28.02.2014

„Tak tu cicho o zmierzchu” Borys Wasiljew


Rok 1942, Karelia. Pewien sierżant-maruda, mający za zadanie pilnowanie rozjazdu kolejowego przed atakiem Niemców, wciąż pisał skargi do dowództwa Armii Czerwonej i żądał, by podległych mu żołnierzy wymienić na takich, którzy będą stronić od alkoholu i od kobiet. Po którejś z kolei skardze dowództwo postanowiło zrobić mu psikusa i przysłało... oddział dziewcząt. Wkrótce wokół kwater zawisły damskie fatałaszki, karabiny leżały na piasku, a dziewczęta opalały się i śpiewały pieśni patriotyczne. I nie przejmowały się rozkazami sierżanta, uważały go za nudną piłę wiecznie cytującą regulaminy.

Jak na złość właśnie teraz, po wielu miesiącach spokoju, pojawili się Niemcy z paczkami trotylu. Sierżant otrzymał rozkaz, by powstrzymać atak dywersantów. Z kwaśną miną, bo uważał, że dziewczęta nie nadają się do takich akcji, wziął ze sobą Ritę, Żenię, Halę, Sonię i Lizę i wyruszył w stronę rozjazdu kolejowego. Postanowił, że pójdą na skróty przez trzęsawiska. W ten sposób wyprzedzą Niemców i przygotują zasadzkę. 

Pomiędzy sceny rozgrywające w lesie i na bagnach Borys Wasiljew wplótł informacje o życiu prywatnym dziewcząt. Każda z nich ma za sobą inną przeszłość. Hala ciągle się boi i nie nadaje się do niebezpiecznych akcji. Żenia straciła całą rodzinę. Rita jest nafaszerowana komunistycznymi hasłami, a Liza w ogóle nie znała świata poza leśniczówką, w której się wychowała. Nie miała koleżanek, całymi dniami opiekowała się chorą matką i usługiwała ojcu. Z letargu wytrącił ją dopiero wybuch wojny. Poznajemy również przeszłość sierżanta. Co ciekawe, z czasem okazuje się, że ten marudny człowiek potrafi być opiekuńczy, gotowy do poświęceń. 

Z początku myślałam, że „Tak tu cicho o zmierzchu” to jeden z tych utworów, które pokazują wojnę na wesoło, jednak myliłam się. Opisy perypetii sierżanta-służbisty z niesfornymi podwładnymi szybko się kończą. Z każdą przewracaną kartką pojawiają się sceny coraz smutniejsze, coraz okrutniejsze. Autor miał dar tworzenia bardzo plastycznych opisów, dzięki czemu doskonale można sobie wyobrazić złowrogi las, trzęsawiska i przerażenie dziewcząt, zmuszonych do tropienia uzbrojonych wrogów. Książka jest niewielka objętościowo i nieprzegadana. Na mnie wywarła wielkie wrażenie, długo będę ją pamiętać.

Moja ocena: 5/6.

---
Wasiljew Borys, „Tak tu cicho o zmierzchu” („А зори здесь тихие”), tł. Broniatowska Henryka, Iskry, 1967.

27.02.2014

„Znajomi z pociągu” Patricia Higsmith


Wszystko zaczęło się w pociągu mknącym przez Teksas. Guy – porządny, pracowity architekt, a prywatnie mąż niewiernej Miriam, z którą chciałby wziąć rozwód, został zagadnięty przez Brunona. Bruno pochodzi z bogatej rodziny, nie pracuje, nadużywa alkoholu i o wszystkie swoje klęski życiowe obwinia ojca. Wylewnie opowiada o sobie, ale też sprytnie wyciąga od Guya jego tajemnice. Proponuje, że zabije Miriam, jeśli Guy w zamian zabije jego ojca – w ten sposób obaj pozbędą się osób, które zagradzają im drogę do szczęścia, i pozostaną bezkarni, bo policja nie znajdzie motywów zbrodni i dojdzie do wniosku, że popełnili je chorzy psychicznie.  

Guy z przerażeniem odmawia. Sądzi, że wraz z końcem podróży raz na zawsze uwolni się od Brunona. Jednak lekkomyślnie podał mu wiele wiadomości o sobie i Bruno bez trudu go odnajduje. Naprzykrza się, dzwoni, przypomina o „umowie”. Guy wpada w rozpacz, zaczyna przeczuwać, że już nigdy nie będzie szczęśliwym, spokojnym człowiekiem. Najpierw gnębiła go wulgarna, kłamliwa żona, a teraz, kiedy mógłby wreszcie związać się z ukochaną Anną – poznany w pociągu psychopata.

24.02.2014

„Dziwne spotkanie” Susan Hill


Akcja „Dziwnego spotkania” toczy się w czasie pierwszej wojny światowej częściowo na terenie Francji, a częściowo w Anglii. Susan Hill nie brała udziału ani w tamtej wojnie, ani w żadnej innej, a jednak napisana przez nią książka lepiej oddaje klimat panujący na froncie niż pamiętniki żołnierzy. Opisy mężczyzn wysyłanych na niebezpieczne rekonesanse, leżących godzinami w okopach obok ciał zabitych kolegów są bardzo plastyczne i świadczą o wielkim talencie angielskiej pisarki. 

Głównymi bohaterami powieści są dwaj oficerowie, którzy poznali się na froncie. Jeden z nich nazywa się Hilliard, a drugi to młodziutki porucznik Barton, który sprawia wrażenie zbyt niewinnego i wrażliwego jak na tak okropne warunki. Lubi książki, muzykę, bardzo kocha swoją rodzinę i nie wstydzi się o tym mówić. Wciąż pisuje i otrzymuje listy. Ale jakie to listy! Bardzo długie, szczere, czułe. Hilliarda to dziwi, a zarazem fascynuje, bo on sam dostaje z domu bardzo zdawkowe wiadomości. 

19.02.2014

„Klaudyna w szkole” Colette


„Klaudyna w szkole” po raz pierwszy ukazała się w roku 1900, czyli 114 lat temu. Bohaterka nazywa się Klaudyna, ma 15 lat i mieszka w rodzinnej wsi Montigny. Nie jest aniołkiem. Wścibska, dwulicowa, chce się podobać i oczekuje, że wszystkie psoty zostaną jej wybaczone. Nie ma matki, a opiekujący się nią ojciec – uroczy, roztargniony, oderwany od życia badacz ślimaków – nie zawsze wie, jak należy wychowywać dorastającą panienkę. Rozbrykana córka z łatwością nim manipuluje. W przeciwieństwie do innych dziewcząt ze swojej sfery nie mieszka na pensji; namówiła ojca, by pozwolił jej uczęszczać do wiejskiej szkoły razem z córkami wieśniaków, robotników i sklepikarzy.

Książka została napisana pełnym lekkości, trochę egzaltowanym stylem, który pasuje do piętnastoletniej narratorki. Bohaterowie są tolerancyjni i owładnięci namiętnościami. Ojciec Klaudyny pozwala córce na wszystkie fanaberie, ona z kolei nie krzywi się, gdy widzi wplątany w jego brodę śluz ślimaka. Dziewczyna interesuje się sprawami erotycznymi. Podgląda, podsłuchuje, zakochuje się w nauczycielkach. 

Niektóre fragmenty powieści uważam za zabawne, inne mnie znużyły. Wątek przedstawiający egzaminy wydał mi się o wiele za długi. Trudno uwierzyć w to, by nauczycielki całowały się namiętnie na oczach dzieci i by zwierzały się ciekawskiej panience ze swoich tajemnic i obsesji. Nauczyciel Antonin mówi na przykład do Klaudyny tak: W niedzielę wieczorem przyszedłem odnieść nuty i zastałem te panie tutaj, po ciemku. Wchodzę - bądź co bądź klasa to miejsce publiczne – i w półmroku dostrzegam pannę Sergent z panną Aimeé, jak się całują  w najlepsze. Myśli pani, że przestały może?* (panna Sergent to dyrektorka szkoły). Gdyby scenek, które Colette nazywała „pikantnymi”, było mniej, wyszłoby to książce na dobre. 

„Klaudynę w szkole” warto przeczytać, ale jako ciekawostkę, ze świadomością, że nie przedstawia ona prawdziwego obrazu życia pensjonarek. 

---
* Colette, „Klaudyna w szkole, Klaudyna w Paryżu”, tł. Krystyna Dolatowska, PIW, 1985, str. 65.

14.02.2014

„Po prostu Johannes” Eeva Joenpelto


Bohater powieści Eevy Joenpelto pt. „Po prostu Johannes” to wiejski kupiec, bardzo spokojny i nieśmiały. Zawsze żył pod dyktando matki, która zmuszała go do pracy w sklepie i nie pozwalała spotykać się z kobietami. Przełykał łzy, ale nie odważył się sprzeciwić. Teraz, kiedy matka umarła, czuje się samotny, zagubiony i nie umie walczyć o swoje. Zauważa to Lyyli – osóbka kłamliwa, zachłanna i despotyczna. Choć wygląda atrakcyjnie, żaden z licznych mężczyzn, z którymi romansowała, nawet ojciec jej córki, nie zechciał się z nią ożenić. Lyyli nie ma nic swojego, tuła się po obcych kątach i za grosze pracuje jako masażystka. Johannes ze swoim sklepem, gospodarstwem, koniem, krową i kurami wydaje się jej dobrą partią, zaczyna więc uśmiechać się do niego i uwodzić go. Planuje, że kiedy już zostanie jego żoną, przejmie sklep i wprowadzi swoje porządki. 

10.02.2014

„Stolica” Pola Gojawiczyńska


Akcja „Stolicy” Poli Gojawiczyńskiej toczy się w Warszawie tuż po wyzwoleniu. W zrujnowanym mieście jeszcze dymią zgliszcza, wybuchają miny i barykady stoją na ulicach, ale warszawiaków to nie przeraża. Tłumnie wracają do swojego miasta, by szukać krewnych i na nowo się urządzać. 

„Stolica” to powieść panoramiczna. Nie ma w niej jednego głównego bohatera, autorka z równą uwagą opowiada o przeżyciach wielu różnych osób. Pisze więc o pochodzącym ze wsi Michału Boraju, który podczas wojny z narażeniem życia starał się ratować cenne muzealne zabytki i przebywał w więzieniu, o pani Władziowej Kamińskiej, czekającej na powrót męża i starającej się wykarmić dziesięcioletniego syna, o trzech przyjaciółkach: Ewie, Maniucie i Lucynie, które podczas wojny straciły cały dobytek i nie mają nawet rajstop na zmianę, a jedzą tylko wtedy, gdy ktoś je poczęstuje, i o wielu innych wynędzniałych postaciach. Bohaterowie doświadczają wielu rozczarowań, powieść nie należy do lektur optymistycznych.

Gojawiczyńska pisała tę książkę w roku 1945, nic więc dziwnego, że znajduje się w niej wiele słów uwielbienia pod adresem Warszawy, a niektóre fragmenty są pełne egzaltacji. Duża ilość wydań świadczy o tym, że kiedyś ta powieść bardzo się podobała. Dziś wytrwają przy niej tylko miłośnicy zapomnianych staroci oraz fani Gojawiczyńskiej (mam nadzieję, że jeszcze tacy są). Mnie bardziej podobała się „Krata” tej autorki. „Stolica” chwilami mnie nużyła. 

07.02.2014

„Czarne sekundy” Karin Fossum


Rezolutna, śliczna Ida była późnym i jedynym dzieckiem nieśmiałej Helgi. Nic dziwnego, że matka bała się o nią i rzadko pozwalała jej samotnie oddalać się od domu. Tym razem, pomimo złych przeczuć, pozwoliła. Mijały godziny, a dziewięciolatka nie wracała. Wkrótce rozpoczęły się poszukiwania na wielką skalę, a do akcji wkroczył inspektor Sejer. Policjant ten zachowuje się bardzo uprzejmie i łagodnie w stosunku do przesłuchiwanych osób, nawet do tych podejrzanych o morderstwo. Nie wywiera na nie nacisku, wierzy, że wytrwałość przyniesie efekty. Nie daje się zwieść mylnym tropom i dzięki temu odkrywa prawdę. A prowadząc śledztwo opisane w „Czarnych sekundach”, łatwo mógłby oskarżyć niewinną osobę.

Wielką wadą książki jest nieprzemyślana intryga. Skoro to kryminał, czytelnik nie powinien zbyt szybko odgadnąć, kto zabił. Tymczasem ja, choć nie należę do osób mających predyspozycje do zawodu detektywa, odgadłam od razu. Odgadłam, ale książki nie porzuciłam, nadal czytałam ją z ciekawością, bo Karin Fossum w bardzo sugestywny sposób przedstawiła uczucia matki zaginionego dziecka oraz wykreowała niebanalne, tajemnicze postacie. Jedną z takich postaci jest pięćdziesięcioletni Emil. Upośledzony w rozwoju i uważany za niemowę, nie lubi ludzi, boi się kontaktu z nimi. Wygląda dziwacznie i groźnie, jeździ trzykołowym motorem. Mieszka samotnie, ale co kilka dni odwiedza go stara matka, by posprzątać, poprać i ponarzekać na jego los. Również osiemnastoletni Tomme, wuj zaginionej Idy, wzbudza w czytelniku wielki niepokój. Chłopak zachowuje się dziwnie. Coś ukrywa, rozbija samochód, spotyka się z osobą mającą przeszłość kryminalną. 

Szkoda, że powieść została niestarannie przetłumaczona. Przykłady potknięć Marcina Kiszeli znajdziemy w bardzo ciekawej recenzji Lirael

4/6.

---
Fossum Karin, „Czarne sekundy” („Svarte sekunder”), przeł. Kiszela Marcin, Papierowy Księżyc, 2012.

02.02.2014

„Amy Foster” Joseph Conrad



Tak sobie myślę, że Conrad miałby o wiele więcej czytelników, gdyby pierwszymi jego utworami, z jakimi się stykamy, nie były trudne „Jądro ciemności” i „Lord Jim”, lecz coś prostszego i krótszego, np. „Amy Foster”. Nowela ta spodobałaby się chyba każdemu. Jest w niej pasjonująca akcja, potężna miłość, plastyczne opisy przyrody, złowieszczy klimat, kobieta, której zachowania nie można jednoznacznie ocenić, i mężczyzna z tragiczną przeszłością.

Narrator „Amy Foster” odwiedza swojego przyjaciela, który prowadzi praktykę lekarską w nadmorskiej miejscowości. Towarzyszy mu podczas jazdy do pacjentów. Jedna z osób, które spotykają po drodze, to młoda, nieładna kobieta o bezmyślnym spojrzeniu – Amy Foster. Doktor wspomina, że leczył jej męża, po czym opowiada niesamowitą historię związaną z nią i z rozbitkiem, którego kilka lat temu morze wyrzuciło na brzeg. Rozbitek nie znał języka angielskiego, był brudny i przerażony. Nie spotkał się z miłym przyjęciem: zuchwałe angielskie dzieci rzucały w niego kamieniami, a dorośli uważali go za niebezpiecznego dzikusa, który może zrobić im krzywdę. Zginąłby, gdyby nie Amy Foster. Ona jednak domyśliła się, że przybysz nie ma złych zamiarów i że jest bliski śmierci z głodu, zimna i wycieńczenia. Dzięki niej otrzymał pożywienie oraz schronienie.