28.04.2014

„Tak to pamiętam. Wspomnienia pielęgniarki z lat okupacji” Jadwiga Załuska

Tak to pamiętam to wspomnienia z lat okupacji. W chwili wybuchu wojny Jadwiga Załuska miała 27 lat, męża i dwóch synków. Jesień i zimę 1939/40 spędziła w Najnach na Wileńszczyźnie, gdzie jej rodzina miała dworek. Ponieważ zajmowanie się dziećmi nudziło ją, przyjechała do Warszawy, wstąpiła do AK i wzięła udział w Powstaniu Warszawskim.

Była wielką entuzjastką powstania. Podziwiała osoby, które nie przejmowały się utratą dobytku, zburzeniem swojego domu i odniesionymi ranami. Przez cały czas żywiła przekonanie, że inne narody przyjdą Polakom z pomocą: Ktoś wreszcie musi nas wesprzeć, zanim Warszawa nie zamieni się w olbrzymie cmentarzysko (s. 143). Potępiała tych, którzy bali się lub nie chcieli walczyć: To straszne - większość mieszkańców siedzi bezczynnie w piwnicach, jak w katakumbach i czeka... są załamani i wściekli. Często złorzeczą powstańcom, że wszystko co się dzieje to z ich winy (s. 141). 

Ku jej wstydowi ani mąż, ani krewni męża nie dołączyli do powstańców. Mąż zajmował się robieniem interesów i gromadzeniem dóbr z domów opuszczonych przez cywilną ludność, a jego rodzice i rodzeństwo kryli się w piwnicy. Oczywiście Załuska próbowała wpłynąć na ich postawę, lecz oni woleli siedzieć na swoich betach i trząść się ze strachu. Uciekłam od nich jak najszybciej (s. 130).

Opisowi powstania poświęciła wiele stron książki. Niestety, są to tylko opisy, brakuje głębszych refleksji na temat celowości kontynuowania powstania, decyzji dowództwa itd. Autorka rzadko zastanawiała się nad czymś, była kobietą prostą, a przy tym silną jak wół i odporną na zmęczenie, głód i choroby. Udało jej się przetrwać nawet zatrucie arszenikiem, który znajdował się w wypitym przez nią alkoholu. 

Nie dostrzegała, że jej zachowanie czasami jest nieetyczne. W przerwach między opatrywaniem rannych chętnie biegała po opuszczonych mieszkaniach i szukała ubrań, żywności, garnków. W jednym z ładniejszych mieszkań urządziła ucztę dla członków AK: 

Myszkując po piwnicach znalazłyśmy pięciokilogramową puszkę z szynką i kosz konfitur. W wybranym mieszkaniu nakryłyśmy ogromny stół najpiękniejszym obrusem, haftowanym w fiołki, dałyśmy najpiękniejsze talerze i kieliszki (s. 154). 

Do najciekawszych wątków należy opis niezwykle mroźniej zimy na Wileńszczyźnie. Śniegu napadało tak dużo, że dom zasypany był aż po dach i nie można było otworzyć drzwi. Olbrzymie zaspy pokrywała niebezpieczna lodowa skorupa, która załamywała się pod ciężarem zwierzęcia lub człowieka. Niektóre konie umiały zanurzyć się w zaspie aż po łeb i po jakimś czasie wychodziły spod śniegu, zostawiając za sobą tunel, który służył ludziom jako droga. O koniu, który robił takie tunele, mówiło się, że „umie pływać”.

Swoje wspomnienia z lat okupacji Załuska zaczęła notować dopiero wtedy, kiedy się zestarzała. Opisywała tylko to, co zapamiętała, stąd też niektóre fragmenty jej życia przedstawione zostały w sposób bardzo skrótowy, inne z kolei szczegółowo i z wielkimi emocjami. Przez kilka miesięcy przebywała w jakimś obozie pomiędzy Wilnem a Warszawą, ale nie podała nazwy tego obozu. W jej książce nie ma ani jednego zdania o sytuacji Żydów. I choć autorka czasami mnie irytowała, Tak to pamiętam przeczytałam z ciekawością. 

Moja ocena: 4/6.

---
Jadwiga Załuska, Tak to pamiętam. Wspomnienia pielęgniarki z lat okupacji, KAW, 1987.

23.04.2014

„Do wolności, do śmierci, do życia” Zofia Posmysz


„Do wolności, do śmierci, do życia” to na poły kronikarska opowieść o powrocie Zofii Posmysz wraz z kilkunastoma koleżankami z obozu Neustadt-Glewe do Polski, o okrucieństwie czerwonoarmistów oraz o rozczarowaniu powojenną Polską. Ktoś, kto naiwnie wyobrażał sobie, że książka o pierwszych dniach wolności napisana będzie radosnym tonem, mocno się rozczaruje. Wracające z obozu kobiety czują gorycz i ogromny strach. Nikt im nie współczuje, stają się ofiarami gwałtów i rabunków, nadal walczą o życie. Choć przetrwały tyle koszmarnych dni w Oświęcimiu, marsz śmierci i pobyt w Neustadt-Glewe, mogą nie dotrzeć do domów, zginąć z ręki tych, którzy chcą być nazywani ich dobroczyńcami...

Posmysz wielokrotnie żałowała, że nie posłuchała tych, którzy ostrzegali ją przez nadchodzącą ze wschodu „dziką armią”, i że po wyzwoleniu nie ruszyła na zachód, tam gdzie uciekali wszyscy: esesmani, Francuzi, Polacy, Czesi. Wybrała drogę w stronę Polski, nie mając pojęcia, że przez cały czas będzie musiała bronić się przed agresywnymi czerwonoarmistami, którzy natrętnie wmuszali w byłe więźniarki zatruty alkohol (trzy towarzyszki Zofii Posmysz po wypiciu tego alkoholu zmarły), szarpali je, krzyczeli: Nie chotitie wypit' za czto Gitler kaput? Wied'my was oswobożdali! (s.16) i usiłowali zgwałcić. 
Krasnoarmieniec z naganem w ręku runął do środka i plącząc się w nogawkach spuszczonych spodni, rymnął o parapet aż zabrzęczała szyba.
- Gdzie ona? Ubju suku! Ja gieroj! Ja pabieditiel! 
(s.18).
W „Do wolności, do śmierci, do życia” znajduje się mnóstwo przykładów okrucieństwa czerwonoarmistów wobec ledwie żywych z wycieńczenia byłych więźniarek. Opis cierpień, jakich doznały te biedne kobiety, jest wstrząsający. Ale wspomnienia z koszmarnej wędrówki to zaledwie połowa książki. Drugą stanowią opisy dalszych losów towarzyszek autorki. O niektórych Zofia Posmysz napisała dużo, o tych zaś, które nie życzyły sobie kontaktu z obozową koleżanką, niewiele. 

Książka jest znakomicie napisana, z pasją, pełna wstrząsających szczegółów. Autorka zachowała oryginalność wypowiedzi osób spotkanych w czasie drogi. Czerwonoarmiści oraz próbujące się z nimi porozumieć więźniarki posługują się językiem rosyjskim albo mieszaniną rosyjskiego i polskiego; wypowiedzi te nie zostały przetłumaczone na polski, stąd też osoby nie znające rosyjskiego mogą wiele rzeczy nie zrozumieć. 

Moja ocena: 6/6.

---
Posmysz Zofia, „Do wolności, do śmierci, do życia”, Wydawnictwo von boroviecky, 1996.

17.04.2014

„Po prostu miałam szczęście” Irena Ciosińska


O wspomnieniach lekarki Ireny Ciosińskiej zatytułowanych „Po prostu miałam szczęście” nie znalazłam w internecie ani jednej opinii. A szkoda, bo to bardzo wzruszająca książka, opisująca pobyt autorki w więzieniu oraz w różnych obozach i podobozach na terenie III Rzeszy. Ciosińska zaliczyła Ravensbrück, Oranienburg, Sachsenhausen, Genthin. Przenoszono ją z obozu do obozu, gdyż potrzebowano lekarek. Niemal przez cały czas od uwięzienia do wyzwolenia organizowała rewiry i leczyła więźniów, a czasami nawet esesmanów. 

Z książki można się dowiedzieć, jak wyglądała praca lekarki w obozie koncentracyjnym. Do rewiru codziennie zgłaszały się więźniarki z połamanymi kończynami, z ranami, bólami reumatycznymi, chore na tyfus, anginy, dur brzuszny, bronchity, ropowice, czerwonkę. A Ciosińska niewiele mogła im pomóc, gdyż nie dysponowała aparaturą diagnostyczną, środkami przeciwbólowymi i odkażającymi, sterylną gazą, sterylizatorem, mydłem, słuchawkami ani skalpelem. Płuca osłuchiwała za pomocą własnego ucha, tętno mierzyła na wyczucie. Jak w takich warunkach przeprowadzała zabiegi chirurgiczne? „Krajałam bidulki na żywo, nie pisnęła żadna. Po każdym zabiegu drżałam z obawy przed powikłaniami po moich nieudolnych działaniach”[1]. Obowiązki lekarza polegały nie tylko na zajmowaniu się chorymi, ale też na przynoszeniu ciężkich kotłów z herbatą i obozową zupą, myciu naczyń, sprzątaniu i codziennym szorowaniu podłóg, gdyż Niemcy mieli obsesję na punkcie czystości. Przy tym lekarka musiała uczestniczyć w apelach. 

Tytuł książki brzmi „Po prostu miałam szczęście”. Ciosińska uważa, że w porównaniu z losem innych więźniów jej był dosyć łagodny. Więźniarką stała się dopiero w roku 1944, kiedy warunki w obozach były o wiele lepsze niż na początku wojny, nie musiała uczestniczyć w marszach śmierci. W pewnym więc sensie miała wiele szczęścia. Ale ja podczas czytania myślałam sobie: jakie to szczęście! Torturowano ją w więzieniu. Z Krakowa do Ravensbrück wieziono ją przez kilka dni w koszmarnych warunkach, bez wody pitnej. Przez kilka tygodni pracowała katorżniczo w fabryce produkującej części do samolotów. Omal nie zginęła podczas bombardowania Oranienburga, bo Amerykanie zrzucali na obóz bomby fosforowe, nie bacząc na to, że zabijają nie tylko Niemców, ale też więźniów. Jeśli wierzyć autorce, zginęło wtedy 60 więźniarek, a 120 zostało rannych. 

Swoją opowieść Ciosińska rozpoczyna od marca 1944 roku, kiedy to gestapo wpadło na trop jej działalności konspiracyjnej, a kończy w momencie powrotu do Krakowa. O życiu prywatnym i o wcześniejszych latach wojny nie napisała prawie nic. Wszystko – i pobyt na Montelupich, i miesiące w lagrach, i dramatyczne dni poprzedzające wyzwolenie – przedstawiła w sposób niezwykle ciekawy i rzeczowy. Starała się nie oceniać ludzi (choć da się wyczuć, że nie lubiła Rosjanek – te, które poznała w obozie, były wyjątkowo leniwe, kłótliwe i agresywne). Napisała o okrucieństwach, ale także o aktach miłosierdzia ze strony Niemców, na przykład o tym, jak pewna niemiecka nadzorczyni pomagała pracującym w fabryce więźniarkom dźwigać ciężkie skrzynie. Robiła to z własnej chęci, ale tylko wtedy, gdy inni Niemcy jej nie obserwowali. 

A na koniec fragment o czytaniu książek w obozie:
„Czasem Fryda, rewirowa auzjerka, przynosiła książkę beletrystyczną i pilnując mnie, bym nie robiła czegoś niezgodnego z regulaminem obozowym, czytała. Widocznie żądza drukowanego słowa promieniowała ze mnie silnie, skoro czasem Fryda, w przystępie dobrego humoru, pożyczała mi książkę do poczytania, byle tego nikt nie widział. Czytałam oczywiście nocą. Jakież to były szmiry, pożal się Boże, ale i na nie rzucałam się jak narkoman na morfinę. Na nic się zdały moje usiłowania, by we Frydzie rozbudzić zamiłowanie do pięknej literatury niemieckiej. Podawałam autorów, tytuły książek, wszystko na próżno. Nadal brukowce i ja na nie skazana”[2]. 
Jeśli ktoś ma wątpliwości – czytać czy nie czytać wspomnienia Ciosińskiej, podpowiem: czytać! Czytać koniecznie. 

---
[1] Ciosińska Irena, „Po prostu miałam szczęście”, Wydawnictwo Literackie, 1989, str. 57.
[2] Tamże, str. 79.

16.04.2014

„Sobota” Dina Kalinowska




„Sobota” to urocza powieść o emerytach mieszkających w Odessie. Żyją sobie oni spokojnie, Monia pielęgnuje chorą żonę Klarę, Rebeka wciąż sprząta, jej mąż Saul, by uniknąć trzepania dywanów, chroni się u swej siostry Marii, a Maria marzy o zobaczeniu Griszy, w którym kochała się jako młoda dziewczyna. W wieku szesnastu lat Grisza został pobity lejcami przez starszego brata Monię. To wydarzenie tak nim wstrząsnęło, że uciekł do Turcji, a stamtąd do Ameryki. Bliscy nigdy już go nie zobaczyli. Matka chłopców z rozpaczy rozchorowała się i zmarła. Monia, z którego winy Grisza uciekł, tak się przeraził skutków swojej brutalności, że nigdy już nikogo nie uderzył i nawet nie dotykał własnej córki Gutoczki, obawiając się, że zrobi jej coś złego. A teraz Grisza przysłał list, że niedługo przyjedzie. Zobaczą go po pięćdziesięciu sześciu latach. Dowiedzą się, co z nim się działo, powspominają młodość, zapytają, dlaczego nie dawał znaku życia, wybaczą sobie lub nie. Prawie wszyscy krewni oprócz syna Moni, który jako wojskowy obawia się, że kuzyn zza oceanu przeszkodzi mu w karierze, czują ogromne wzruszenie i zaczynają przygotowania do spotkania.

Bohaterowie „Soboty” są Żydami, ale żyją tak, jak Rosjanie, nie odróżniają się od nich. Autorka rzadko wspomina o antysemityzmie i pogromach, temat ten prawie nie został poruszony. Powieść wzbogacają opisy spacerów po Odessie, pięknym mieście, o którym obecnie dużo się mówi w związku z sytuacją polityczną. W książce mamy Odessę z początku lat sześćdziesiątych. Saul spaceruje portowymi uliczkami, jeździ tramwajem, podziwia Filharmonię Państwową. „Sobotę” przyjemnie się czyta, nawet sceny pozornie nudne, takie jak sprzątanie mieszkania, wizyty u krewnych czy sprzeczki Saula z despotyczną żoną Dina Kalinowska opisała w bardzo zajmujący sposób. Autorce udało się pokazać, jak wiele uczuć kryją w swoich sercach starzy ludzie, jak bardzo skłonni są do wzruszeń, do płaczu, do radości. Jest to jedna z najciekawszych książek o emerytach, jakie czytałam.

5/6.

---
Kalinowska Dina, „Sobota” („O cуббoтa”), tł. Okołów-Podhorska Marta, PIW, 1984.

Wyzwanie Rosyjsko mi.

13.04.2014

„Rzecz o Bechu” John Updike

Po Rzecz o Bechu sięgnęłam dlatego, że bohaterem jest pisarz, a ja książki o pisarzach nadzwyczaj lubię. Henry Bech ma około 40 lat, mieszka w Nowym Jorku i zajmuje się pisaniem książek. Opublikował ich niedużo, bo zaledwie jedną dobrą powieść i kilka byle jakich. Podziwia Joyce'a, chciałby pisać tak jak on, ale brakuje mu pomysłów i chęci do systematycznej pracy. W ramach wymiany kulturalnej często wyjeżdża za granicę. W każdym kraju odpowiada na te same pytania, spotyka się z osobami, które nie znają jego twórczości, wypisuje dedykacje i często popełnia gafy (np. kiedy Rosjanie pytają go, kto jest największym pisarzem amerykańskim, wymienia Nabokova). W Rumunii prowadzą go do nocnych klubów, w Moskwie na maraton filmów propagandowych, a że akcja toczy się w latach sześćdziesiątych, możemy sobie wyobrazić, co kazano mu oglądać. 

Rzecz o Bechu to najsłabsza książka Johna Updike'a, z jaką się zetknęłam. Nudna, z wieloma niepotrzebnymi fragmentami, takimi jak urywki z dziennika bohatera i spisem recenzji jego książek. Na okładce wyczytałam, że stanowi „szczytowe osiągnięcie Updike'a w dziedzinie twórczości komediowej” i że Bech jest „przezabawny” oraz „rozczulający”. Cóż, nie odniosłam takiego wrażenia. Widzę, że autor starał się stworzyć wiele scen, które miały rozśmieszyć czytelnika (pakowanie walizki w Moskwie, szalony bułgarski kierowca), lecz albo ten zabieg mu się nie udał, albo też ja jestem wyjątkowo marudną, nieskłonną do śmiechu czytelniczką. Mam wrażenie, że amerykańskiemu pisarzowi lepiej udają się książki z przewagą scen smutnych, takie jak Uciekaj, Króliku

---
Updike John, „Rzecz o Bechu” („Bech, a Book”), tł. Szymanowski Adam, Prószyński i S-ka, 2000.

10.04.2014

„Cień tajnych służb” Dorota Kania










We wstępie do „Cienia tajnych służb” Dorota Kania pisze tak:
W książce, którą właśnie trzymacie Państwo w rękach, znalazły się wyniki śledztw w sprawach najgłośniejszych zabójstw i samobójstw, które miały miejsce w minionych dwudziestu trzech latach. Książka bazuje na dokumentach, które w większości do tej pory nie były znane. Wcześniej wgląd w nie miała tylko wąska grupa badaczy i śledczych. Czytając materiały poszczególnych postępowań prokuratorskich i sądowych, dokumenty archiwalne i historyczne, zobaczyłam, że niemal w każdym opisanym w niniejszej książce śledztwie pojawiają się funkcjonariusze slużb specjalnych PRL. (...) Czy był to czysty przypadek, że powiązani z nimi ludzie ginęli często w tajemniczych okolicznościach?[1].
Autorka omawia okoliczności śmierci Andrzeja Stuglika, Alicji i Piotra Jaroszewiczów, Marka Papały, Ireneusza Sekuły, Jacka Dębskiego, Jeremiasza Barańskiego, Marka Karpa, Krzysztofa Olewnika, Grzegorza Michniewicza, Stefana Zielonki, Andrzeja Leppera, Leszka Tobiasza, Sławomira Petelickiego oraz, w ostatnim rozdziale, osób związanych z katastrofą smoleńską. Do osób tych zalicza Eugeniusza Wróbla, Remigiusza Musia, Dariusza Szpinetę, Krzysztofa Zalewskiego, biskupa Mieczysława Cieślara i nie wiadomo dlaczego Krzysztofa Knyża.

Po książkę sięgnęłam pod wpływem impulsu, jednak szybko straciłam do niej serce i czytanie zaczęło mnie męczyć. Może dlatego, że spodziewałam się rzeczowego omówienia, tymczasem Dorota Kania napisała nie tylko o faktach, ale też o plotkach krążących na temat śmierci wyżej wymienionych osób, ponadto niepotrzebnie przytoczyła wypowiedzi sąsiadów, którzy zapewniali, że dana osoba nie mogła popełnić samobójstwa, bo nie zdradzała oznak depresji czy też nie paliła papierosów:
Najbliżsi przyjaciele i rodzina zgodnie stwierdzili, że Grzegorz Michniewicz nie był typem samobójcy. Bardzo dbał o swoje zdrowie. Nie pił alkoholu, nie palił papierosów, był wegetarianinem[2].
Z zeznań świadków można wywnioskować, że chorąży snuł plany na przyszłość i nie miał myśli samobójczych[3].
Sąsiedzi, którzy składali zeznania wojskowym śledczym, także nie wspominali o depresji, wręcz odwrotnie. Mówili m.in., że Stefan Zielonka planował remont tarasu i zakup nowego telewizora[4].
Bracia kategorycznie zaprzeczyli, by Stefan Zielonka cierpiał na depresję lub miał skłonności samobójcze[5].
Książka raczej nie jest adresowana do zbyt wnikliwego czytelnika, bo wiele spraw zostało opisanych po łebkach. Podam tu przykład. Przedstawiając przypadek Andrzeja Leppera, autorka wspomina, że w dniu śmierci przyjął on lekarstwa ratujące życie[6]. Ale jakie to lekarstwa? Ich nazw Kania nie podaje, nie wiem więc, czy naprawdę ratowały życie, czy były zwyczajnymi lekarstwami. Trudno też zrozumieć, dlaczego dziennikarka uważa, że śmierć biskupa Cieślara zapoczątkowała tragiczną serię zgonów osób, które miały kluczowe znaczenie w kontekście dochodzenia do prawdy smoleńskiej[7]. Biskup objął obowiązki proboszcza po księdzu Adamie Pilchu, ofierze katastrofy, ale czy to wystarczy, by zaliczyć go do osób mogących odkryć „prawdę smoleńską”?... Każdy rozsądny człowiek powie, że jednak nie. 

Do osób, których śmierć ma związek z katastrofą smoleńską, Dorota Kania zaliczyła Krzysztofa Knyża: Zachodnia prasa pisała, że zamordowano go we własnym mieszkaniu w Moskwie. Tych informacji nigdy nie zdementowano[8]. Nie wiem, dlaczego dziennikarka zapomniała wspomnieć o tym, że feralnego dnia w ogóle nie było go na miejscu katastrofy, bo ciężko zachorował i przebywał w szpitalu.

Tajne służby, morderstwa pozorowane na samobójstwa to ważne tematy i chętnie przeczytałabym książkę na ten temat, ale napisaną przez innego autora.

---
[1] Kania Dorota, „Cień tajnych służb”, Wydawnictwo M, 2013, str. 5.
[2] Tamże, str. 132. 
[3] Tamże, str. 146
[4] Tamże, str. 151.
[5] Tamże, str. 150.
[6] Tamże, str. 171.
[7] Tamże, str. 201. 
[8] Tamże, str. 202.

07.04.2014

„Everyman” Philip Roth


„Everyman” Philipa Rotha to refleksyjna książka o starzeniu się i umieraniu. Głównym bohaterem jest nieznany nam z imienia i nazwiska Żyd, który po przejściu na emeryturę przeprowadził się do luksusowej wioski dla emerytów na wybrzeżu New Jersey. Mógł do woli korzystać z basenu, kortów tenisowych, klubu fitness, pracowni artystycznych i wielu innych udogodnień, ale stało się coś, czego nie przewidział – stracił zainteresowanie tymi zajęciami. Nie chciało mu się też czytać gromadzonych przez lata książek o sztuce ani malować obrazów. Gdzieś zniknęła energia, życie stało się jałowe, nudne. Interesowały go tylko sprawy szwankującego ciała, a lęk przed hospitalizacjami i śmiercią przesłonił wszystko. 

I choć lęki starości Philip Roth opisał wnikliwie i bezlitośnie, choć posłużył się ładnym, eleganckim stylem, książki nie mogę uznać za bardzo dobrą, a to dlatego, że „Everyman” nie wzbudza żadnych emocji. Wydarzenia zostały przedstawione w sposób chłodny, beznamiętny i monotonny. Brakuje dynamiki, jakiejś iskierki, która sprawiłaby, że czytelnik przejąłby się losami postaci. 

Pod względem konstrukcji „Everyman” bardzo przypomina „Śmierć Iwana Ilicza” Lwa Tołstoja. Obydwa utwory zaczynają się opisem pogrzebu głównych bohaterów, po czym następują retrospekcje, dzięki którym poznajemy życie tych bohaterów ze szczególnym uwzględnieniem chwil, kiedy chorowali i... umierali. Obydwa utwory są bardzo pesymistyczne, pokazują nie tylko udręki chorych ludzi, ale też obojętność zdrowych na cudze cierpienie i śmierć.

Moja ocena: 4/6.

---
Philip Roth, „Everyman”, przeł. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2008.

03.04.2014

„Szczęście rodzinne” Lew Tołstoj

Wystarczyło, że przeszedł, a wszystko to, co od dzieciństwa otaczało mnie i było nieme, zaczęło do mnie przemawiać i na wyścigi wpraszać się do mojej duszy napełniając ją szczęściem”*.

„Szczęście rodzinne” to najbardziej optymistyczny utwór Tołstoja, jaki zdarzyło mi się czytać. W tych, które poznałam wcześniej, opisane były dramaty, zdrady, samobójstwa i zabójstwa na tle zazdrości. Ten jest kojący, opowiada o pogodzeniu się z prozą życia, o wybaczeniu, o tym, że nasze postrzeganie szczęścia zmienia się w zależności od wieku, że nie można uczyć się na cudzych błędach i że trzeba samemu przejść przez różne burze, by docenić spokojne, domowe szczęście.  

Główną bohaterką opowiadania jest śliczna Rosjanka Masza, która w siedemnastym roku życia miała przeprowadzić się do miasta i zacząć bywać na balach i przyjęciach, jednak nieoczekiwana śmierć matki pokrzyżowała te plany. Dziewczyna utknęła na wsi, płacząc z powodu nudy i osamotnienia. Świadomość, że dni, które powinny być wypełnione rozrywkami, mijają na niczym, wpędziła ją w depresję. Dopiero przyjazd Sergiusza Michajłycza, opiekuna jej majątku, sprawił, że poczuła się zakochana i szczęśliwa. 

Masza i Sergiusz mają inne charaktery i oczekiwania wobec życia. Stroną, która zagraża małżeńskiemu szczęściu, jest tu kobieta, mężczyzna cechuje się o wiele większą rozwagą i moralnością. Ona lubi pochlebstwa, chce, by ją podziwiano i adorowano. Nie zauważa pustoty i zepsucia bywalców petersburskich salonów, czuje się oszołomiona towarzystwem książąt i innych wysoko urodzonych osób. Sergiusz to człowiek stateczny, spokojny, ceniący życie na wsi. Choć nie ma jeszcze czterdziestu lat, uważa się za starca, który wszystko, co najważniejsze, ma już za sobą. Z coraz większym niepokojem spogląda na wybryki żony...

Opowiadanie zawiera bardzo piękne i wnikliwe opisy stanu zakochania oraz zmieniających się uczuć małżonków. Napisane zostało z punktu widzenia Maszy, która opowiada o wszystkich emocjach towarzyszących przemianie egoistycznego podlotka w pewną siebie, spokojną kobietę.

---
* Tołstoj Lew, „Szczęście rodzinne” („Семейное счастие”), tł. Eleonora Słobodnikowa, Książka i Wiedza, 1982, str. 134.