29.07.2014

„Znaleziony” Nadine Gordimer




W książce pt. „Znaleziony” Nadine Gordimer opowiada o związku dwojga ludzi: Julii - córki bogatego angielskiego imigranta i Araba Ibrahima, pochodzącego z prymitywnej pustynnej wioski. Młodzi poznali się w RPA, gdzie Julie prowadziła beztroskie życie wśród przyjaciół, a on pod fałszywym nazwiskiem pracował nielegalnie w warsztacie samochodowym. Zaledwie zaczęli się ze sobą spotykać, Ibrahim otrzymał nakaz opuszczenia Republiki.

Gordimer pokazuje, jak nędznie żyją ludzie w jednym z najbardziej zacofanych krajów Trzeciego Świata, i zwraca uwagę na to, jak trudno oderwać się od miejsca urodzenia. Akcja toczy się najpierw w dużym afrykańskim mieście, a potem w rodzinnej wiosce Ibrahima. Rodzice, rodzeństwo i krewni chcą, by Ibrahim zamieszkał z nimi na stałe, on jednak  za wszelką cenę chce wyjechać za granicę, byle daleko od tego haniebnego miejsca, które było jego domem*. Uważa, że tylko w kraju chrześcijańskim można żyć godnie, i nie przejmuje się tym, że za granicą za kilka euro musiałby wykonywać te prace, którymi gardzą biali. Ze względu na pochodzenie nikt by go nie szanował, uważany byłby za potencjalnego terrorystę, przemytnika i nosiciela wirusa HIV.

Ibrahim to człowiek pełen gniewu, niepokorny, opętany idée fixe. W czytelniku może budzić niechęć. Julia wydaje się o wiele sympatyczniejsza i dojrzalsza niż jej ukochany. Ona wie, co to miłość, poświęcenie, akceptacja tego, czego nie można zmienić. W powieści tej postacie kobiece są bardziej interesujące niż męskie. Matka Ibrahima ma za sobą ciekawą młodość. Wywalczyła u rodziców prawo do nauki, w szkole była jedyną dziewczyną pośród chłopców. Kiedy dorosła, zmuszono ją do wyjścia za mąż. Kobieta z rezygnacją zajęła się rodzeniem dzieci, dźwiganiem wiader z wodą i innymi ciężkimi pracami.

„Znaleziony” nie jest jedną z tych banalnych, łzawych historyjek o związku Angielki z Arabem, z łatwo przewidywalnym zakończeniem. Powieść Gordimer rozwija się w zaskakującym kierunku. Napisana została chłodnym, trochę suchym językiem. Autorka rzadko ujawnia emocje bohaterów, trzeba wiele się domyślać i zgadywać. Książkę tę polecam miłośnikom klimatów afrykańskich i interesującej, nieco trudniejszej literatury.

---
* Nadine Gordimer, „Znaleziony” („The Pickup”), tł.Dariusz Żukowski, Wydawnictwo M, 2014, str. 167.

27.07.2014

„Weź moją duszę” Yrsa Sigurdardóttir





Zbieg okoliczności sprawia, że Thora, pracująca na co dzień w agencji prawniczej, staje się detektywem. Jonas, któremu pomogła kupić działkę na półwyspie Snæfellsnes, skarży się, że na terenie posiadłości pokazują się duchy oraz słychać płacz dziecka. Thora w duchy nie wierzy, ale czuje się odpowiedzialna za problemy Jonasa, jedzie więc na półwysep. Zostaje na nim dłużej, niż pierwotnie planowała, gdyż okazuje się, że istotnie dzieją się tam dziwne rzeczy, ponadto zostaje popełnione morderstwo.

Obserwujemy nie tylko postępy toczącego się śledztwa, ale też poznajemy okrutną historię, która rozegrała się na terenie posiadłości kilkadziesiąt lat temu. W książce znajdziemy też scenki z prywatnego życia Thory. Widzimy, jak nudna jest praca w agencji prawniczej i jak Thora radzi sobie z dziećmi, sześcioletnią córką i szesnastoletnim synem. Niedawno dowiedziała się, że wkrótce zostanie babcią. Do tej trudnej sprawy podchodzi z wielkim opanowaniem, nie krzyczy, pociesza syna oraz jego nieletnią dziewczynę. 

Nieobeznanego z islandzkimi zwyczajami czytelnika może dziwić, że bohaterowie do wszystkich, nawet do nieznajomych, mówią przez „ty”. Niedawno dowiedziałam się, że w Islandii to naturalne. Akcja toczy się żywo, długo nie można odgadnąć, kto popełnił morderstwo, bo niejedna osoba miała motyw. Trupów na szczęście nie pada zbyt wiele. Obiektywnie muszę przyznać, że „Weź moją duszę” nie jest złym kryminałem. Jednak ostatnio nie mam serca do tego gatunku literatury i szybko zapominam, kto zabił i dlaczego. 

---
Yrsa Sigurdardóttir, „Weź moją duszę”, przeł. Jacek Godek, Muza, 2008.

23.07.2014

„Zła córka” Justine Lévy

Zła córka Justine Lévy to książka o młodej Louise, która akurat wtedy, gdy jej matka umiera na nowotwór, odkrywa, że jest w ciąży. Matka bardzo potrzebuje jej obecności i pomocy, ale ona niewiele może z siebie dać. Mama znosi udręki, a ja mam ochotę na pomidory, na coś w occie[1] - stwierdza ze wstydem. Czuje, że powinna mniej przejmować się własnym brzuchem, a więcej chorobą matki, jednak dziecko staje się dla niej najważniejsze.

Czy bohaterka tej powieści jest złą córką? Każdy czytelnik sam odpowie sobie na to pytanie. Moim zdaniem łatwo zrozumieć jej zachowanie. Jako ciężarna musi unikać nerwowych sytuacji, poza tym w dzieciństwie nie doświadczyła ze strony matki troskliwości. Często nie miała co jeść, uczestniczyła w pijackich zabawach, dopijała alkohol z kieliszków gości matki. Będąc nastolatką, kradła z butików drogie ubrania i dawała je matce: Początkowo udawała skrępowanie, potem troskę, a jeśli cię przyłapią? Później uznawała to za normalne, już nie przywiązywała wagi do pochodzenia prezentów[2]. 

Bohaterka jest osobą sympatyczną, ale infantylną jak na swój wiek. Łatwo ulega emocjom, potrafi rzucić się z pięściami na lekarza tylko dlatego, że przekręcił nazwisko. Wciąż rozmyśla o tym, czy będzie umiała stworzyć dziecku normalny dom. Zachwyca ją i zarazem przeraża świadomość, że dziecko będzie darzyło ją bezwarunkową miłością. Bardzo przejmuje się swoją ciążą, ale nie umie powstrzymać się od palenia papierosów i jedzenia sushi. Jak widać z opisu, nie jest idealną ciężarną, mogącą stanowić dla innych wzór.

Zła córka napisana została lekkim, potocznym stylem, przypominającym paplaninę nastolatki. Językowo książka nie zachwyca, ale jest interesująca ze względu na poruszone w niej tematy. Narratorka szczerze opowiada o swoich doznaniach, o huśtawce nastrojów, o ambiwalentnych uczuciach wobec matki, o onkologach, którzy umierającą pacjentkę traktują z lekceważeniem. Dodam jeszcze, że w polskim wydaniu powieści Justine Lévy znalazłam mnóstwo błędów.

Moja ocena: 4/6.

---
[1] Justine Lévy, Zła córka (Mauvaise Fille), tł. Bożena Sęk, Sonia Draga, 2011, str. 56.
[2] Tamże, str. 108.

14.07.2014

„Tak wyszło” i „Kwas siarkowy” Amélie Nothomb

Amélie Nothomb staje się pisarką coraz bardziej znaną, postanowiłam więc zapoznać się z kilkoma jej książkami. Na pierwszy ogień poszedł „Kwas siarkowy”. W jakimś bliżej nieokreślonym czasie powstaje reality-show o tytule „Witajcie za drutami”. Uczestnicy tego programu łapani są wprost z ulicy i wtrącani do obozu koncentracyjnego, zorganizowanego na wzór tych z czasów Hitlera. Bije się ich, poniża, głodzi, aż w końcu - ku zadowoleniu widzów - umierają. Więźniowie zachowują się wobec siebie grzecznie i lojalnie, a piękna Pannonigue jest wzorem dla wszystkich. Tę właśnie Pannonique upatrzyła sobie na ofiarę brutalna kapo Zdena. 

W „Kwasie siarkowym” nie znalazłam ani jednego elementu, który by mi się podobał. Pannonique wciąż wygłasza banalne hasła, więźniowie zachowują się sztucznie. Największe ich zmartwienie to nie tortury, głód i bliskość śmierci, lecz świadomość, że każdy ich ruch śledzi kamera. Nie trafiło też do mnie przeświadczenie autorki, że zabijanie przypadkowych ludzi stanie się legalne i że prawie wszyscy będą się podniecać widokiem tortur i śmierci. Nieprzekonująca opowieść została ozdobiona jeszcze bardziej nieprzekonującym, idiotycznym zakończeniem. 

Również „Tak wyszło” nie przypadło mi do gustu. Jest to opowieść pozbawiona prawdopodobieństwa, jeszcze bardziej infantylna niż „Kwas siarkowy”. Główny bohater wpuszcza do swojego mieszkania nieznajomego mężczyznę. Nieznajomy nieoczekiwanie umiera, a główny bohater, zamiast wezwać karetkę pogotowia, postanawia podrzucić obcemu swoje dokumenty i przywłaszczyć sobie nazwisko i tożsamość zmarłego. W ogóle nie martwi się tym, że żona zmarłego lub ktoś z jego znajomych odkryje mistyfikację. 

Fabuła jest nieprawdopodobna, a zakończenie bezsensowne i niewyjaśniające niczego. Ciekawa jestem, czy Nothomb była kiedykolwiek w banku? Bo w jej książeczce postronni ludzie bez problemu dostają się do bankowego skarbca, w którym nie ma kamer, czujników ruchu ani żadnych innych zabezpieczeń. W innej scence widzimy osobę, która przychodzi do banku z dużą ilością banknotów i chęcią założenia konta. Pracownicy banku liczą pieniądze ręcznie i, co najdziwniejsze, nie na oczach klienta, tylko w innej sali. A akcja toczy się w roku 2006...

Obie te książeczki czytałam z narastającą niechęcią, z uczuciem, że marnuję czas. Sposób pisania Amélii Nothomb zupełnie do mnie nie trafił. Te naiwne opowiastki, pełne niewiarygodnych sytuacji i infantylnych pomysłów, kojarzą mi się z twórczością dwunastolatka, któremu wydaje się, że wszystko jest możliwe. Wiem, że belgijska autorka ma wielu wielbicieli, ja jednak nie dołączę do ich grona. 

12.07.2014

„Gilead” Marilynne Robinson


Kilka słów o mojej ostatniej lekturze, czyli o „Gileadzie” Marilynne Robinson. Powieść ta otrzymała w roku 2005 nagrodę Pulitzera. Napisana została w formie listu. John Ames, nieuleczalnie chory pastor, składa w nim sprawozdanie ze swojego długiego, bo prawie osiemdziesięcioletniego życia. Wspomina zdziwaczałego dziadka, rodziców i starszego brata, opisuje codzienność swojego rodzinnego miasteczka Gilead, dzieli się też refleksjami na tematy religijne. Kiedy syn – obecnie sześcioletni – dorośnie, przeczyta ten list i w ten sposób pozna życie ojca.

Ze wspomnień Johna Amesa wyłania się obraz życia mieszkańców stanu Iowa. Gilead, w którym pastor spędził prawie całe swoje życie, to już relikt przeszłości, miasteczko wymierające; nawet Murzyni się z niego wyprowadzili. Ames opisuje wielką suszę, epidemię hiszpanki, wydarzenia związane z dwiema wojnami. Porusza takie tematy jak wybaczanie, starość, religijność, rasizm w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Ze zdziwieniem patrzy na to, z jaką niechęcią ludzie reagują na związek białego mężczyzny z czarnoskórą kobietą. 

Ale najważniejszym tematem powieści jest ojcostwo. Starzec pisze o radości z posiadania syna i o rozpaczy, jakiej doznał w młodości po śmierci swojej córeczki. Jako osamotniony, osierocony ojciec przez kilkadziesiąt lat unikał domów, które tętniły dziecięcym gwarem, bo patrzenie na cudze szczęście sprawiało mu zbyt wielki ból. Zawsze był tolerancyjny w stosunku do ludzi, ale jednej rzeczy nie umiał im wybaczyć - porzucenia własnych dzieci. 

Książkę Marilynne Robinson czytałoby się łatwiej, gdyby nie wplecione w nią długie rozważania na tematy teologiczne. Pastor wspomina swoje kazania, a napisał ich ponad 2000, zastanawia się, które przykazanie jest najtrudniejsze do przestrzegania etc. Krytycy na pewno docenią ten aspekt powieści i powiedzą: „Tak właśnie pisałby prawdziwy duchowny!”, jednak przeciętny czytelnik może poczuć coś zupełnie przeciwnego – nudę i irytację.

Podsumowując, mogę powiedzieć, że „Gilead” napisany został w sposób nieco nużący i raczej nie wzbudza emocji. Najciekawsze są te kartki, na których znajdują się wzmianki o młodym Boughtonie oraz o dziwactwach dziadka. Pastor w roli narratora nie zdaje egzaminu, gdyż o wszystkich stara się pisać dobrze i wciąż oddaje się refleksjom teologicznym. Zalety powieści to pokazanie mentalności mieszkańców stanu Iowa oraz różne przykłady ojcostwa. 

---
Marilynne Robinson, „Gilead”, przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 2006.

06.07.2014

„Za kwietnymi polami” Jun'ichi Watanabe

„Za kwietnymi polami” to zbeletryzowana biografia Ginko Ogino (1851-1913), pierwszej Japonki, której udało się uzyskać dyplom lekarza. Z książki dowiemy się, jak doszło do tego, że kobieta z szanowanej japońskiej rodziny postanowiła studiować medycynę, ile wysiłku musiała włożyć w to, by osiągnąć cel, poznamy też warunki życia kobiet w tamtych czasach.

Opowieść o Ginko rozpoczyna się w chwili, gdy po kilku latach małżeństwa wraca ona do domu rodziców. Jest ciężko chora, bo mąż zaraził ją chorobą weneryczną. Wie, że już nigdy nie urodzi dziecka i że z powodu bezpłodności uważana będzie za kobietę bezwartościową. Próbuje się leczyć, ale w czasach przed wynalezieniem antybiotyków walka z rzeżączką skazana była na niepowodzenie. Wobec tego Ginko postanawia, że zostanie lekarką i będzie pomagała kobietom znajdującym się w takiej sytuacji jak ona. Nie zniechęca się ani sprzeciwem rodziny, ani faktem, że w jej kraju zawód lekarza zarezerwowany był wyłącznie dla mężczyzn.

Ginko Ogino (1851-1913)
Jun'ichi Watanabe przedstawia młodość bohaterki, okres studiów, lata prowadzenia praktyki lekarskiej. Widzimy Ginko w różnych życiowych rolach: jako zawstydzoną pacjentkę, znienawidzoną przez mężczyzn studentkę i wreszcie - lekarkę. Wiele miejsca w książce zajmują opisy nienawiści okazywanej Ginko przez mężczyzn. Mąż zniszczył jej życie, studenci na wszelkie sposoby starali się ją upokorzyć, pacjenci szpitala nie pozwalali, by badała ich kobieta. Nic dziwnego, że Ginko znielubiła mężczyzn.

Biografia nie została napisana w porywający sposób, tłumacz też nie wykazał się kunsztem. Ale nie mogę powiedzieć, bym żałowała czasu poświęconego na czytanie, bo poznałam życie nietuzinkowej kobiety: bardzo wyemancypowanej, inteligentnej, upartej, przedsiębiorczej. To dzięki takim niepokornym osobom jak ona los japońskich kobiet powoli się polepszał. 

Moja ocena: 4/6.

---
Jun'ichi Watanabe, „Za kwietnymi polami” („Beyond the Blossoming Fields”), tł. Ludwik Stawowy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

02.07.2014

„Piętnaście lat tułaczki 1940-1955; Syberyjskie notatki” Edward Kołpak, Jadwiga Mielżyńska





W książce tej znajdują się dwie autentyczne historie Polaków wywiezionych na Syberię podczas drugiej wojny światowej. W roku 1940 Edward Kołpak – młodziutki, naiwny mężczyzna ze wsi – bez powodu został aresztowany przez NKWD. Wierzył w to, co pisali w gazetach, toteż bardzo dziwiło go zachowanie enkawudzistów:

„Niemożliwe, żeby przedstawiciele władzy tak wulgarnie się wyrażali, bo przecież sam kiedyś czytałem w sowieckiej gazecie, że w ZSRR podlega się karze więzienia za jedno wulgarne słowo”[1].

Ponieważ Kołpak nie chciał podpisać dokumentu z przyznaniem się do winy, torturowano go bestialsko, a potem zesłano do łagru. W „Piętnastu latach tułaczki” opisał tortury, tragiczny kilkudniowy marsz ze Starej Wilejki w spiekocie, bez wody, jedzenia i odpoczynku, a także wrażenia z Gułagu. Nie cierpiał tak mocno jak inni więźniowie, bo pomagali mu lekarze: „przepisywali mi różne choroby, na które ja nigdy nie chorowałem”[2], udało mu się też otrzymać dobrą pracę na stanowisku kucharza.