31.01.2013

„Nad modrym Dunajem” Kraszewski





Główni bohaterowie „Nad modrym Dunajem” J.I. Kraszewskiego poznali się w pociągu jadącym do Wiednia. Młody Eliasz Rżewski przez gapiostwo wsiadł do zarezerwowanego przedziału, w którym piękna młoda Aniela Słonimska podróżowała w towarzystwie majestatycznego starca. Kobieta sprawiała wrażenie osoby dumnej i nieprzystępnej. Wkrótce Eliasz odkrył, że Aniela ma wielkie zmartwienie. Otóż jej ojciec od pewnego czasu cierpiał z powodu zaburzeń umysłowych. Uważał, że jest zmartwychwstałym hetmanem Koniecpolskim. Wszędzie widział szpiegów. Aniela wiozła go na konsultację do słynnego psychiatry. Bała się, by o złym stanie ojca nie dowiedział się pan Eustachy Słonimski, człowiek bezwzględny i łasy na pieniądze. Z pewnością umieściłby chorego brata w domu dla obłąkanych, a bratanicę pozbawił majątku.

Kraszewski zastosował w tym utworze ciekawy zabieg: przedstawił ojca Anieli jako człowieka chorego psychicznie, a jednocześnie w jego usta włożył wiele trafnych sądów o sytuacji politycznej. Pan Modest opowiada więc o dawnej świetności Polski, ubolewa nad brakiem patriotyzmu i głupotą Polaków, którzy pozwalają się zniemczyć. Na przykładzie Dyzi i jej męża Anzelma Kraszewki pokazał, jak zachowują się źli Polacy. Zamieszkali oni za granicą i nie tęsknią za krajem. Dziennikarz Anzelm przyjmuje łapówki, pisze po niemiecku i zapomina polskiego języka. Dyzia jest lekkomyślna i niestała w uczuciach.

Akcja toczy się w Wiedniu, ale nie należy spodziewać się rozbudowanego tła obyczajowego i wielu opisów dziewiętnastowiecznego Wiednia. Kraszewski skupił się raczej na wątku romansowym i krytyce zniemczonych Polaków. Aniela i Eliasz to wzory do naśladowania. Ona jest przedwcześnie dojrzała, honorowa, odważna i przedsiębiorcza. Kiedy spotkała ją tragedia, nie załamała rąk, lecz starała się zaradzić złu. Eliasz po rycersku stara się pomóc pięknej pannie. Bohaterów negatywnych jest dużo: Anzelm i Dyzia, Eustachy Słonimski, Izydor Paschalski i inni.

Utwór „Nad modrym Dunajem” został napisany w roku 1876, w okresie największej popularności Kraszewskiego. Autor zażyczył sobie, by zaliczyć go do nowel, choć moim zdaniem to raczej minipowieść.

„Myszy Natalii Mooshaber” Ladislav Fuks

Dziwne są te „Myszy Natalii Mooshaber”. Gdybym poznawanie twórczości Ladisłava Fuksa zaczęła właśnie od nich, chyba bym się zraziła do tego ciekawego pisarza.

Najważniejszą postacią książki jest pani Natalia Mooshaber, niezadowolona ze swojego życia i ze swoich dzieci. Pragnęła, by syn Wezr został żołnierzem, tymczasem on zachowywał się jak rzezimieszek - okradał matkę z pieniędzy, prowadził nieuczciwe interesy i w końcu trafił do więzienia. Córka Nabula włóczyła się, uprawiała prostytucję, a gdy postanowiła wyjść za mąż, wygoniła matkę z przyjęcia weselnego. Pani Natalia marzyła o prowadzeniu kiosku, a musiała zajmować się porządkowaniem grobów. Poza tym czuła się zobowiązana do tego, by zastawiać mnóstwo pułapek na myszy.

W utworze tym występują elementy groteski, satyry politycznej, kryminału, powieści psychologicznej, fantastyki. Akcja dzieje się w nieokreślonej przyszłości w jakimś wymyślonym państwie. Ludzie latają na Księżyc, ale na co dzień nie powodzi im się zbyt dobrze. Szynka i sałatka to rarytasy jedzone tylko od święta, najczęściej mieszkańcy kraju żywią się byle czym. Na Kocim Zamku gościom podaje się rzęsę wodną - podobno jest smaczna. Natalia jadła kiedyś zupę z psa, jadła też larwy.

„Myszy Natalii Moshaber” Ladislava Fuksa powstały w roku 1970. Napisane są zabawnym, ale chwilami denerwującym, manierycznym stylem. W książce znajduje się mnóstwo gier słownych. Pani Natalia wciąż skraca wyrazy, kryminał nazywa „krymi”, magnetofon to „magnet” itd. Nowe zdania zaczynają się często od wyrazów kończących zdanie poprzednie. Tych gier słownych jest tak wiele, że nużą i irytują. Sprawa zabójstw dzieci, bo w książce pojawia się taki wątek, została potraktowana zbyt lekko, żartobliwie.

Moja ocena: 3/6.

---
Ladislav Fuks, „Myszy Natalii Moshaber”, („Myši Natálie Mooshabrové”), tł. Andrzej Babuchowski, Wydawnictwo Literackie, 1983.

23.01.2013

Margaret Atwood „Okaleczenie ciała”

Na wczorajszy wieczór przygotowałam sobie „Okaleczenie ciała” Margaret Atwood. W moim odczuciu książka ta nie jest tak ciekawa i rozbudowana jak „Opowieść podręcznej”, ale też i nie tak zła, jak to wynika z recenzji zamieszczonej w Biblionetce.

Jest to powieść o trzytygodniowej podróży kanadyjskiej dziennikarki Rennie Willard do malutkiego karaibskiego państewka. W kraju tym doszło akurat do zamieszek i Rennie przypadkowo znalazła się w centrum wydarzeń, obserwowała akty przemocy, bestialskie pobicia, a nawet mordy.

Atwood zamieściła w tej powieści bardzo wiele wątków pobocznych, które opowiadają o dzieciństwie bohaterki, o jej miłości do lekarza, o przyczynach rozstania z poprzednim partnerem. Przed podróżą Rennie dowiedziała się, że ma złośliwego guza, i przeszła operację mastektomii. I choć nie straciła całej piersi, a tylko, jak to określił chirurg, „ćwiartkę”, zaczęła żyć w lęku, nabrała przekonania, że ciało, o które tak dbała, zawiodło ją,  i że to kwestia czasu, kiedy powstaną nowe komórki rakowe. Swoje samopoczucie określiła w następujący sposób: „Czuję się zainfekowana. Mam złe sny, śni mi się, że jestem pełna białych larw, które mnie zjadają od wewnątrz” (str.  67). Z powodu operacji straciła partnera - wyczuła, że Jake nie ma chęci patrzeć na okaleczone części jej ciała, że się jej boi. Wydaje mi się to bardzo wiarygodne, bo przecież zdrowi ludzie często uważają, że lepiej i bezpieczniej jest unikać chorych na nowotwór.

Mężczyźni ważni dla Rennie to Jake (niezbyt przyjemny typek), lekarz Daniel oraz poznany w St. Antoine Paul, który jako człowiek zaangażowany w politykę widział tak wiele okaleczonych ciał, że blizna na piersi nie robi na nim wrażenia.

Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że powieść jest chaotyczna i nieprzemyślana, gdyż Atwood zastosowała różne typy narracji. Podróż Rennie opisana została w czasie teraźniejszym, natomiast wydarzenia poprzedzające podróż - w czasie przeszłym. Dodatkowo pisarka wplotła w tekst długie wypowiedzi Rennie i jej nowo poznanej przyjaciółki Lory. Domyślam się, że wypowiedzi te powstały w dramatycznych okolicznościach opisanych w końcówce książki, gdy Lora i Rennie dodawały sobie nawzajem otuchy.

Moja ocena: 4/6.

---
Margaret Atwood, „Okaleczenie ciała”, („Bodily Harm”), tł. Maria Zborowska, Zysk i S-ka, 1999.

18.01.2013

Ten blog ma już rok!

18 styczeń. Jest to dla mnie bardzo ważna data - dokładnie rok temu pod wpływem impulsu postanowiłam założyć bloga. Przedtem swoje wrażenia z lektur zamieszczałam w biblionetce, na blogi książkowe nie zaglądałam prawie w ogóle. Odkrycie, że istnieje wiele ciekawych, wartościowych blogów, było dla mnie ogromną przyjemnością. Dzięki blogom moja lista książek do przeczytania bardzo się powiększyła. Pod wpływem recenzji na blogach przeczytałam tak wartościowe książki jak "Mefisto", "Opowieść rozbitka", "Świniobicie" i wiele, wiele innych. 
W ciągu tego roku przeczytałam około 100 książek i starałam się napisać o wszystkich parę słów (na blogu mam wprawdzie o wiele więcej opinii, ale te z numerami do 130 pochodzą z czterech poprzednich lat).
 
Z prowadzenia bloga na pewno nie zrezygnuję.
Potrzebny mi jest taki internetowy pamiętnik, w którym zapisuję, co przeczytałam. Jest o tyle lepszy od zwykłego notesu, że można tu wstawiać obrazki i oczywiście kontaktować się z innymi miłośnikami książek. Chciałabym mieć tylko więcej czasu na buszowanie po internecie.

BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM OSOBOM, KTÓRE TUTAJ ZAGLĄDAJĄ!



15.01.2013

„Za kogo ty się uważasz?” Alice Munro


„Za kogo ty się uważasz?” Alice Munro składa się z dziesięciu opowiadań, które czyta się jak powieść, a to dlatego, że w każdym opowiadaniu pojawia się ta sama bohaterka. Bohaterka ta nazywa się Rose. Żyje raczej zwyczajnie - robi karierę, polepsza swoją sytuację materialną. Jest osobą raczej przeciętną i mało uczuciową. Często budzi współczucie, a czasem denerwuje, np. wtedy, gdy ze śmiechem opowiada o tym, jak przypadkowo zabiła kota (uruchomiła suszarkę, w której kot spał).

Munro nie opisuje dokładnie całego życia bohaterki, skupia się raczej na epizodach i wybranych wydarzeniach. Obserwujemy więc Rose bitą przez ojca, Rose w szkole, Rose czekającą na kochanka, itp. W jednym rozdziale Rose jest dziewczynką, w innym dorosłą kobietą. Prawie wszystkie inne postacie pojawiają się tylko raz i to wcale nie dlatego, że odegrały w życiu Rose epizodyczną rolę, lecz po prostu Alice Munro nie chciało się o nich pisać. Brat Rose występuje w książce bardzo rzadko, a przecież na pewno był dla Rose ważną osobą.

Na kartkach „Za kogo ty się uważasz?” często pojawia się Flo. Flo już jako dwunastolatka została oddana na służbę do bogatych rolników i w zamian za wyżywienie musiała ciężko pracować. Potem wyszła za mąż za wdowca z malutką córeczką. Starała się dobrze opiekować rodziną, gotowała, prała, prowadziła sklep. Wady Flo to skłonność do plotek i prostactwo. Potrafiła ranić bliskie osoby. Kochała męża, lecz gdy mocno zachorował i nie mógł sam zadbać o higienę, pełna złości Flo pokazywała domownikom jego zabrudzoną bieliznę.

Najbardziej zaciekawiło mnie opowiadanie ukazujące szkolne lata Rose. Dziewczynka uczyła się w strasznej szkole, w której przemoc, narkotyki i seks były na porządku dziennym. Nauczycielka zupełnie nie interesowała się tym, czy któremuś dziecku nie dzieje się krzywda, nie starała się też przekazać uczniom wiedzy.

Książka jest ładnie napisana, można się zachwycać językiem, umiejętnością ukazywania detali i przelotnych wrażeń. Jednak czytając, miałam czasami wrażenie, że o niektórych wydarzeniach Munro rozpisała się zbyt szczegółowo, inne zaś potraktowała bardzo niefrasobliwie. W jednym z opowiadań widzimy bohaterkę na oddziale położniczym. Spodziewałam się, że dowiem się czegoś o noworodku i o uczuciach świeżo upieczonej mamy, tymczasem kanadyjska autorka pominęła temat macierzyństwa i zamieściła szczegółowy opis bohaterki rozmawiającej z inną pacjentką i rodzącej się pomiędzy kobietami przyjaźni. Czytając ten rozdział, czułam się rozczarowana.

A na koniec dodam, że akcja „Za kogo ty się uważasz?” dzieje się w Kanadzie i że książka została wydana po raz pierwszy w roku 1978. Na polskim rynku wydawniczym ukazała się dopiero w roku 2012.

Moja ocena: 5/6.

---
Munro Alice, „Za kogo ty się uważasz?”, („Who Do You Think You Are?”), tł. Elżbieta Zychowicz, WAB, 2012.

11.01.2013

„Wyjdź za mnie” John Updike






„Czarownice z Eastwick” tak mnie rozczarowały, że miałam już nie sięgać po kolejne powieści Johna Updike'a, jednak skusiłam się jeszcze na „Wyjdź za mnie”. I nie żałuję. Treścią tej książki są dzieje romansu Sally i Jerry'ego. Zarówno Sally, jak i Jerry mają małżonków i dzieci. Już od początku powieści można podejrzewać, że ich miłość raczej nie ma szans na przetrwanie. Sally sądzi, że rola kochanki jest upokarzająca. Jerry nie wierzy w ich wspólną przyszłość i uważa, że ukrywanie się jest na dłuższą metę zbyt męczące, a biorąc rozwód, popełniłby wielki grzech (zdrada żony nie jest według niego grzechem). Ciekawa byłam, jak w tej sytuacji rozwinie się ich znajomość.

Akcja „Wyjdź za mnie” rozgrywa się w Ameryce lat sześćdziesiątych. Główni bohaterowie to nie tylko Sally i Jerry, ale także ich małżonkowie – Ruth i Richard. Nikt z nich nie wie, co to wierność, wszyscy miewali romanse, jednak dopiero teraz pod uwagę brany jest rozwód.

Najbardziej denerwował mnie Jerry. Mężczyzna ten wciąż czytuje dzieła teologów i przed każdym posiłkiem czuje się zmuszony do odmówienia modlitwy. Ale... ale kiedy jego mały synek ze złamanym obojczykiem próbuje odmawiać modlitwę razem z nim, Jerry wpada w niepohamowany gniew i wulgarnymi słowami wyzywa żonę, że źle wychowała dziecko. A nocą w zaciszu sypialni ten religijny mężczyzna mówi do żony: „Traktuję mego kutasa jak Chrystusa” (str. 126) oraz: „Mój członek jest dla mnie tym, czym Chrystus dla wszechświata” (str. 126).

Tego wydania
nie polecam!

W wypowiedzi bohaterów, szczególnie Jerry'ego, czasami wkrada się sztuczność. Jerry przemawia do Sally w tej sposób: „Jesteśmy jak modlitwa Pańska wypisana na ostrzu noża” (str. 42), „Zostałaś mi dana w niebie, a niebo nie chce, żebym cię miał” (str. 50), „Gdybym zniszczył swoją żonę i przebrnął przez krew moich dzieci” (str. 40).

Treść książki uważam za ciekawą. Natomiast język, jakim posłużył się Updike, nie zawsze mi się podobał. Gdzieniegdzie trafiają się zbyt kwieciste metafory, takie, w jakich lubowali się pisarze żyjący w dziewiętnastym wieku. Oto kilka przykładów: „poprzez kwiat cierpienia udowodniłaby, że żyje” (str. 121), „okryłaby się płaszczem powściągliwości” (str. 125), „jest rozbitkiem zagubionym na oceanie wiedzy” (str. 126). Ale może to wina tłumacza, bo w poprzednio czytanych książkach Updike'a nie zauważyłam tak kiczowatych ozdobników...

„Wyjdź za mnie” można polecić miłośnikom twórczości Updike'a oraz osobom zainteresowanym tematem trójkątów małżeńskich.

4/6.

---
Updike John, „Wyjdź za mnie” („Marry Me”), tł. Wojewoda Cecylia, In Focus, 1992.

09.01.2013

„Odruch serca” Toni Morrison


Odruch serca to moje pierwsze spotkanie z twórczością Toni Morrison. Spotkanie uważam za udane, książka bardzo mi się podobała. Akcja jej toczy się w Nowej Anglii w roku 1690. Głównymi bohaterkami są cztery kobiety, reprezentantki różnych ras i warstw społecznych, mieszkające dotychczas na farmie pod opieką Jacoba Vaarka. Farmer zmarł, a one zostały same ze świadomością, że nie mają żadnych praw, że mogą zostać napadnięte, uprowadzone i sprzedane. Bez męskiej opieki nie przetrwają, tym bardziej, że biała pani choruje na ospę, a dziewczyna o przezwisku Żałość jest w ciąży.

Główne bohaterki są ciekawie wykreowanymi postaciami. Biała pani (czyli Rebekka) pochodzi z Anglii. W domu traktowano ją niechętnie, jak niepotrzebną „gębę do wyżywienia”. Miała zaledwie 16 lat, gdy jej ojciec dowiedział się, że farmer zza oceanu poszukuje żony, i bez skrupułów wysłał córkę w podróż w nieznane. Podróż ta, odbywająca się w podłych warunkach, stała się dla biednej Rebekki przeżyciem bardzo traumatycznym. Dziewczyna uświadomiła sobie, że jako kobieta ma niewiele do powiedzenia i musi albo zostać prostytutką, albo zamieszkać z obcym mężczyzną na zabitej deskami farmie. Mąż na szczęście okazał się troskliwym, dobrym człowiekiem. Ale wszystkie dzieci Rebekki kolejno umierały, a ona stawała się coraz bardziej rozgoryczona i nieczuła na troski innych.

Florens to czarnoskóra niewolnica. Kiedyś Jacob odkupił ją od handlarza niewolników, licząc na to, że widok małej dziewczynki pocieszy żonę. Florens chowa w sercu żal do swojej matki, nie umiała zrozumieć, dlaczego matka tak ochoczo odesłała ją z plantacji pana D'Ortegi. Trzecia z bohaterek nazywa się Lina i jest Indianką. Jej rodzina zmarła podczas epidemii ospy. Linę wychowali prezbiterianie, a gdy miała 14 lat, została kupiona przez Jacoba. Zaradna i pracowita, szybko stała się osobą niezbędną na farmie. Czwarta bohaterka nosi przezwisko Żałość. Uchodzi za dziwaczkę, bo często mówi sama do siebie. Niestety, nie umie pracować i sprawić, by na farmie zaczęto ją doceniać. Dzieciństwo spędziła pływając po morzach i oceanach; na lądzie zamieszkała dopiero wtedy, gdy jej ojciec, kapitan statku, zginął.

Między tymi kobietami zachodzą bardzo skomplikowane relacje. Niewolnice są zazdrosne o względy białej pani, Żałość boi się Liny, Lina nie lubi Żałości, a zaborczo kocha Florens, z kolei Florens kocha kowala. Wszystkie kierują się namiętnościami i zdolne są do okrutnych czynów.

W Odruchu serca Toni Morrison zastosowała różne typy narracji. Narrator trzecioosobowy opisuje poczynania Jacoba, jego żony, Liny i Żałości, natomiast partie z punktu widzenia Florens oraz - na końcu książki - z punktu widzenia jej matki napisane są w pierwszej osobie. Autorka posługuje się językiem pięknym, ale w niektórych momentach nadmiernie poetyckim. W partiach, kiedy stosowana jest narracja pierwszoosobowa, język ten sprawia wrażenie nieco sztucznego. Niewykształcona niewolnica wypowiada na przykład takie oto słowa: Byłam negrita. Wszystko. Język, ubiór, bogowie, taniec, zwyczaje: ozdoby, pieśni - wszystko gotowało się na kolor mojej skóry (str. 222).

Moimi ulubionymi postaciami z tej powieści stały się Żałość i Jacob. Wzruszyła mnie samotność Żałości, natomiast Jacoba podziwiam za dobre serce i za to, że gardził bogactwem, które brało się z wyzysku innych ludzi. Odniosłam wrażenie, że w Odruchu serca bohaterowie męscy (z wyjątkiem pana D'Ortegi, bezwzględnego handlarza niewolników) są lepszymi ludźmi niż kobiety. Wątki, które najbardziej mnie zaciekawiły, to koszmarna podróż Rebekki przez ocean oraz opis epidemii ospy.

5/6.

---
Morrison Toni, Odruch serca, (A mercy), tł. Maria Olejniczak-Skarsgård, Albatros, 2009.

04.01.2013

„Powiedz, gdzie cię boli” Nick Trout

Książka Nicka Trouta pt. „Powiedz, gdzie cię boli” to prawdziwa gratka dla miłośników psów, kotów i innych czworonogów. Pełen pasji i miłości do zwierząt weterynarz opowiada w niej o swojej pracy w nowoczesnej Angell Animal Medical Center i o postępach chirurgii weterynaryjnej. Okazuje się, że w XXI wieku zwierzęta poddawane są chemioterapii, operacjom na otwartym sercu, przeszczepom nerek, wszczepia się im protezy stawu biodrowego oraz protezy kończyn, a także wykonuje zabiegi upiększające. 

Wśród pacjentów kliniki znaleźli się: urocza kotka Toto, która wypadła z siódmego piętra i złamała szczękę oraz łapki, berneńczyk Jacob z rakiem kości, Sage cierpiąca z powodu RSŻ, owczarek niemiecki o imieniu Baron, który z powodu nieokreślonej choroby ma problemy z poruszaniem się, i wiele innych zwierzaków. Niektórzy pacjenci w pełni wracają do zdrowia, niektórzy niestety nie. Zdarza się, że operacje nie pomagają, rozwijają się różne wtórne choroby, infekcje, kolejne organy odmawiają pracy, a bólu nie da się uśmierzyć. I wtedy nadchodzi czas, by właściciel odpowiedział sobie na pytanie: kolejny pobyt w klinice czy też uśpienie? Dr Nick Trout uważa, że niektórymi ludźmi domagającymi się wciąż nowych chemioterapii i operacji kieruje nie miłość do zwierzaka, lecz głupi upór i egoizm: 
Opieka nad kotem czy psem to zobowiązanie na całe życie. Podejmując się jej, zobowiązujemy się także chronić zwierzę przed cierpieniem czy dyskomfortem, a w niektórych przypadkach  niestety  możemy to osiągnąć jedynie przez eutanazję (str. 128).
Dr Nick Trout
Nick Trout porusza też takie tematy jak zwierzęca otyłość, sprawa ubezpieczeń i opłat za pobyt w klinice. Ludzie często pragną wyleczyć swoje ukochane zwierzątko za każdą cenę i jeżeli nie mają pieniędzy, sprzedają samochód, zaciągają pożyczki w banku.

Książka napisana jest w sposób bardzo ciekawy. Polecam! Moja ocena: 5/6.

---
Trout Nick, „Powiedz, gdzie cię boli”, („Tell Me Where It Hurts”), Wydawnictwo Literackie, 2010

02.01.2013

„Muzeum ciszy” Ogawa Yoko






„Muzeum ciszy” to powieść dosyć nietypowa jak na serię z miotłą, gdyż jej narratorem jest mężczyzna. Liczy on sobie około 30 lat i zajmuje się zakładaniem muzeów. W chwili, gdy zaczyna się akcja książki, narrator przyjeżdża do małego japońskiego miasteczka i otrzymuje nową posadę. Pracodawczyni, nazywana przez niego „staruchą”, to ekscentryczna właścicielka dużej posiadłości i zrujnowanego pałacu. Przez całe życie zbierała ona różnorakie pamiątki po zmarłych osobach i teraz chce otworzyć muzeum. Nie zależy jej na tym, by do muzeum przybywały tłumy odwiedzających, kieruje nią pasja, chęć ocalenia przedmiotów.

Akcja powieści zaczyna się w Dniu Ubijania Zająca (30 marca), a kończy zimą. Narrator o sobie mówi niewiele: gdzieś tam ma brata, jego mama nie żyje, a pamiątką po mamie są dzienniki Anny Frank. Nie dowiadujemy się, dlaczego ten trzydziestoletni mężczyzna się nie ożenił. Przebywszy do nowego miejsca, także nie szuka znajomości, wystarcza mu towarzystwo kilku osób związanych z tworzeniem muzeum. W wolnym czasie ogląda przez mikroskop różne obiekty, np. jądra, które odciął żywemu ślimakowi (muszę powiedzieć, że za znęcanie się nad zwierzętami przestałam pana kustosza lubić).

W „Muzeum ciszy” jest dużo japońskiego klimatu. Obchodzone są typowo japońskie święta, np. święto Płaczu. W pobliżu posiadłości „staruchy” znajduje się klasztor, w którym mieszkają mnisi zobowiązani do całkowitego milczenia. Chodzą boso, ubrani w futra bizonów. Wielu mieszkańców miasteczka ma dziwnie malutkie uszy - okazuje się, że dobrowolnie poddali się operacji odcięcia małżowiny usznej.

„Muzeum ciszy” to jedna z tych powieści, które z opisu wydają się niezbyt ciekawe. Zanim zaczęłam czytać, długo spoglądałam na notę wydawcy i wahałam się. Pozyskiwanie eksponatów, kolekcje pamiątek... Czy to może mnie zainteresować? A jednak! Książka wydała mi się pasjonująca, nie mogłam się od niej oderwać. Podobał mi się styl pisania Ogawy, niepokojący nastrój tej powieści, niedomówienia, tajemnice i postacie. Jedyny element, który trochę mnie raził, to wątek kryminalny. Czy na pewno był potrzebny?

A na koniec dodam, że cieszę się, że „Muzeum ciszy” nie jest książką opartą na faktach. Nie chciałabym, by naprawdę powstało muzeum, w którym pokazuje się przedmioty tak intymne jak krążek domaciczny czy inne tego typu. Założycielka wprawdzie ocala zmarłych od zapomnienia, ale  jednocześnie odziera ich z prywatności, z tego, co bardzo często chcieliby ukryć...

Moja ocena: 5/6.

---
Ogawa Yoko, „Muzeum ciszy” („Chinmoku Hakubutsukan”), tł. Anna Horikoshi, W.A.B., 2012.