31.08.2013

„Mrówki w płonącym ognisku” Teresa Oleś-Owczarkowa








Teresa Oleś-Owczarkowa okres dzieciństwa spędzała na wsi u babci. Wspomina tę powojenną biedną wieś, kiedy ludzie mieli puste brzuchy i byle jakie odzienie. Mogła wchodzić do każdego domu. Wszędzie pytano, czy nie jest głodna, i częstowano ją, czym chata bogata, a więc chlebem i gotowaną kapustą. Sobota była dniem porządków i kąpieli. A jak jest teraz?
Domy są dużo większe, przestronne, a kuchnie lśnią czystością. Pachnie środkami do mycia i czyszczenia. Ludzie nie mają już czarnych i spękanych dłoni. We wsiach jest higienicznie[1]. 
Teraz Blanowice są dzielnicą Zawiercia. Nigdzie nie widać słomianych strzech, koni, środkiem drogi nie chodzą już kury ani gęsi. Teraz, aby odwiedzić sąsiadkę albo członka rodziny, trzeba umawiać się przez telefon. Kiedyś ludzi określało się przydomkiem, teraz każdy ma numer PESEL i NIP.

Widać, że dawne czasy autorka darzy sentymentem, a te nowe z telewizją i z internetem niezbyt jej się podobają. Boleje nad brakiem pobożności u współczesnych ludzi, nad nieposzanowaniem tradycji. Jednocześnie przyznaje, że sama nie stosuje się do zasad, w jakich została wychowana. Nie czuwała na przykład przy zwłokach własnej matki. Skarży się, że przez media nie ma czasu na wieczorny rachunek sumienia, a przecież to jej wybór – nikt jej nie zmusza do oglądania telewizji, telewizor można z domu wyrzucić.

Niektóre scenki pokazują wiejską gościnność i sympatyczne dziecięce zabawy, inne - tragedie spowodowane przez złych ludzi. Pewna śliczna dziewczyna została zgwałcona i ze wstydu popełniła samobójstwo. Jedna z wieśniaczek ukradła pogorzelcom ich nędzny dobytek. Leśniczy, który uwodził żony wieśniaków, został wrzucony do mrowiska i zjedzony przez mrówki. Sowieci brutalnie zgwałcili i zamordowali dorastającą dziewczynkę... Takich historyjek znajduje się w książce wiele.

Czasami Teresa Oleś-Owczarkowa wyraża swoje poglądy na różne tematy. Poglądy te są bardzo specyficzne i jakby nie przemyślane do końca. Kiedy autorka wspomina o wojnie, nie potępia jej, bo wojna to nie tylko tragedia ludzi, ale także źródło wiedzy i postępu, a ona lubi postęp. Kiedy zastanawia się, dlaczego od stuleci życie chłopów było bardzo ciężkie, dochodzi do takiego wniosku:
 A może to oni, chłopi, sami byli sobie winni? Może dlatego takie ciężkie było to ich życie już od tysięcy lat, że dawno, dawno temu, otwierając gościnnie wrota domostwa, wpuścili do niego diabła?[2].
Tak więc rozważania w ogóle nie trafiły mi do przekonania, natomiast partie o życiu wsi przeczytałam w prawdziwą przyjemnością. „Mrówki w płonącym ognisku” zaliczyć można do nurtu literatury małych ojczyzn.

Moja ocena: 4/6.

---
[1] Oleś-Owczarkowa Teresa, „Mrówki w płonącym ognisku”, Wydawnictwo M, 2013, str. 57.
[2] Tamże, str. 143.

26.08.2013

„Aż do trzewi” Christa Wolf



Zachciało mi się przeczytać coś z niemieckiej literatury współczesnej. Wybrałam „Aż do trzewi” - jedną z książek zmarłej niedawno Christy Wolf. I lekko się rozczarowałam, bo to bardzo trudna powieść. Autorka zrobiła wszystko, by zmęczyć czytelnika: nie wyróżniła dialogów, w tych samych zdaniach zastosowała zarówno narrację pierwszoosobową, jak i trzecioosobową. Przykładowe zdanie wygląda tak:

Jedzenie to tortura, z wolna muszę działać na nerwy nawet ludziom gołębiego serca, ale komu ma ona powiedzieć, jak męczące jest powracanie do zdrowia*.

Akcja powieści toczy się tuż przed zlikwidowaniem NRD. Bohaterką jest niemłoda już mieszkanka Berlina, komunistka. Kiedy rozbolał ją brzuch, próbowała leczyć się rumiankiem i bagatelizowała objawy choroby. A to był ropień, który wkrótce pękł, doprowadzając do zakażenia organizmu. Gdy wreszcie kobieta znalazła się w szpitalu, lekarze określili jej stan jako bardzo ciężki. Miejsce akcji książki to właśnie szpital - sale badań, oddział intensywnej terapii. 

Niemka na przemian bredzi w gorączce, rozmyśla o Urbanie, w którym podkochiwała się w młodości, i obserwuje szpitalne życie. Boi się badań oraz nieostrożnych, niedbałych osób z personelu. Jedna z pielęgniarek, Evelyn, filiżankę z herbatą stawia na nocnym stoliku i odchodzi, nie przejmując się tym, że spragniona pacjentka nie jest w stanie unieść głowy i samodzielnie się napić. Kiedy wiezie obolałą bohaterkę na badanie, uderza jej łóżkiem we wszystkie framugi i ściany. Ale w szpitalu pracują też osoby takie jak Kora - dobre i delikatne. 

„Aż do trzewi” to książka niegłupia, ale przypadnie do gustu tylko osobom, które lubią eksperymenty językowe i zawiłą narrację. Moja ocena: 3/6.

---
*Wolf Christa, „Aż do trzewi” („Leibhaftig”), tł. Błaut Sławomir, Czytelnik, 2006, str. 118.

17.08.2013

„Rekiny” Jens Bjørneboe


„Rekiny” to piękna, pasjonująca książka o życiu marynarzy i o miłości do morza. Ze wstępu dowiadujemy się, że w roku 1899 zaginął żaglowiec Neptun, który wypłynął z Manili i nigdy nie dotarł do Marsylii. Potem następuje opowieść mężczyzny, który na pechowym statku pełnił funkcję drugiego oficera i lekarza pokładowego. 

Drugi oficer – człowiek rozsądny, opanowany, kulturalny – szybko zauważył, że załoga została źle dobrana. Marynarze różnej narodowości byli skorzy do bójek, agresywni, prymitywni. Już na początku rejsu steward wpadł w delirium, kilku członków załogi zostało ciężko rannych, a jeden z oficerów zaczął żywić ogromną, bezsensowną nienawiść do czternastoletniego chłopca okrętowego, który nie mógł poradzić sobie ze swoją pracą.

10.08.2013

„Motyl na wietrze” Rei Kimura


„Motyl na wietrze”, czyli zbeletryzowana biografia Saito Okichi, to jedna z najgorszych książek, z jakimi się kiedykolwiek zetknęłam. Ale po kolei. Najpierw kilka słów o treści.

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1841, kiedy to w ubogiej rodzinie na japońskiej prowincji przyszła na świat śliczna Okichi. Ojciec jej doszedł do wniosku, że taka piękność nie może zostać żoną miejscowego chłopca i postanowił przeznaczyć ją do zawodu gejszy. Wśród podpitych mężczyzn i gejsz Okichi nie czuła szczęśliwa. Wkrótce spotkało ją coś jeszcze gorszego: do miasteczka przybyli cudzoziemcy. Amerykański konsul przy pomocy japońskich władz zmusił Okichi, by zamieszkała w jego domu. Kiedy tylko dziewczyna została nałożnicą cudzoziemca, dawni sąsiedzi zaczęli nią gardzić i prześladować jej rodzinę.

Rei Kimura z pewnością nie jest mistrzynią szczegółu. Trudno wyobrazić sobie wygląd postaci i miejsc, w których dzieje się akcja. Dialogi i bohaterowie nie przekonują. Narrator wciąż wtrąca uwagi, które psują przyjemność lektury. Np. kiedy mamy opis trzynastoletniej Okichi marzącej o miłości i o dzieciach, pojawia się uwaga: „Nie wiedziała jeszcze, że nigdy nie będzie matką”[1]. W pewnym momencie narrator stwierdza, że konsul to dobry człowiek. Zupełnie tego nie rozumiem. Konsul potraktował przecież młodą Japonkę jak zabawkę, zmusił ją, by opuściła rodziców i narzeczonego, sprawił, że przylgnęła do niej etykietka kobiety niedbającej o moralność. Czy tak postępuje ktoś dobry?

Na początku książki widnieją takie oto zdania o ojcu Okichi: „Może się tylko modlić, by wszystko poszło dobrze i aby tym razem Bóg dał mu syna”, „Westchnął. Z jakichś irracjonalnych powodów Bóg nie uznał za stosowne odpowiedzieć na jego prośby” oraz: „Tym razem Bóg nie był po jego stronie”[2]. Przydałoby się wyjaśnienie, jaką religię wyznawał ojciec bohaterki, bo przecież Japończycy rzadko byli chrześcijanami. Rei Kimura jednak nie rozwinęła tego tematu.

Jako materiał na powieść historia Okichi nadaje się idealnie. Można było ukazać nietolerancję i surowość Japończyków, odmalować warunki życia w dziewiętnastowiecznej Japonii i wreszcie wzruszyć czytelnika losami niezwykłej, nieszczęśliwej kobiety. Trudno więc zrozumieć, dlaczego Rei Kimura tak zmarnowała temat. W „Motylu na wietrze” nie znalazłam ani jednej sceny, o której mogłabym powiedzieć, że została dobrze napisana, ani jednego fragmentu, który by mi się podobał.

---
[1] Kimura Rei, „Motyl na wietrze” (oryg. „Butterfly in the Wind”), tłum. Anna Bańkowska, Prószyński i S-ka, 2009, str. 14.
[2] Tamże, str. 6.

03.08.2013

„Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców” Jeffrey Kottler


W książce pt. „Boskie szaleństwo” Jeffrey Kottler przedstawia biografie takich „szaleńców” jak Sylvia Plath, Judy Garland, Mark Rothko, Ernest Hemingway, Wirginia Woolf, Charles Mingus, Wacław Niżyński, Lenny Bruce, Brian Wilson oraz Marylin Monroe. Choć ci ludzie pozostawili po sobie genialne książki, utwory muzyczne i filmy, przez większość życia nie potrafili normalnie funkcjonować, cierpieli na depresję, na psychozę, nadużywali alkoholu, przyjmowali narkotyki. Wielu z nich zdecydowało się na popełnienie samobójstwa. Kottler zastanawia się, czy ci artyści tworzyliby równie piękne dzieła, gdyby nie cierpieli z powodu wewnętrznego bólu, i czy można byłoby ich wyleczyć, gdyby żyli w naszych czasach. Bo żadna z tych chorych osób nie znalazła pomocy w medycynie ani w psychiatrii. Plath i Hemingwaya „leczono” za pomocą elektrowstrząsów - metody uważanej dziś za barbarzyńską i nieskuteczną, uszkadzającą pamięć. Niżyńskiemu podawano insulinę w dużych ilościach, Wirginii Woolf kazano leżeć w łóżku i pić mnóstwo mleka. A Monroe, Garland i Wilson znajdowali się pod wpływem niekompetentnych i nieuczciwych psychoterapeutów.

Trzeba przyznać, że Kottler wybrał bardzo ciekawy temat do rozważań. Ale nie mogę nazwać „Boskiego szaleństwa” rzetelną pracą, gdyż w tekście znalazłam nieścisłości i sprzeczne informacje. Szczególnie jest to widoczne w rozdziale o Marylin Monroe. Na str. 7 przeczytałam: Marylin Monroe zabiła się, połykając buteleczkę środków nasennych, natomiast na str. 228: Marylin zmarła z powodu przedawkowania leków zaaplikowanych w czopku przeczyszczającym. Więc jak? Czopek czy leki doustne?

Sprzeczne informacje zostały podane także przy opisie dzieciństwa aktorki. Na str. 195 widnieje zdanie: Nie raz i nie dwa widywano Normę Jeane bitą pasem do ostrzenia brzytwy, dwie strony dalej: Nie była w sierocińcach zaniedbywana, nikt jej nie bił i nie wykorzystał (str.197). Jak widać, w jednym miejscu książki autor twierdzi, że dziewczynka podczas pobytu u rodziny zastępczej była bita i zgwałcona, w innym, że traktowano ją bardzo dobrze.

Tłumaczka też się nie popisała, w książce trafiają się błędy oraz niezgrabne zdania: Hemingway już od dawna nie stronił od kieliszka, ale w owym czasie był już alkoholikiem (str.106), Miał możliwość przeczytania w gazetach własne nekrologi (str.111).

Książka trochę rozczarowuje.

---
Jeffrey Kottler, „Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców” („Divine Madness: Ten Stories of Creative Struggle”), tł. Joanna Tyczyńska, Bellona, 2007.

„Ostatnie lato” Cesarina Vighy

Bohaterka tej książki, Amelia, choruje na stwardnienie boczne zanikowe i wie, że już niedługo umrze. Ma trudności z poruszaniem się i mówieniem, z jej ust w niekontrolowany sposób wypływa ślina. W chorobie stała się mizantropką. Przesiaduje samotnie w swoim pokoju, nie przyjmuje wizyt, nie prowadzi rozmów telefonicznych. Co więc robi? Przede wszystkim wspomina.

Wspomina dzieciństwo spędzone w Rzymie oraz w Wenecji, rodziców – a wiedzieć trzeba, że urodziła się z nieformalnego związku; swojego narzeczonego, który okazał się łajdakiem i ukradł jej ojcu-bibliofilowi cenną książkę... Wraca też myślami do dni, kiedy umierała jej matka. Nie zachowała się wtedy jak troskliwa córka. A zaledwie pochowała matkę, sama ciężko zachorowała.