30.06.2013

„Ostateczne wyjście” Derek Humphry - czyli w jaki sposób odebrać sobie życie


„Ostateczne wyjście” to bardzo nietypowy poradnik. Nie powinien trafić w ręce nastolatków oraz osób chorych na depresję. Derek Humphry napisał go dla nieuleczalnie chorych pragnących popełnić samobójstwo oraz dla rodzin tych chorych. Szczegółowo omówił różne sposoby odebrania sobie życia. Niektóre są mało bolesne i skuteczne, a inne nie. Nieskuteczne to np. picie ługu i łykanie tabletek dostępnych bez recepty. Z kolei samobójstwo z użyciem cyjanku potasu jest bardzo bolesne.

W poradniku znajduje się wzór listu, jaki powinna napisać osoba pragnąca się zabić, oraz tabela leków, których przedawkowanie powoduje śmierć. Humphry pisze też o tym, w jaki sposób osoba pomagająca komuś w popełnieniu samobójstwa może uniknąć problemów prawnych. Uważa, że o planowanym samobójstwie trzeba powiedzieć bliskim osobom, gdyż być może będą one chciały przy nim asystować (asystować, ale nie pomagać!).

Autor „Ostatecznego wyjścia” uważa, że prawo zakazujące pomocy w samobójstwie jest prawem zbrodniczym i okrutnym. Wie, że niejeden lekarz potajemnie pomaga pacjentom błagającym o eutanazję, ale nie przyznaje się do tego z obawy przed problemami prawnymi, utratą pracy, potępieniem i napaściami przeciwników eutanazji, z których wielu nie rozumie nawet, czym eutanazja różni się od zabójstwa.

Derek Humphry przez wiele lat był dyrektorem Hemlock Socjety, czyli stowarzyszenia popierającego prawo do śmierci. Temat eutanazji zna z własnego doświadczenia, gdyż w roku 1975 pomógł umrzeć swojej chorej na raka kości żonie. Jean błagała go o wyzwolenie od cierpień, nie miała z życia żadnej radości, nic, tylko ból. W roku 1978 Humphry wydał książkę, w której opisał własny udział w śmierci żony. Książka wywołała wielkie kontrowersje. Autor stał się celem ataków przeciwników eutanazji oraz osobą, na której pomoc zaczęło liczyć wielu cierpiących nieszczęśników.

---
Derek Humphry, „Ostateczne wyjście: praktyczne rady dla śmiertelnie chorych, jak samodzielnie lub z cudzą pomocą popełnić samobójstwo” („Final Exit”), Stamari, 1993.

25.06.2013

„Eugenia Grandet” Honoriusz Balzac


Eugenia Grandet nie miała łatwego życia. Była córką największego bogacza w okolicy, ale odżywiała się gorzej niż dzieci dzierżawców. Nie miała wygodnych butów ani ciepłych ubrań. Zimą marzła w nieogrzewanym domu i ciągle musiała łatać ojcowską bieliznę. Biedactwo nie buntowało się... do czasu.

Pewnego dnia do ich domu przybył kuzyn Karol z Paryża, wychowany zupełnie inaczej niż Eugenia: rozpieszczano go, przyzwyczajano do zbytku. Eugenia zakochała się w nim i z potulnej, zahukanej istotki zaczęła zmieniać się w kobietę odważną, upartą, zdolną nawet do tego, by przeciwstawić się ojcu. Wiele ryzykowała, bo na początku dziewiętnastego wieku nieposłuszne dziewczęta mogły zostać wydziedziczone i odesłane do klasztoru. A jednak Eugenia nie zlękła się, dla miłości gotowa była podjąć ogromne ryzyko.

W tej niedługiej i ciekawej powieści Balzac pokazał wielką odwagę, ale też wielkie skąpstwo. Stary Grandet to postać przerażająca. Pogardza ludźmi, którzy pozwolili się okraść i którzy zbankrutowali. Jego namiętnością są pieniądze. Zdobywa je w wyniku spekulacji, poza tym fanatycznie oszczędza. W jego domu nie wolno palić świec, nosić ładnych ubrań, jeść do syta, używać cukru.

„Eugenię Grandet” czyta się o wiele łatwiej niż inne utwory Balzaka, gdyż znajduje się w niej wiele scen nakreślonych z lekkością i humorem. Jeden z najciekawszych i najzabawniejszych fragmentów to opis śniadania Karola. Karol nie rozumie, dlaczego kobiety karmią go w tajemnicy, nie wie, że jajko, którym go częstują, podarował im przejęty litością dzierżawca. Zabawna jest też scena, kiedy służąca Nanon pomaga Karolowi przygotować się do snu. Widząc wykwintny szlafrok gościa, Nanon krzyczy: „Panno święta, co to by był za piękny przód do ołtarza w parafii!” oraz: „Och, jaki pan w tym ładniuśki. Zawołam panienkę, żeby pana zobaczyła”.

Nawet stary Grandet ze swoim skąpstwem pokazany został nie tylko jako człowiek straszny, ale też śmieszny. Jego śmieszność widać na przykład wtedy, gdy nie chce pożyczyć gościowi przyrządu do nagrzewania pościeli, rzekomo dlatego, że nagrzewanie pościeli odpowiednie jest tylko dla kobiet w połogu.

W „Eugenii Grandet” znajduje się wiele celnych uwag, świadczących o tym, że Balzac był dobrym psychologiem. Warto zastanowić się nad takimi choćby słowami: „Okropna dola człowieka! Nie ma dla niego szczęścia, które by nie płynęło z jakiejś niewiedzy”. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem trafność tej uwagi.

---
Honoriusz Balzac, „Eugenia Grandet”, tł. Tadeusz Boy-Żeleński, Książka i Wiedza, 1987.

20.06.2013

„Rycerze i zakonnice” Iris Murdoch


Akcja „Rycerzy i zakonnic” toczy się pod koniec lat siedemdziesiątych w Londynie oraz w okolicach Prowansji. Główna bohaterka to Gertrude, pogrążona w żałobie zamożna wdowa w średnim wieku. Wokół niej skupia się grono przyjaciół, spośród których najważniejszą rolę w powieści odegrają Tim Reede, Anna oraz Polak nazywany Hrabią.

Hrabiego autorka wyposażyła w szereg zalet. To człowiek kryształowo uczciwy, szlachetny, zachowujący się zawsze po rycersku. Wciąż rozmyśla o przeszłości Polski i o tym, że Polska jest mesjaszem narodów. W jego wypowiedziach często pojawia się patos. „Jestem wcieleniem polskiego narodu” - mówi o sobie. W miłości Hrabia jest bardzo romantyczny, kocha od lat tę samą kobietę, ale nie umie wyznać jej swoich uczuć i o nią walczyć.

Anna po piętnastu latach pobytu w klasztorze wyszła „na wolność” i zamieszkała u Gertrudy, by ją podtrzymywać na duchu. Była zakonnica pragnie zachowywać się jak dobry samarytanin i wciąż rozmyśla o Chrystusie.

Tim to przystojny młodzieniec, który nie umie zarabiać pieniędzy. Ponieważ jego wieloletniej partnerce życiowej Daisy również nie chce się pracować, żyją tylko z zasiłku. Stać ich na wino oraz na przesiadywanie w barze, ale nie mają za co kupić jedzenia, Tim okrada więc swoich bogatych znajomych. W końcu ulega namowom Daisy i decyduje się poprosić Gertrude o pomoc finansową.

Najwięcej miejsca w „Rycerzach i zakonnicach” zajmują opisy perypetii miłosnych. Prawie każdy jest zakochany, nawet wdowa i była zakonnica. Zakochani bohaterowie przeżywają męki zazdrości, często czują się odrzuceni, oszukiwani, boją się też, że zostaną potępieni.

„Rycerze i zakonnice” to powieść przydługa, nudna i nieprzekonująca. Rozterki i przemyślenia bohaterów Iris Murdoch przedstawiła w sposób nadmiernie drobiazgowy. Bohaterowie są albo bezbarwni, albo denerwujący. Tim, młody mężczyzna okradający kobietę, której mąż umiera, budzi wręcz wstręt. Polak sprawia wrażenie postaci papierowej. Wiele fragmentów wzbudziło we mnie wątpliwości. Dlaczego Hrabia, poszukując w literaturze wątków polskich, wciąż sięga po Conrada, a nigdy po książkę kogoś, kto pisał o Polsce? Na pewno w londyńskich księgarniach coś by się znalazło. Dlaczego wrażliwa Anna lubi Daisy, która potraktowała ją bardzo brutalnie i wyrzuciła za drzwi? Dlaczego krewni zmarłego męża Gertrudy nie mają nic przeciwko temu, że wdowa tak szybko się zakochała?

Zachwyciły mnie tylko sceny umiejscowione w Prowansji, opisy samotnych wędrówek Tima po winnicach i zmagań z żywiołem.

3/6.

---
Iris Murdoch, „Rycerze i zakonnice” (oryg. „Nuns and Soldiers”), tł. Anna Jeleniewska, Zysk i S-ka, 1996.

18.06.2013

„Ludzie Julya” Nadine Gordimer


Południowa Afryka, rok 1980. Maureen i Bam Smalesowie z trojgiem małych dzieci mieszkali w Soweto. Kiedy wybuchła wojna domowa, odwlekali wyjazd z miasta, aż w końcu zaczęto bombardować lotniska i ucieczka stała się niemożliwa. I wtedy July, który od piętnastu lat pracował u nich jako służący, zaproponował, że ukryje ich w swojej rodzinnej wiosce. Małżonkowie z radością przystali na ten plan i po trudnej podróży przez busz trafili do bardzo prymitywnej osady, której jeszcze nigdy nie odwiedził biały człowiek. 

Każdy ze Smalesów w inny sposób zachowuje się w nowych warunkach. Dzieci przystosowują się najłatwiej. Zaczynają biegać po murzyńskich chatkach, pić wodę z rzeki, usamodzielniają się i uodparniają na zarazki. Bam nie chce zbyt wiele rozmyślać o ich położeniu, woli zająć się czymś praktycznym, np. budowaniem zbiornika na wodę. Natomiast Maureen nie umie się uspokoić. Wciąż rozważa, czy na pewno ich rodzina jest bezpieczna wśród „ludzi Julya”. Zastanawia się, dlaczego właściwie July uciekł z Soweto, dlaczego nie zainteresował się losami swojej wieloletniej partnerki Ellen i nie dołączył do swoich braci walczących o zlikwidowanie apartheidu.

July to najbardziej niejednoznaczna i intrygująca postać książki. Na mnie sprawił on wrażenie człowieka, który nawet w tak osobliwych warunkach, w jakich się znalazł, pragnie usługiwać swoim dawnym pracodawcom, a za usługi żąda zapłaty. Kiedy Maureen chce sama zająć się szykowaniem strawy, on reaguje irytacją. Zdobycie samochodu i pieniędzy interesuje go bardziej niż walka o równość. Może to dlatego, że w pracy u białych nie było mu źle. Smalesowie dobrze go traktowali, dawali prezenty, wolne dni i pozwalali, by do swego pokoju przyprowadzał kolegów oraz kobiety. A może to po prostu typ człowieka, który myśli tylko o sobie i wojnę postrzega jako okazję do wzbogacenia się. 

Nie tylko Bam i Maureen mają okazję poznać Julya od innej strony. Również Martha, jego żona, po raz pierwszy przebywa z nim tak długo. Dotychczas mąż przyjeżdżał co dwa lata, przywoził pieniądze i rzeczy, po czym szybko wracał do miasta. Martha nie ma chęci przyjaźnić się z białymi, uważa, że ukrywając uciekinierów, July naraża się na niebezpieczeństwo.

Ze zdziwieniem zauważyłam, że powieść Nadine Gordimer jest źle oceniana na blogach książkowych, że uchodzi za chaotycznie napisaną i niezrozumiałą. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, co w niej trudnego i chaotycznego. Według mnie to wartościowa, przemyślana powieść. Autorka nakreśliła niejednoznacznych bohaterów, mocno rozwinęła warstwę psychologiczną książki. „Ludzi Julya” polecić mogę szczególnie tym osobom, które lubią chłodny typ narracji, otwarte zakończenia, afrykańskie klimaty i interesują się historią RPA.

5/6.

---
Gordimer Nadine, „Ludzie Julya” (oryg. ang. „July's People”), tłum. Żukowski Dariusz, Wydawnictwo M, 2013.

11.06.2013

„Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły” - praca zbiorowa






„Aniołkowe mamy” to bardzo smutna książka. Jej głównym tematem są uczucia matek, które poroniły lub straciły dziecko wkrótce po porodzie. Często ludzie nie rozumieją, jak wielki ból przeżywają takie matki, i mówią, że rozpaczanie po dziecku żyjącym tylko kilka dni to przesada, że nie można czuć żałoby po kimś nienarodzonym, bo „to jeszcze nie było dziecko”.

„Moja rodzina, zwłaszcza moja mama, odmówiła mi prawa do żałoby. Nie wolno mi było na ten temat mówić, a nawet być smutną. To może brzmi nieprawdopodobnie, ale tak było. Wszystkie uczucia musiałam ukrywać i tłamsić w sobie”[1] - napisała mama chłopczyka, który żył tylko przez miesiąc.

Kobieta, która straciła dziecko, często traktowana jest bezdusznie. Zdarza się, że lekarze nie mówią matce o beznadziejnym stanie noworodka i nie pozwalają jej pożegnać się z dzieckiem. Kobiety, których dzieci zmarły podczas porodu, kładzione są na jednej sali razem z innymi matkami. Nikt nie myśli o tym, jaki ból czuje osierocona matka na widok szczęśliwszych od niej kobiet i że słuchanie płaczu noworodków to dla niej tortura.

W Polsce nie wolno usuwać ciąży, żywy embrion od początku uważany jest za osobę. Ale kiedy ten embrion obumrze, traktuje się go jak odpad medyczny. Bywa tak, że kiedy nieszczęsna matka po poronieniu wraca do domu i chce urządzić pogrzeb dziecka, okazuje się, że nie będzie pogrzebu i nie będzie mogiłki, bo ciałko maleństwa zostało poddane utylizacji. I potem ta matka chodzi po cmentarzu, spogląda na malutkie groby, lecz na żadnym z nich nie widnieje nazwisko jej dziecka. „Brakuje mi miejsca, gdzie mogłabym Was odwiedzać, przynieść kwiatki, zapalić świeczuszkę”[2] - pisze jedna ze zrozpaczonych bohaterek książki.

Książka podzielona jest na dwie części. Część pierwsza to takie pisane od serca, przejmujące zwierzenia czterech nieszczęsnych mam. Przy czytaniu tych partii tekstu wrażliwsze osoby mogą się popłakać. Część druga (około 70 stron) to wypowiedzi ekspertów, czyli pani doktor, pani psycholog i księdza. Mówią oni o tym, czym jest poronienie, jak zorganizować pogrzeb dziecka, etc.

Jedna tylko rzecz denerwowała mnie w „Aniołkowych mamach”. Otóż na zamieszczonych w książce fotografiach pani psycholog Bernadetta Janusz i pani doktor Ewa Ślizień-Kuczapska uśmiechają się promiennie. Wygląda to bardzo dziwnie i niestosownie, bo przecież mowa jest o tragicznych sprawach.

„Aniolkowe mamy” to książka bardzo potrzebna, warta polecenia zarówno dla kobiet, które straciły dzieci, jak i osób, które nie zetknęły się z takimi matkami (choć może zresztą stykają się codziennie, lecz o tym nie wiedzą, bo matki utraconych dzieci w obawie przed niezrozumieniem wolą pisać blogi i szukać wirtualnych przyjaźni).

---
[1] „Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły. Porady ekspertów”, praca zbiorowa, Wydawnictwo M, 2009, str. 153.
[2] Tamże, str. 63.

06.06.2013

„Gniazdo Białozora” Maria Rodziewiczówna

Jakiś czas temu Ela z bloga Notes czytelniczy” zachęcała do czytania książek Marii Rodziewiczówny. Jako miłośniczka wszelkich staroci postanowiłam wziąć udział w tym wyzwaniu i poznać przynajmniej jedną powieść autorki. Wybrałam „Gniazdo Białozora”.

Książka nie jest gruba. Akcja jej toczy się pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku (jeden z bohaterów wspomina, że niedawno wydano „Wielkich i małych” Kossak-Szczuckiej, więc musiało to być po roku 1927).

Główni bohaterowie to szofer Stefan Sawicki oraz mieszkańcy dworu Białozora: gospodarz, jego pracowite dzieci, brat Michał, Kajetan i Ludmiła - pozbawieni majątku dalecy krewni oraz „kostopraw” Michał. Choć dwór ucierpiał po najściach bolszewików i Niemców, a nowy rząd nałożył na obszarników bardzo wysokie podatki i rozmaite opłaty, Białozor serdecznie przygarnia różnych potrzebujących i pomaga sąsiadom.

W „Gnieździe Białozora” Rodziewiczówna ukazała nastroje panujące na Polesiu po pierwszej wojnie światowej. Z książki wynika, że chłopom powodziło się lepiej niż ziemianom. „Nędza to my: nauczyciele, urzędniki, osadniki”[1] - mówi jeden z bohaterów. Ziemianie bali się chłopów, chłopi oczekiwali, że rząd odbierze panom ziemię. Wszystkie postacie narzekają na Polskę: „A toć w tym kraju nieszczęsnym ludzie jednej mowy i wiary nienawidzą się jak najgorsze wrogi”[2].

Dobrze odmalowane realia obyczajowe są największym atutem tej powieści. Słabsze punkty to niezbyt piękny język oraz nie zawsze wiarygodne sylwetki głównych bohaterów. Członkowie rodziny Białozora charakteryzują się kryształowymi charakterami. Podejrzewam, że w zamyśle autorki i Sawicki miał być postacią pozytywną, jednak ja uważam go za człowieka pełnego uprzedzeń i rasistę, który nienawidzi Murzynów, nazywa ich „smoluchami”[3], pogardza też chłopami i cieszy się, że urodził się jako syn inżyniera, a nie jako „cham”.

I jeszcze ciekawostka. W „Gnieździe Białozora” wiejski pedagog nosi nazwisko Kutas. Jaką uciechę miałaby współczesna młodzież, gdyby w szkole pojawił się nauczyciel o takim nazwisku!

Moja ocena: 3/6.

---
[1]. Maria Rodziewiczówna, „Gniazdo Białozora”, KAW, 1991, str. 28.
[2] Tamże, str. 77.
[3] Tamże, str. 113.

Wyzwanie Alfabet Rodziewiczówny.