31.12.2013

Susan Swan „Damy z Bath”

Na początku składam wszystkim najserdeczniejsze życzenia pomyślności, zdrowia i wielu ciekawych lektur. Szczęśliwego roku 2014! Nie chce mi się robić długich podsumowań. Napiszę tylko, że w roku 2013 przeczytałam wiele bardzo dobrych książek, wiele średnich i kilka słabych.

Tytuł gniota roku otrzymują Damy z Bath Susan Swan.

Trzynastoletnia Mary trafia na kanadyjską pensję dla panienek z dobrych domów. Powoli się aklimatyzuje, odkrywa, że wśród nauczycielek znajdują się lesbijki, a wśród uczennic – transseksualistka. Zakochuje się w Lewisie – chłopaku pracującym w ogrodzie, zaprzyjaźnia się z dziewczętami ze wspólnej sypialni. Wkrótce na terenie pensji zostaje popełniona zbrodnia... 

Mary jest dziewczynką nieśmiałą i nieładną, utyka, ma też zniekształcone ramię. Najbardziej interesuje się tajnikami męskiej anatomii. Podczas pobytu w domu wielokrotnie podglądała swojego ojca:
„Często zerkałam na niego, gdy rano szedł przez przedpokój bez spodni od piżamy, myśląc, że jeszcze śpię. Jego rozmiar przechodził moje najśmielsze przypuszczenia. Myślę, że jego penis określał pewien standard, do którego dążyć powinni wszyscy mężczyźni”[1] – wyznaje. 
Przez cały czas rozmyśla o tego typu sprawach, w dodatku prowadzi rozmowy ze swoim... ramieniem. Rozmowy wyglądają mniej więcej tak:
„Nigdy nie chciałam mieć penisa. Podobnie jak piersi i podrzędnej pozycji, jaka się z nimi wiąże. Trudno jest być kobietą. Złośliwość pana Boga.
– No cóż, penisy wydają się całkiem interesujące”[2]
– odpowiada ramię. 
Głupie? Głupie. Ci, którzy sięgną po „Damy z Bath”, licząc na pełną ciepła historię o pensjonarkach, bardzo się rozczarują. Autorka w nieudolny sposób poruszyła problemy transseksualizmu, zakazanej miłości i stereotypów na temat płci. W książce znajduje się wiele naiwnych, mało prawdopodobnych scen. Na początku otrzymujemy informację, że jedna z pensjonarek popełniła jakąś zbrodnię z użyciem skalpela. Przyznaję, że dobrnęłam do końca tej powieści tylko dlatego, by poznać przyczyny i szczegóły morderstwa. Wyjaśnienie okazało się tak nieprzekonujące, jakby powstało w wyobraźni nastolatka, a nie dorosłej kobiety. 

---
[1] Swan Susan, „Damy z Bath” („The Wives of Bath”), przeł. Szczepanowska Agata, C&T, 2003, str. 18.
[2] Tamże, str. 107.

30.12.2013

„Drugie życie” Jurij Trifonow


Grzebiąc na półce z literaturą rosyjską, znalazłam wydane w serii Nike Drugie życie Jurija Trifonowa. Okazało się, że to ciekawa książka, z akcją toczącą się w latach siedemdziesiątych w środowisku inteligencji moskiewskiej.

Olga, która od sześciu miesięcy jest wdową, wspomina czas spędzony z mężem i opowiada o swoim obecnym życiu. Teraz mieszka tylko z szesnastoletnią córką Irenką i ze świekrą, która do synowej odnosi się z nienawiścią. Obie kobiety bardzo cierpią po śmierci Siergieja, ale nie umieją się do siebie zbliżyć. Świekra uważa, że tylko ona ma prawo do żałoby. Olga snuje się nocami po mieszkaniu, płacze. Czuje niechęć do ludzi, którzy znali jej męża. Zastanawia się, dlaczego w ostatnim okresie swojego życia Siergiej był nieszczęśliwy. Z jej wspomnień wyłania się człowiek mało odporny psychicznie, zirytowany faktem, że nie może dokończyć pisania dysertacji na temat pracowników carskiej ochrany i że mniej zdolni koledzy z instytutu otrzymują stopnie naukowe. A i Olga wywierała na niego presję. Chciała, by starał się o skierowanie na zagraniczną wycieczkę; skierowania były tylko cztery, a pracowników instytutu dużo. Zmuszała go do podlizywania się kierownictwu, nie patrząc na to, że Siergiej czuł się niekomfortowo w takiej sytuacji, bo nie lubił obłudy i nadętych radzieckich biurokratów. 

Drugie życie to ciekawa, dobrze napisana powieść. Dużo w niej opisów uczuć wdowy, szczegółów obyczajowych, wnikliwych obserwacji na temat życia w Moskwie. Książka zachęciła mnie do tego, by kontynuować znajomość z Trifonowem.

---
Trifonow Jurij, Drugie życie (Другая жизнь), tł. Lasotowa Rozalia, Czytelnik, 1978.

28.12.2013

„Skazane na zagładę” Roman Hrabar


„Skazane na zagładę” to bardzo smutna książka. Roman Hrabar opowiedział w niej o macierzyństwie kobiet wywiezionych do Niemiec na przymusowe roboty oraz o śmierci niezliczonej ilości niemowląt. Władze III Rzeszy, które Niemki poddające się aborcji odsyłały do obozów koncentracyjnych, zupełnie inaczej odnosiły się do ciężarnych z krajów podbitych. Jedno z zaleceń:
„Mało wartościowy pod względem rasowym płód robotnic wschodnich i Polek powinien być, jeśli to tylko możliwe, usunięty. Wprawdzie zabieg przerwania ciąży może nastąpić jedynie za zgodą brzemiennej, zgodę tę jednak należy w każdym wypadku przeforsować”[1]. 
Kobiety poddawano przymusowym aborcjom, a jeżeli urodziły, rzadko udawało im się zatrzymać przy sobie dziecko. Noworodki odpowiadające kryteriom rasowym odbierano matkom, pozostałe trafiały do specjalnych zakładów nazywanych „żłobkami”, które w rzeczywistości były umieralniami. Niemowlęta ginęły w nich z nędzy i głodu. Oto kilka faktów o „żłobku” w Gantenwald w gminie Bühlerzell:
„Do zakładu dostarczano dziennie z pobliskich gospodarstw 20 litrów mleka. Niemowlęta otrzymywały tylko część tego mleka i to odciąganego. Ustalono, że większość zabierała nadzorczyni, Niemka, wylewając je do koryta dla dwóch świń, które hodowała”[2]. 
Jeden z rozdziałów nosi tytuł „Zakład położniczy w Brunszwiku”. Zakład ten mieścił się w dwóch barakach, w których panowały koszmarne warunki higieniczne. Wszy, pluskwy, niewyobrażalny brud. Brakowało pościeli, pieluszek, mleka. Matkom pozwalano odwiedzać dzieci tylko dwa razy w tygodniu. „Zmarłe noworodki umieszczano w łazience, gdzie leżały po kilka dni, a stamtąd zabierano je w kartonach od margaryny”[3]. 

Autor książki wątpi, czy kiedykolwiek uda się ustalić liczbę dzieci zagrabionych przez III Rzeszę i uśmierconych w „żłobkach”. Przetrwało niewiele dokumentów. W sprawie niektórych zakładów (np. w Velpke) nie prowadzono nawet dochodzeń. Niemcy starali się, by miejsca masowego pochówku niemowląt popadły w zapomnienie. Tablicę pamiątkową na cmentarzu w Gantenwald wmurowano dopiero w roku 1988! 

W „Skazanych na zagładę” znajduje się dużo dat i nazw miejscowości. Autor zamieścił informacje o wielu ośrodkach, m.in. w Gantenwald, w Laberweiting, w Velpke, w Wolfsburgu, w Rühen, w Pile i Stargardzie. Najwięcej materiału dowodowego udało się zgromadzić o zakładzie w Brunszwiku. Na końcu książki zamieszczone są zdjęcia aktów zgonów noworodków oraz plan cmentarza w Gantenwald w gminie Bühlerzell. 

Hrabar napisał też o dzieciach, które ocalały i szukają swoich korzeni.

---
[1] Hrabar Roman, „Skazane na zagładę: praca niewolnicza kobiet polskich w III Rzeszy i los ich dzieci”, Śląsk, 1989, str. 71.
[2] Tamże, str. 117. 
[3] Tamże, str. 96.

27.12.2013

„Ślady krwi” Jan Polkowski




Bohaterem „Śladów krwi” Jana Polkowskiego jest Henryk Harsynowicz. Cóż to za człowiek? To emigrant z Polski, mieszkający od 1983 roku w Kanadzie. Skłonny do mizantropii, trochę dziwak. Wciąż rozmyśla o powrocie do Polski, ale wybiera się do niej jak sójka za morze. Aż pewnego dnia dowiaduje się, że zmarł jego ojciec (dawniej oficer SB, potem biznesmen). Jako jedyny syn Henryk musi uporządkować sprawy spadkowe, z konieczności wraca więc do kraju. Przejmuje spadek, stara się wyrobić polskie dokumenty, a przy okazji odkrywa tajemnice z przeszłości swoich przodków.

Długo czytałam tę powieść. Jakoś nie umiałam się nią zachwycać tak jak inne blogerki. Zastanawiałam się, gdzie te odkrywcze prawdy o Polsce, gdzie ten poetycki język? W powieści znajduje się wiele fragmentów napisanych w sposób, który bardzo męczy czytelnika. Jan Polkowski ma skłonność do wielosłowia, do wbijania w zdania nadmiaru przydawek i do tworzenia dziwacznych metafor. Spójrzmy, jak opisuje żonę bohatera:

Lśniąca żona, pokryta pełgającym ogniem, wielokolorowa, chociaż czarno-biała, wielosmakowa, chociaż gorzkawo-słona[1]. 

A to inny fragment:

Ze wszystkich sił: estetycznych, fizjologicznych, psychicznych, intelektualnych, kosmicznych i nieokreślonych, niepostrzeżenie, wyrafinowanie, delikatnie, dyskretnie i przemyślnie wabiły samców[2].

Wypowiedzi niektórych bohaterów brzmiały sztucznie, tak jakby osoby te nie rozmawiały, lecz odczytywały z kartki wymyślny tekst. Wicherki na głowie porusza im wiatr historii i kuszący los. Chyba że posmarowali włosy żelem pierworodnej klęski[3] – tak w prywatnej rozmowie mówi jedna z postaci do Henryka. 

Niektóre sceny ukazujące absurdalność życia w Polsce są przejaskrawione. U Polkowskiego w Urzędzie Stanu Cywilnego petentów przyjmuje urzędniczka... bez majtek. Wiem, prześwituje, ale pan kierownik nie lubi, jak się nosi majtki[4] – wyjaśnia interesantom. Na biurku kierownika tego urzędu leży koronkowy biustonosz. Kiedy wszedł klient, kierownik ni stąd, ni zowąd rozpoczął długą przemowę na temat sytuacji Polski, a bieliznę schował dopiero wtedy, gdy wygłosił swoją perorę. 

Nie przekonał mnie też opis rozprawy sądowej. Dlaczego sędzina wygłasza uwagi w stylu: Żadnej godności w tych Polakach[5]? Dlaczego nie umie poprawnie posługiwać się polskim językiem? Co oskarżony pił przed wsiąściem, zanim oskarżony wsiadł do auta w stanie nietrzeźwym z powodu, że tak powiem, prawda...[6] – oto przykład wypowiedzi pani sędziny.

Podsumowując, napiszę, że „Ślady krwi” Polkowskiego to powieść przeciętna. Przeczytać można, ale nie trzeba oczekiwać literackiej uczty.

---
[1] Polkowski Jan, „Ślady krwi”, Wydawnictwo M, 2013, str. 223.
[2] Tamże, str. 153.
[3] Tamże, str. 182.
[4] Tamże, str. 136.
[5] Tamże, str. 129.
[6] Tamże, str. 127.

14.12.2013

„Koń Pana Boga” Wilhelm Dichter


„Koń Pana Boga” to wspomnienia Żyda, który jako dziecko przeszedł gehennę. Podczas wojny musiał przez wiele dni leżeć pod łóżkiem albo przebywać w różnych ciasnych kryjówkach, na przykład w studni. Utracił wtedy umiejętność chodzenia. Nauczył się bać ludzi; szczególnie wielki lęk czuł wobec polskich dzieci, które nie miały litości dla „Żydka”. 

Obok epizodów z czasów wojny książka zawiera też wspomnienia z lat powojennych, kiedy to warunki bytowe rodziny narratora bardzo się poprawiły. Wilhelm już nie marzył o zupie i chlebie. Otrzymywał do szkoły kanapki z szynką, podczas gdy polskie dzieci jadły byle co albo w ogóle nic. Chodził w szynelu i w rękawiczkach, wyróżniając się z gromady nędznie ubranych uczniów. Zapewne nie tylko z powodu antysemityzmu polskie dzieci mu dokuczały; w grę musiała też wchodzić zwyczajna zazdrość. 

Matka małego Wilhelma sprawia wrażenie osoby trochę bezwzględnej i zachłannej. W czasach, gdy ludzie głodowali, ona umiała zdobyć różne dobra, niedostępne dla innych. Bardzo starannie wybierała kandydata na drugiego męża. Zdecydowała się na komunistę Michała, bo był dyrektorem rafinerii. Dając synowi kanapki do szkoły, przestrzegała go, by nikogo nie częstował. Bywała brutalna, szczególnie wtedy, gdy syn nie chciał jeść - potrafiła rzucić mu na głowę potrawę z patelni. Swojego ojca Wilhelm wspomina bardzo dobrze. Był to łagodny mężczyzna, chory na gruźlicę. Przebywając w kryjówce, najbardziej martwił się tym, co rodzina zrobi z jego ciałem, kiedy on umrze. 

Fabuła jest bardzo ciekawa, ale nie tylko ona stanowi o wartości książki. Na uwagę zasługuje też styl pisarski Dichtera. To styl powściągliwy, chłodny, beznamiętny. Zdania są krótkie. Narrator opisuje to, co widział i słyszał, nie pozwala sobie na dygresje, na wyrażanie uczuć i na skargi. Nie dziwi się niczemu, nie komentuje wydarzeń, nie osądza czynów innych ludzi.

„Koń Pana Boga” to debiutancka powieść Wilhelma Dichtera. Autor opublikował ją dopiero wtedy, gdy miał 60 lat.

Moja ocena: 5/6.

---
Dichter Wilhelm, „Koń Pana Boga”, Znak, 1996.

12.12.2013

„Tysiąc dróg stoi otworem” Julien Green




Z twórczością Juliena Greena zetknęłam się już wcześniej – zauroczyła mnie posępna „Adrianna Mesurat”, czytałam też jego „Dziennik”. A teraz poznałam autobiograficzne „Tysiąc dróg stoi otworem”. W książce tej Green wspomina swoją młodość, okres, kiedy to w roku 1917 zgłosił się do służby wojskowej i jako kierowca ambulansu woził rannych z linii frontu do szpitala. Opowieść kończy się opisem podróży do Ameryki w roku 1919. 

Choć pamiętnik opisuje lata wojenne, trudno znaleźć w nim wzmianki o okropieństwach i opisy pokaleczonych ciał. Green był zdecydowanym przeciwnikiem wojny i współczuł ofiarom, jednak miesiące spędzone na froncie stały się dla niego przede wszystkim okresem analizowania własnego charakteru oraz odkrywania swojej seksualności. Znalazłszy się wśród młodych, przystojnych mężczyzn, którzy opowiadali o licznych podbojach, przyszły pisarz w dotkliwy sposób zaczął odczuwać własną nieporadność i brak doświadczeń erotycznych, tym bardziej, że pochodził z Paryża – miasta, które inni żołnierze i oficerowie uważali za siedlisko rozpusty.

Greena można podziwiać za odwagę. W pamiętniku opisał sprawy wstydliwe, takie, które ktoś inny próbowałby ukryć. Przyznał się więc do tego, że potrafił przez długi czas oglądać się w lustrze, że fascynowały go męskie ciała i twarze. Na końcu książki znajduje się bardzo zabawna historia z butem, która dowodzi, że Julien Green nie traktował swojej osoby śmiertelnie poważnie i potrafił sam z siebie kpić.

Z pamiętnika można wysnuć wniosek, że Green uważany był przez innych za człowieka poważnego i nietowarzyskiego. Miał bardzo gwałtowną naturę. Kochał książki, wydawał na nie cały żołd. Po sposobie, w jaki opisywał wygląd chłopców, łatwo można odgadnąć, że podobali mu się mężczyźni: „Zgasiwszy światło, przez moment stałem boso w ciemności i nagle poczułem pokusę, by podbiec do łóżka aspiranta”[1]. Takich fragmentów jest jeszcze kilka. 

Tak wyglądał Julien Green
Wspominając swoją młodość, Green potrafił przyznać, że wielu wydarzeń nie pamięta. Nie starał się załatać białych plam:

„Przechowałem z młodości jedynie oddzielne fragmenty, które nie zawsze umiem poszczepiać ze sobą. Nie prowadziłem dziennika. Umknęło mi wiele rzeczy, z wyjątkiem tych – mam nadzieję - które były naprawdę ważne. Ale któż mi zaręczy, że ważne nie jest właśnie to, co skryło się przede mną?”[2].

„Tysiąc dróg otworem” mogę polecić miłośnikom twórczości Julien Greena oraz osobom lubiącym analizy uczuć. 

---
[1] Julien Green, „Tysiąc dróg stoi otworem”, („Mille chemins ouverts”), tł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Literackie, 1985, str. 140.
[2] Tamże, str. 40.

11.12.2013

„Królowa śniegu” Andersena oraz „Daleki rejs” Onichimowskiej

Co najbardziej kojarzy nam się z zimą? Śnieg. Święta. Prezenty. „Dziewczynka z zapałkami” i „Królowa śniegu”. Pierwsza baśń jest przeraźliwie smutna, druga - o wiele pogodniejsza, można czytać ją dzieciom bez obawy, że wpadną w przygnębienie. Bo choć w baśni wiele się dzieje i bohaterowie przeżywają niebezpieczne przygody, wszystko dobrze się kończy. Kay i Gerda wracają bezpiecznie do domu.

Ilustracje do „Królowej śniegu” sporządził Vladyslav Yerko. To ładne ilustracje, nastrojowe, pełne szczegółów. Na jednym obrazku widzimy np. starodawny pokój, Kaya i Gerdę siedzących przy okienku, ziewającego kocura i myszkę czytającą gazetę. Okładka przedstawia twarze Królowej Śniegu i Kaya. Na końcu książki zobaczymy stare miasto, kamienice, ludzi z choinkami.

Jedna z ilustracji, przedstawiająca Królową Śniegu porywającą Kaya
Z „Królową śniegu” samodzielnie uporają się tylko te dzieci, które bardzo dobrze opanowały sztukę czytania i którym nie będzie przeszkadzał drobny druk oraz duża ilość tekstu na niektórych stronach. Lepiej będzie, jeśli tę książkę poczytają dzieciom rodzice. 

„Królową śniegu” przełożył Franciszek Mirandola - tłumacz i pisarz z okresu Młodej Polski. Książka liczy 32 strony. Zaopatrzona jest w twarde, trudne do zniszczenia okładki. Nadaje się na prezent. 

---
Andersen Christian Hans, „Królowa śniegu”, tł. Mirandola Franciszek, Wydawnictwo M, 2012. 


A przy okazji kilka słów o innej książce dla dzieci. „Daleki rejs” Anny Onichimowskiej to propozycja dla uczniów starszych klas szkoły podstawowej. Narratorem jest Paweł, który opowiada o swojej mamie, o młodszym bracie Kubie, o tęsknocie za nieobecnym ojcem i o tajemniczym Dżejmsie. Narrator nie lubi Kuby, bo ten jest otyły i nosi okulary. 

Trudno określić dokładny wiek chłopców i czas akcji. Mogą to być lata dziewięćdziesiąte, gdyż w szkole stosowana jest już sześciopunktowa skala ocen, a o komputerach, komórkach i innych elektronicznych gadżetach nie ma żadnej wzmianki. Po ukończeniu lekcji bracia pomagają mamie lepić pierogi, chodzą na zakupy, czytają, rozmawiają o książkach. Lubią też pisać długie listy. 

Książka napisana jest językiem, jakim mogłoby posługiwać się dziecko. Mnie, dorosłej, książeczka podobała się, bo porusza tematy życia w rozbitej rodzinie, braku akceptacji, tęsknoty za przyjaźnią, ale moja córka miała inne zdanie. Już na samym początku znielubiła jednego z braci, bo przyniósł do domu dzikiego kota, który zjadł domowego chomika. A mała jest miłośniczką chomików, świnek morskich i tym podobnych sympatycznych gryzoni. Przez taki „drobiazg” straciła serce do książki i trzeba było ją zmuszać do czytania (zmuszać, ponieważ „Daleki rejs” to lektura szkolna).

---
Onichimowska Anna, „Daleki rejs”.

05.12.2013

„Po liściach palmowych i różach” Stig Claesson


Bardzo lubię literaturę obyczajową z krajów skandynawskich. Kilka dni temu w moje ręce wpadła króciutka książka szwedzkiego pisarza Stiga Claessona o tytule „Po liściach palmowych i różach”. Jest to bardzo niepokojąca, dziwna opowieść. Już z pierwszego zdania dowiadujemy się, że bohater postanowił zabić starą, schorowaną kobietę. Dlaczego?

Ten czterdziestoletni mężczyzna przybył do jednego ze szwedzkich domów, aby doręczyć zamówiony kiedyś sznur. W chatce zastał samotną sparaliżowaną staruszkę. Kobieta leżała w czystej pościeli, jej długie włosy były porządnie uczesane, najwyraźniej więc ktoś o nią dbał. Mężczyzna poczuł wielkie zdumienie, bo jeszcze nigdy w żadnym z domów nie widział niepełnosprawnego starego człowieka. Nie mógł pojąć, dlaczego ktoś traci czas na zajmowanie się staruszką, skoro w Szwecji powstało mnóstwo specjalistycznych ośrodków dla sparaliżowanych i „niepotrzebnych”. Poczuł też gniew. A sytuacja bezradnej staruszki stawała się coraz straszniejsza...