowski. O Żydach autor pisze w bardzo ciepły sposób. To właśnie oni, choć sami ukrywali się w lesie, ocalili życie ciężarnej Barbary, kiedy po klęsce powstania błąkała się po wsiach. Polscy chłopi nie mieli dla niej litości. 

Moja ocena: 4/6.

---
Stanisław Maria Saliński (pseud. Jerzy Seweryn), „Barbaro, kłamiesz”, Wydawnictwo Lubelskie, 1990.