29.05.2014

„Czy ja jestem mordercą?” Calel Perechodnik




„Czy ja jestem mordercą” to chyba najbardziej znany pamiętnik opisujący zagładę getta otwockiego. Autorem jego jest Żyd, ale nie taki spokojny i niewinny, którego moglibyśmy żałować, tylko aktywnie pomagający Niemcom w likwidowaniu swoich rodaków. Z własnej woli wstąpił do żydowskiej policji - najpierw po to, by uchronić swoją rodzinę od wywiezienia do obozu, a potem, by ocalić siebie: Muszę się ratować, przecież nie po to tchórzliwie porzuciłem żonę, by w kilka dni później zostać zabitym (str.67). Z czasem opuścił getto i zaczął ukrywać się u Polaków. 

Pamiętnik Perechodnika to coś więcej niż tylko kronika zagłady getta, to także próba doszukania się przyczyn tragedii narodu żydowskiego. Perechodnik uważał, że nie tylko Niemcy są winni, lecz też Polacy i sami Żydzi. Polacy na ogniu rozpalonym przez Niemców chcieli upiec własną pieczeń, czyli pozbyć się Żydów i zagarnąć ich majątki. Żydzi okazali się tchórzliwi i naiwni, ponadto poprzez swoją religię i wiarę w to, że są narodem wybranym, prowokowali Niemców i Polaków do nienawiści, bo przecież nikt nie lubi ludzi, którzy uważają się za lepszych.

26.05.2014

„Wielbłąd na stepie” Jerzy Krzysztoń


„Wielbłąd na stepie” Jerzego Krzysztonia to opowieść o grupce Polaków wywiezionych podczas drugiej deportacji z Grodna do Kazachstanu. Jaśka miała zamiar wyjechać do Lublina, jednak zanim zdążyła zrealizować swoje zamiary, wraz z dwoma synami i siostrą znalazła się w głębi Rosji. Nikt tu nie cieszy się z przyjazdu Polaków, mieszkańcy kołchozów chcą się ich pozbyć, toteż Jaśka i jej najbliżsi wciąż wędrują i z konieczności stają się obieżyświatami. Kiedy w końcu docierają do miejsca, w którym stacjonuje tworzące się wojsko polskie, okazuje się, że również i tu nie są mile widziani, nikt nie chce żywić ogromnej liczby polskich cywilów.

Krzysztoń w przejmujący sposób pokazał niepotrzebność tych Polaków, ich zagubienie w świecie, wysiłek, jaki musieli włożyć w to, by przetrwać. Pomimo tragicznych warunków kobiety z książki Krzysztonia nie załamują się. Zakasują rękawy i biorą się do ciężkiej pracy, by nie umrzeć z głodu na niegościnnej ziemi. Szybko chudną, brzydną, ich skóra staje się gruba i ogorzała. Nie mają czasu i sił na to, by opiekować się dziećmi. Dzieci zresztą nie przejmują się swoim położeniem tak mocno jak dorośli. Pobyt na obczyźnie uważają za barwną przygodę. Biegają po stepie, polują na susły, tępią wszy, podkradają jedzenie. Szybko uczą się mówić po rosyjsku, przy tym Mariuszek nie ma świadomości narodowej, nie pamięta o tym, że jest Polakiem.

Powieść utrzymana jest w smętnym tonie, trudno znaleźć w niej fragmenty, które zawierałyby choć ślad humoru. Język jest piękny, ale dosyć trudny – kiedy mając kilkanaście lat próbowałam czytać tę książkę, nie rozumiałam wplecionych w tekst rosyjskich słów. Teraz przeczytałam bez problemu i doceniam autora za to, że w dialogach oddał oryginalny sposób wyrażania się mieszkańców Kazachstanu. Opisy przyrody, które wtedy ogromnie mnie nużyły, teraz przeczytałam z ciekawością.

Jest to jedna z pierwszych powieści o Polakach wywiezionych w głąb Rosji. Autor miał wielkie trudności z jej wydaniem i problemy po wydaniu, gdyż książka w złym świetle pokazywała naszych wschodnich sąsiadów. „Wielbłąd na stepie” zawiera wiele elementów autobiograficznych. Krzysztoń przeżył mniej więcej to, co powieściowy Jurek. Do kraju udało mu się wrócić dopiero w roku 1948. Wrócił bez niektórych bliskich osób oraz bez lewej ręki.

Moja ocena: 5/6.

23.05.2014

„Kradzież” Wiktor Astafiew


Powieść Wiktora Astafiewa pt. „Kradzież” opowiada o bezprizornych, czyli o bezdomnych dzieciach w ZSRR. Rodzice tych dzieci zginęli na wojnach, trafili na zesłanie albo umarli z głodu. Dzieciaki przez długi czas włóczyły się po kraju, a potem zostały wyłapane i umieszczone w domu dziecka w nowo powstającym mieście na Syberii. Ale nie cieszą się z tego, że mają dach nad głową i posiłki. Czekają do wiosny, by uciec (do wiosny, ponieważ z tego syberyjskiego miasta można wydostać się tylko statkiem). Póki co, bawią się ogniem, przeklinają, biją się, piją alkohol.

Pewnego razu podczas wyprawy do łaźni kradną kasjerce 800 rubli. Kasjerka zostaje oskarżona o przywłaszczenie państwowych pieniędzy i aresztowana, a jej dzieci trafiają do tego samego ośrodka, w którym znajdują się przebiegli złodzieje. Astafiew opisuje konsekwencje tej kradzieży, a zarazem snuje opowieść o przeszłości dzieci i o kłopotach kierownika sierocińca. 

Kierownik to dobry człowiek. Chociaż nie ma wykształcenia pedagogicznego, rozumie, że to, co robią dorośli, zawsze odbija się na dzieciach. Chciałby pomóc sierotom, ale czuje się bezradny. Dzieci przesiąknięte zostały propagandą radziecką i uważają, że wiedzą, kogo podziwiać, a kto jest „be”. Kierownik jako „biały oficer” i były zesłaniec budzi ich pogardę. 

W „Kradzieży” znajduje się wiele przykładów krzywdy dziecięcej. Goszka został tak mocno pobity, że doznał urazu kręgosłupa i oderwania narządów wewnętrznych. Nie otrzymuje żadnej pomocy lekarskiej, gdyż z przetransportowaniem go do szpitala trzeba czekać do wiosny. Skazany jest na powolną śmierć w męczarniach. Chłopiec nazywany Paralitykiem na skutek pobicia stracił władzę w nodze. Zinę brutalnie gwałcili rybacy. Z kolei inne dziecko zostało porzucone przez własną matkę, która od wielotygodniowego głodu straciła rozum. 

„Kradzież” jest książką smutną, poruszającą wstydliwy dla władz ZSRR temat bezdomności dzieci. Widać, że Astafiew miał dobre pióro, ale niepotrzebnie wprowadził do powieści trochę treści dydaktycznych i nieprzekonująco pokazał przemianę niektórych złych bohaterów w dobrych. Ale problemy, jakie podjął, są tak frapujące, że warto przymknąć oko na niewielkie wady. 

Akcja „Kradzieży” toczy się w roku 1939. Teraz mamy rok 2014, a problem bezprizornych nadal istnieje. W Rosji kilka milionów dzieci nie ma rodziców, domu ani żadnej opieki... 

---
Astafiew Wiktor, „Kradzież” („Кража”), tł. Melech Eugeniusz Piotr, Iskry, 1988.

20.05.2014

„Pejzaż miejski” Gieorgij Siemionow

Nie wszystkie książki wydane w serii KIK są dobre. „Pejzaż miejski”, po który sięgnęłam wczoraj, spodoba się tylko miłośnikom klimatów radzieckich. Jest to opowieść o dwóch braciach – Borysie i Fiedi. Bracia bardzo się kochają, wciąż się odwiedzają, dzwonią do siebie. Zwracają się do siebie pieszczotliwymi słowami, czasami nawet się całują. W krąg przyjaźni i czułości zostały również wciągnięte ich żony. Maryna, żona Fiedzi, uważa, że Borys ma zły wpływ na jej męża. Gdyby źle gotowała czy też zapominała o robieniu zakupów, Fiedia z chęcią by jej wybaczył, ale wyrażać się źle o jego bracie?! O nie, tego nie wolno!... Więc kiedy Maryna popełniła ten nietakt, że powiedziała coś nieprzyjemnego o Borysie, zbulwersowany Fiedia ją porzucił. 

Uff, przyznam szczerze, że kiedy czytałam o tej braterskiej miłości, chwilami robiło mi się niedobrze. Słyszałam oczywiście o patologicznych uzależnieniach dorosłych synów od matek, ale z przypadkiem tak silnej zależności od brata jeszcze się nie spotkałam. Fiedia, przedstawiany przez autora jako człowiek wrażliwy, sentymentalny, ciągle płaczący z byle powodu, wzbudza tylko pogardę. 

W „Pejzażu miejskim” Gieorgij Siemionow opisał więc ogromną braterską miłość i perypetie małżeńskie Fiedi, odkrył sekrety dobrze sytuowanego Borysa, przedstawił nam niezwykłą Rosjankę Raję, pozachwycał się Moskwą i ukazał trochę obyczajów z lat osiemdziesiątych, na przykład obchody z okazji Dnia Armii Czerwonej 23 lutego. Fiedia, który nigdy nawet nie służył w wojsku, otrzymał wtedy od pań z pracy kwiaty i słodkie upominki. Tak honorowano wszystkich mężczyzn w wieku poborowym.  

A jakim stylem posługuje się Siemionow? Oto próbka:
Granice święta rozszerzyły i ubarwiły kobiety i stało się ono świętem prawdziwie narodowym, przeobrażając się ze święta armii narodowej w święto męstwa i wytrwałości całego narodu, dobrze wiedzącego, kogo kochać, a kogo nienawidzić, niosącego w swej ogromnej duszy ideały dobra i sprawiedliwości, których bronić w razie niebezpieczeństwa będą wszyscy bez wyjątku*. 
Z powyższego fragmentu widać, że to styl pełen wielkich słów, przy tym Siemionow jest bezkrytyczny wobec swoich rodaków. Mieszkańcy ZSRR niosą w swojej „ogromnej duszy ideały dobra i sprawiedliwości” i basta. Autor pisze o bohaterach z jakąś irytującą czułością, trzydziestoletniego Fiedię nazywa Fiedieńką, często używa pieszczotliwych wyrazów, zdrobnień. Pasowałoby to do książki dla dzieci, ale w powieści dla dorosłych drażni. 

Moja ocena: 3/6.

---
* Siemionow Gieorgij, „Pejżaż miejski”, tł. Rojewska-Olejarczuk Ewa, PIW, 1987, str. 216.

16.05.2014

„Co się stanie z wisienkami” Gail Henley


„Co się stanie z wisienkami” to książka o Geni mieszkającej na farmie w północnej Kanadzie. Farma ta jest farmą tylko z nazwy, bo w rzeczywistości to kamienista, nieurodzajna ziemia i nędzny dom, tak ciasny, że ośmioro rodzeństwa, od agresywnego dryblasa po niemowlę, sypia w jednym pokoju na trzech zaledwie łóżkach. Na farmie nie ma studni z wodą pitną, nie ma zwierząt. Jedzenia nie wystarcza dla wszystkich. Tylko najstarsi chłopcy dostają mięso, pozostali muszą zadowolić się chlebem z margaryną i gotowanymi ziemniakami.

Mieszkańcy tej farmy skłonni są do agresji. Starsi bracia znęcają się nad Genią, kopią ją w brzuch lub w głowę. Ojciec nadużywa alkoholu i nie stara się poprawić warunków bytowych rodziny. Genia cierpi też z winy wuja, który wykorzystuje ją seksualnie. Rodzice nie reagują na łzy i skargi córki, uważają ją za marudę i kłamczuchę. Nic więc dziwnego, że Genia usiłuje wyrwać się z domu. Wie, że może liczyć tylko na siebie, toteż na wszelkie sposoby próbuje zdobyć pieniądze. Pomysłów na mnóstwo: jeden z nich polega na przerobieniu starego wychodka na budkę do sprzedaży frytek. Genia jest osobą przedsiębiorczą, upartą i odważną, umiejącą walczyć o swoje prawa - potrafi zrobić awanturę zakonnicy, która niesłusznie postawiła jej zły stopień za wypracowanie. Brzydką cechą jej charakteru jest skłonność do konfabulacji. Im jest starsza, tym więcej i częściej zmyśla.

Ta ciekawa książka pokazuje, w jakiej biedzie żyli osadnicy i jak ciężko było osobie pochodzącej z nędznej farmy dojść do czegoś w życiu. Autorka skrytykowała trochę państwo kanadyjskie, które w żaden sposób nie starało się pomagać pionierom. Nawet kiedy ci przymierali głodem, nie mogli liczyć na żadną zapomogę. Również stypendia nie były przydzielane dziewczynom takim jak Genia, przyznawano je zamożnym obcokrajowcom. 

„Co się stanie z wisienkami” polecam miłośnikom serii KIK oraz osobom, które lubią czytać książki w formie pamiętnika nastolatki i które interesują się warunkami życia w Kanadzie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dodam jeszcze, że w powieści Gail Henley znajduje się akcent polski, bo rodzina bohaterki to z pochodzenia Polacy.

Moja ocena: 4/6.

---
Gail Henley, „Co się stanie z wisienkami” („Where the cherries end up”), tł. Beata Janiżanka, PIW, 1985.

14.05.2014

„Wiśniowy Klub Książki” Ashton Lee

Maura, dyrektorka biblioteki w małym amerykańskim miasteczku, dowiaduje się od radnego, że wkrótce biblioteka zostanie zlikwidowana, gdyż jej utrzymanie zbyt drogo kosztuje, poza tym prawie nikt nie wypożycza książek. Maura wpada w panikę i postanawia zawalczyć o czytelników. W tym celu zakłada klub dyskusyjny - członkowie będą spotykać się raz na kilka miesięcy, by spożywać kilkudaniowe posiłki i rozmawiać o wybranej lekturze. 

Powieść zaczęła się ciekawie, ale szybko przekonałam się, że to nudna, mało realistyczna „amerykańska papka”. Trudno uwierzyć w to, że w roku 2012, bo to jest czas akcji, biblioteka nie posiadała ani jednego komputera i że dyrektorka biblioteki przez wiele lat za własne pieniądze kupowała ciastka dla jednego z czytelników, który rzucał encyklopediami o ścianę, jeśli nie dostanie słodyczy. Biblioteki to miejsca, w których szanuje się książki, lecz w powieści Ashtona Lee jest inaczej. Przy tym autor najpierw twierdzi, że księgozbiór składa się niemal tylko z czytadeł, potem nagle okazuje się, że każdy czytelnik może znaleźć coś inspirującego dla siebie - zawodowa fryzjerka odkrywa wiele fachowych pozycji o fryzjerstwie itd. Już nie wspomnę o moim zdziwieniu informacją, że klub książkowy przygotowuje tyle pysznego jedzenia, że śmiało starczyłoby dla kilkudziesięciu osób. Kto to finansuje?... 

W Wiśniowym Klubie Książki więcej jest o jedzeniu niż o książkach. Spotkania klubu odbywają się niezwykle rzadko, bo raz na kilka miesięcy, a dyskusje o książkach przebiegają na żenująco słabym poziomie. Po przeczytaniu Przeminęło z wiatrem klubowicze zastanawiają się, kto z nich jest bardziej podobny do Melanii, a kto do Scarlett. I to cała dyskusja...

Maura to bardzo irytująca osoba. Przez wiele lat nie robiła niczego, by przyciągnąć czytelników do biblioteki. Kupowała tylko bestsellery, nie zważając na to, że niektórzy mogą lubić literaturę faktu lub klasykę. Czytelnikom dawała harlequiny, nie starała się zaproponować im bardziej wartościowej lektury. Nie wiedziała nawet, jak założyć klub dyskusyjny.

Rozczarował mnie ten Wiśniowy Klub Książki. Spodziewałam się inspirującej powieści w uroczych bibliotecznych klimatach, a otrzymałam mało realistyczne, przesłodzone, liche czytadło. 

---
Ashton Lee, Wiśniowy Klub Książki (The Cherry Cola Book Club), tł. Anna Rogulska, Znak literanova, 2013.

13.05.2014

„Ucieczka z Sybiru. Z miłości do dziecka” Władysława Pawłowska


„Ucieczka z Sybiru” to książka pokazująca wojenne przeżycia Władysławy Pawłowskiej, pochodzącej z rodziny, „dla której takie słowa jak: Bóg, Honor, Ojczyzna – nigdy nie były frazesami, słowami bez głębokiej treści”[1]. Mąż Pawłowskiej, oficer, zginął w Katyniu, a ją wywieziono do Kazachstanu. Podróż trwała aż 16 dni. Choć na Syberii nie było kobiecie źle, nie chciała biernie czekać do końca wojny i zdecydowała się na ucieczkę.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza to spisane w roku 1984 wrażenia z ucieczki, z pobytu w sowieckim więzieniu oraz ze spotkania z rodzicami i synkiem. Potem następuje zarys historii rodziny napisany przez Małgorzatę Jarosińską. Część trzecią stanowią fragmenty listów przysyłanych z głębi Rosji. Pawłowska opisuje w nich swoją codzienność oraz tęsknotę na najbliższymi. Wierzy, że mąż jej żyje, tymczasem jego zwłoki leżą w katyńskim lasku.

Być może nie chciała martwić rodziny, bo z jej opisów wyłania się zaskakująco łagodny obraz Syberii: „Ja szczerzę piszę, że Sybir wyobrażałam sobie gorzej”[2] – wyznaje w jednym z listów. W innym: „Sybirak z nas każdy zrobił się, że hej. Jednakże szczerze mówiąc, to Sybir nie taki straszny”[3]. Wzmianki o czyjejś śmierci lub chorobie pojawiają się bardzo rzadko. Władysławę Pawłowską nie przerażały ani prace przy pieleniu pszenicy i zbieraniu zwierzęcego nawozu, ani warunki pogodowe, miała zresztą ciepłe ubrania i dużo pieniędzy. Dopisywało jej zdrowie, nie brakowało sił. Najbardziej cierpiała z powodu tęsknoty za synkiem Jędrusiem. 

Autorka tej książki to osoba bardzo pobożna. Zarówno w listach wysyłanych z Syberii, jak i we wspomnieniach spisanych w roku 1984 podkreśla swoją ogromną wiarę, czasami nawet użala się nad ateistami: „Pojąć nie mogę jak można żyć bez wiary. Strasznie to nieszczęśliwi ludzie, którzy nie wierzą”[4], „Boże, ile daje sił wiara, szczególnie w takich momentach. Jakże nieszczęśliwi są ci, którzy nie wierzą”[5].

„Widać w listach dobre pióro, a może nawet talent literacki”[6] – zapewnia Małgorzata Jarosińska, ja jednak tego dobrego pióra nie dostrzegłam. Według mnie Pawłowska posługuje się bardzo przeciętnym stylem. Ale od autorów wspomnień nie oczekujemy przecież, by olśniewali talentem literackim, chcemy tylko, by wiernie dokumentowali przeszłość.

Publikacja została zaopatrzona w archiwalne zdjęcia. Niestety, korektor przeoczył wiele błędów interpunkcyjnych, a nawet błąd ortograficzny: „Nie trudno było nas zauważyć z szosy”[7]. W tekście zdarzają się niezgrabności językowe, które warto byłoby poprawić: „Nikt nie wierzył i bał się podstępu”[8], „Ilu niewinnych ludzi męczy się w tym okropnym kraju męczonych przez katów”[9], „w końcu skończy”[10].

Jeśli chodzi o moje wrażenia, „Ucieczka z Sybiru” nie wstrząsnęła mną tak mocno jak „Za mało, by żyć” Julii Kłusek czy też „Syberyjskie noce” Janusza Szymańskiego. W porównaniu z tamtymi przerażającymi wspomnieniami książka Pawłowskiej wydaje się dziwnie łagodna. Nie dowiedziałam się z niej niczego nowego o życiu zesłańców ani o obyczajach Sybiraków. Drażniły mnie zbyt częste – prawie na każdej stronie – wzmianki na tematy religijne i oczywiście niestaranna korekta. 

Pawłowska rozstała się z ukochanym synkiem, gdy miał niewiele ponad roczek, toteż bardzo zdziwiły mnie takie oto słowa: „Często przypominam sobie te chwile jak raz wybiłam Jędrusia, on tak płakał, a wyście wszyscy tak na mnie krzyczeli. Nigdy już mateńka nie będzie biła jak Bozia da powrócić do ciebie. Ale i czasem da w skórę”[11]. Jak można bić niemowlę? To jedna z rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. 

---
[1] Władysława Pawłowska, "Ucieczka z Sybiru. Z miłości do dziecka", Libra PL, 2012, str. 104.
[2] Tamże, str. 123.
[3] Tamże, str. 153.
[4] Tamże, str. 156.
[5] Tamże, str. 30.
[6] Tamże, str. 109. 
[7] Tamże, str. 32.
[8] Tamże, str. 49.
[9] Tamże, str. 24.
[10] Tamże, str. 32.
[11] Tamże, str. 195.

06.05.2014

„Bestie” Joyce Carol Oates


I stało się! Polubiłam Joyce Carol Oates. Kiedyś próbowałam czytać jedną z jej długich powieści, ale po około trzydziestu stronach się poddałam. Teraz sięgnęłam po „Bestie” i zachwyciłam się. Klimat tej książki oraz styl pisarski Oates wywarły na mnie wielkie wrażenie. Nie dziwię się już, że amerykańska autorka jest kandydatką do nagrody Nobla.

„Bestie” to opowieść o niezwykłych wydarzeniach z życia pewnej kobiety. na początku mamy opis wizyty w Luwrze. Czterdziestodwuletnia Gillian dostrzega Totem, który wzbudza w niej wiele wspomnień. Totem ten wykonała Dorcas – żona profesora Andre Harrowa, w którym Gillian kochała się w okresie studiów. Fascynacja profesorem sprawiła, że Gillian interesowała się także jego żoną. Była to ekstrawagancka rzeźbiarka, która co pewien czas wybierała jedną ze studentek męża na swoją praktykantkę. Wyróżniona dziewczyna spędzała czas w ich domu, ale nikomu nie mogła się tym pochwalić. Oczywiście Gillian marzyła o zaproszeniu...

I tyle o akcji. Rozwój miłości, czy może raczej obsesji Gillian ukazany został w sposób fascynujący. Czujemy niepokój i udrękę dziewczyny, śledzimy jej kontakty z profesorem. Choć akcja toczy się w studenckim kampusie, panuje nastrój grozy, tajemniczości. Czytelnik czuje, że w powietrzu wisi coś złego i czyha na nieśmiałą Gillian, że z profesorem i jego żoną związana jest jakaś mroczna tajemnica. I że liczne pożary wybuchające w akademikach nie mogą być dziełem przypadku.

Profesor nie należy do mężczyzn przystojnych i zadbanych, a jednak bardzo studentkom się podoba. Z lubością cytuje im wiersze D.H. Lawrence'a, którego uważa za najmądrzejszego autora. Tłumaczy im, że najważniejszą sprawą w życiu człowieka jest miłość, ale nie ta z obowiązku, do rodziny i do ojczyzny, lecz ta zmysłowa, erotyczna. Zachęca je do prowadzenia dziennika, w którym opisywałyby intymne sprawy nie tylko swoje, ale też swoich znajomych i rodziców. Gillian jako jedyna ma opory przed takim odsłanianiem swojego wnętrza. 

„Bestie” zostały napisane frapującym, trzymającym w napięciu, bardzo plastycznym językiem. Pochłonęłam je z zachwytem, jedynie zakończenie mnie zawiodło. Gdy dowiedziałam się, czym w zaciszu domowym zajmują się Dorcas i Andre, poczułam rozczarowanie. Wyobrażałam sobie, że ci nietuzinkowi, inteligentni ludzie ukrywają jakąś niezwykłą tajemnicę, tymczasem ta tajemnica okazała się banalna.

Moja ocena: 5/6.

---
Oates Joyce Carol, „Bestie”, tł. Górczyńska Ewa, Bellona, 2007.

04.05.2014

„W murach i poza murami getta. Zapiski lekarki warszawskiej z lat 1939-1945” Anna Meroz

W tej krótkiej książeczce opisane zostały wojenne losy żydowskiej lekarki Anny Meroz oraz okoliczności śmierci członków jej rodziny, na końcu zaś znajdują się wspomnienia jej drugiego męża, Feliksa Majnemera, z którym związała się wkrótce po tragicznej śmierci męża pierwszego.

We wspomnieniach Anny Meroz znajdziemy to samo, co w innych książkach tego typu - opis bombardowania Warszawy, utraty najbliższych osób, pobytu w getcie i ukrywania się po stronie aryjskiej. Autorce udało się uniknąć łapanki i wywozu do obozu. Najboleśniejsze jej przeżycie wiązało się ze śmiercią dziesięcioletniej córki Rysi Szachnerowicz, którą, jak naiwnie sądziła, ulokowała w bezpiecznym miejscu. Dziewczynka jednak została zapędzona na Umschlagplatz i powieziona do Treblinki. Utrata córeczki stała się przeżyciem tak traumatycznym, że nawet po wojnie Autorka nie mogła spokojnie patrzeć na niemieckie dzieci:
„Gdy badałam niemieckie dziecko, łzy zalewały mi oczy. W wyobraźni zjawiała się przede mną moja zamordowana przez Niemców córeczka, byłam jak sparaliżowana. Starałam się stłumić w sobie te niezdrowe odruchy, ale nie potrafiłam. W końcu zwróciłam się do dyrektora szpitala i uprosiłam go, aby mnie zwolnił na pewien czas z obowiązku leczenia niemieckich dzieci”*.
Kilka kartek to wspomnienia z Powstania Warszawskiego, podczas którego Autorka pracowała w szpitalu na Powiślu i jadła psa podarowanego jej przez powstańców, kilka innych to wrażenia z pobytu w getcie. Jeden z wątków pokazuje, jak zrozpaczona lekarka prosiła dowódców wojsk radzieckich o wysłanie jej na front, inny przedstawia czas spędzony w kryjówce. Z tego okresu Anna Meroz zapamiętała bogatego Żyda Stanisława Topaza, który jadł szynki, polędwice i inne przysmaki, a cierpiącym męki głodowe towarzyszom z kryjówki nie podarował nawet okruszyny chleba. 

„W murach i poza murami getta” to pozycja raczej dla osób, które nie są obeznane z literaturą okupacyjną i dla maturzystów poszukujących krótkich książeczek o getcie. Inni czytelnicy mogą poczuć niedosyt. Książka jest za krótka, za mało szczegółowa. Siedemdziesiąt kilka stron małego formatu to o wiele za mało, by przedstawić sześć obfitujących w wydarzenia lat wojny. Mnóstwo wątków aż prosi się o rozwinięcie. Nie wiadomo, dlaczego Anna Meroz opisała swoje przeżycia w sposób tak lakoniczny i kiedy jej książka powstała.

---
* Moroz Anna, „W murach i poza murami getta. Zapiski lekarki warszawskiej z lat 1939-1945”, Czytelnik, 1988, str. 55.