31.12.2013

Susan Swan „Damy z Bath”

Na początku składam wszystkim najserdeczniejsze życzenia pomyślności, zdrowia i wielu ciekawych lektur. Szczęśliwego roku 2014! Nie chce mi się robić długich podsumowań. Napiszę tylko, że w roku 2013 przeczytałam wiele bardzo dobrych książek, wiele średnich i kilka słabych.

Tytuł gniota roku otrzymują Damy z Bath Susan Swan.

Trzynastoletnia Mary trafia na kanadyjską pensję dla panienek z dobrych domów. Powoli się aklimatyzuje, odkrywa, że wśród nauczycielek znajdują się lesbijki, a wśród uczennic – transseksualistka. Zakochuje się w Lewisie – chłopaku pracującym w ogrodzie, zaprzyjaźnia się z dziewczętami ze wspólnej sypialni. Wkrótce na terenie pensji zostaje popełniona zbrodnia... 

Mary jest dziewczynką nieśmiałą i nieładną, utyka, ma też zniekształcone ramię. Najbardziej interesuje się tajnikami męskiej anatomii. Podczas pobytu w domu wielokrotnie podglądała swojego ojca:
„Często zerkałam na niego, gdy rano szedł przez przedpokój bez spodni od piżamy, myśląc, że jeszcze śpię. Jego rozmiar przechodził moje najśmielsze przypuszczenia. Myślę, że jego penis określał pewien standard, do którego dążyć powinni wszyscy mężczyźni”[1] – wyznaje. 
Przez cały czas rozmyśla o tego typu sprawach, w dodatku prowadzi rozmowy ze swoim... ramieniem. Rozmowy wyglądają mniej więcej tak:
„Nigdy nie chciałam mieć penisa. Podobnie jak piersi i podrzędnej pozycji, jaka się z nimi wiąże. Trudno jest być kobietą. Złośliwość pana Boga.
– No cóż, penisy wydają się całkiem interesujące”[2]
– odpowiada ramię. 
Głupie? Głupie. Ci, którzy sięgną po „Damy z Bath”, licząc na pełną ciepła historię o pensjonarkach, bardzo się rozczarują. Autorka w nieudolny sposób poruszyła problemy transseksualizmu, zakazanej miłości i stereotypów na temat płci. W książce znajduje się wiele naiwnych, mało prawdopodobnych scen. Na początku otrzymujemy informację, że jedna z pensjonarek popełniła jakąś zbrodnię z użyciem skalpela. Przyznaję, że dobrnęłam do końca tej powieści tylko dlatego, by poznać przyczyny i szczegóły morderstwa. Wyjaśnienie okazało się tak nieprzekonujące, jakby powstało w wyobraźni nastolatka, a nie dorosłej kobiety. 

---
[1] Swan Susan, „Damy z Bath” („The Wives of Bath”), przeł. Szczepanowska Agata, C&T, 2003, str. 18.
[2] Tamże, str. 107.

30.12.2013

„Drugie życie” Jurij Trifonow


Grzebiąc na półce z literaturą rosyjską, znalazłam wydane w serii Nike Drugie życie Jurija Trifonowa. Okazało się, że to ciekawa książka, z akcją toczącą się w latach siedemdziesiątych w środowisku inteligencji moskiewskiej.

Olga, która od sześciu miesięcy jest wdową, wspomina czas spędzony z mężem i opowiada o swoim obecnym życiu. Teraz mieszka tylko z szesnastoletnią córką Irenką i ze świekrą, która do synowej odnosi się z nienawiścią. Obie kobiety bardzo cierpią po śmierci Siergieja, ale nie umieją się do siebie zbliżyć. Świekra uważa, że tylko ona ma prawo do żałoby. Olga snuje się nocami po mieszkaniu, płacze. Czuje niechęć do ludzi, którzy znali jej męża. Zastanawia się, dlaczego w ostatnim okresie swojego życia Siergiej był nieszczęśliwy. Z jej wspomnień wyłania się człowiek mało odporny psychicznie, zirytowany faktem, że nie może dokończyć pisania dysertacji na temat pracowników carskiej ochrany i że mniej zdolni koledzy z instytutu otrzymują stopnie naukowe. A i Olga wywierała na niego presję. Chciała, by starał się o skierowanie na zagraniczną wycieczkę; skierowania były tylko cztery, a pracowników instytutu dużo. Zmuszała go do podlizywania się kierownictwu, nie patrząc na to, że Siergiej czuł się niekomfortowo w takiej sytuacji, bo nie lubił obłudy i nadętych radzieckich biurokratów. 

Drugie życie to ciekawa, dobrze napisana powieść. Dużo w niej opisów uczuć wdowy, szczegółów obyczajowych, wnikliwych obserwacji na temat życia w Moskwie. Książka zachęciła mnie do tego, by kontynuować znajomość z Trifonowem.

---
Trifonow Jurij, Drugie życie (Другая жизнь), tł. Lasotowa Rozalia, Czytelnik, 1978.

28.12.2013

„Skazane na zagładę” Roman Hrabar


„Skazane na zagładę” to bardzo smutna książka. Roman Hrabar opowiedział w niej o macierzyństwie kobiet wywiezionych do Niemiec na przymusowe roboty oraz o śmierci niezliczonej ilości niemowląt. Władze III Rzeszy, które Niemki poddające się aborcji odsyłały do obozów koncentracyjnych, zupełnie inaczej odnosiły się do ciężarnych z krajów podbitych. Jedno z zaleceń:
„Mało wartościowy pod względem rasowym płód robotnic wschodnich i Polek powinien być, jeśli to tylko możliwe, usunięty. Wprawdzie zabieg przerwania ciąży może nastąpić jedynie za zgodą brzemiennej, zgodę tę jednak należy w każdym wypadku przeforsować”[1]. 
Kobiety poddawano przymusowym aborcjom, a jeżeli urodziły, rzadko udawało im się zatrzymać przy sobie dziecko. Noworodki odpowiadające kryteriom rasowym odbierano matkom, pozostałe trafiały do specjalnych zakładów nazywanych „żłobkami”, które w rzeczywistości były umieralniami. Niemowlęta ginęły w nich z nędzy i głodu. Oto kilka faktów o „żłobku” w Gantenwald w gminie Bühlerzell:
„Do zakładu dostarczano dziennie z pobliskich gospodarstw 20 litrów mleka. Niemowlęta otrzymywały tylko część tego mleka i to odciąganego. Ustalono, że większość zabierała nadzorczyni, Niemka, wylewając je do koryta dla dwóch świń, które hodowała”[2]. 
Jeden z rozdziałów nosi tytuł „Zakład położniczy w Brunszwiku”. Zakład ten mieścił się w dwóch barakach, w których panowały koszmarne warunki higieniczne. Wszy, pluskwy, niewyobrażalny brud. Brakowało pościeli, pieluszek, mleka. Matkom pozwalano odwiedzać dzieci tylko dwa razy w tygodniu. „Zmarłe noworodki umieszczano w łazience, gdzie leżały po kilka dni, a stamtąd zabierano je w kartonach od margaryny”[3]. 

Autor książki wątpi, czy kiedykolwiek uda się ustalić liczbę dzieci zagrabionych przez III Rzeszę i uśmierconych w „żłobkach”. Przetrwało niewiele dokumentów. W sprawie niektórych zakładów (np. w Velpke) nie prowadzono nawet dochodzeń. Niemcy starali się, by miejsca masowego pochówku niemowląt popadły w zapomnienie. Tablicę pamiątkową na cmentarzu w Gantenwald wmurowano dopiero w roku 1988! 

W „Skazanych na zagładę” znajduje się dużo dat i nazw miejscowości. Autor zamieścił informacje o wielu ośrodkach, m.in. w Gantenwald, w Laberweiting, w Velpke, w Wolfsburgu, w Rühen, w Pile i Stargardzie. Najwięcej materiału dowodowego udało się zgromadzić o zakładzie w Brunszwiku. Na końcu książki zamieszczone są zdjęcia aktów zgonów noworodków oraz plan cmentarza w Gantenwald w gminie Bühlerzell. 

Hrabar napisał też o dzieciach, które ocalały i szukają swoich korzeni.

---
[1] Hrabar Roman, „Skazane na zagładę: praca niewolnicza kobiet polskich w III Rzeszy i los ich dzieci”, Śląsk, 1989, str. 71.
[2] Tamże, str. 117. 
[3] Tamże, str. 96.

27.12.2013

„Ślady krwi” Jan Polkowski




Bohaterem „Śladów krwi” Jana Polkowskiego jest Henryk Harsynowicz. Cóż to za człowiek? To emigrant z Polski, mieszkający od 1983 roku w Kanadzie. Skłonny do mizantropii, trochę dziwak. Wciąż rozmyśla o powrocie do Polski, ale wybiera się do niej jak sójka za morze. Aż pewnego dnia dowiaduje się, że zmarł jego ojciec (dawniej oficer SB, potem biznesmen). Jako jedyny syn Henryk musi uporządkować sprawy spadkowe, z konieczności wraca więc do kraju. Przejmuje spadek, stara się wyrobić polskie dokumenty, a przy okazji odkrywa tajemnice z przeszłości swoich przodków.

Długo czytałam tę powieść. Jakoś nie umiałam się nią zachwycać tak jak inne blogerki. Zastanawiałam się, gdzie te odkrywcze prawdy o Polsce, gdzie ten poetycki język? W powieści znajduje się wiele fragmentów napisanych w sposób, który bardzo męczy czytelnika. Jan Polkowski ma skłonność do wielosłowia, do wbijania w zdania nadmiaru przydawek i do tworzenia dziwacznych metafor. Spójrzmy, jak opisuje żonę bohatera:

Lśniąca żona, pokryta pełgającym ogniem, wielokolorowa, chociaż czarno-biała, wielosmakowa, chociaż gorzkawo-słona[1]. 

A to inny fragment:

Ze wszystkich sił: estetycznych, fizjologicznych, psychicznych, intelektualnych, kosmicznych i nieokreślonych, niepostrzeżenie, wyrafinowanie, delikatnie, dyskretnie i przemyślnie wabiły samców[2].

Wypowiedzi niektórych bohaterów brzmiały sztucznie, tak jakby osoby te nie rozmawiały, lecz odczytywały z kartki wymyślny tekst. Wicherki na głowie porusza im wiatr historii i kuszący los. Chyba że posmarowali włosy żelem pierworodnej klęski[3] – tak w prywatnej rozmowie mówi jedna z postaci do Henryka. 

Niektóre sceny ukazujące absurdalność życia w Polsce są przejaskrawione. U Polkowskiego w Urzędzie Stanu Cywilnego petentów przyjmuje urzędniczka... bez majtek. Wiem, prześwituje, ale pan kierownik nie lubi, jak się nosi majtki[4] – wyjaśnia interesantom. Na biurku kierownika tego urzędu leży koronkowy biustonosz. Kiedy wszedł klient, kierownik ni stąd, ni zowąd rozpoczął długą przemowę na temat sytuacji Polski, a bieliznę schował dopiero wtedy, gdy wygłosił swoją perorę. 

Nie przekonał mnie też opis rozprawy sądowej. Dlaczego sędzina wygłasza uwagi w stylu: Żadnej godności w tych Polakach[5]? Dlaczego nie umie poprawnie posługiwać się polskim językiem? Co oskarżony pił przed wsiąściem, zanim oskarżony wsiadł do auta w stanie nietrzeźwym z powodu, że tak powiem, prawda...[6] – oto przykład wypowiedzi pani sędziny.

Podsumowując, napiszę, że „Ślady krwi” Polkowskiego to powieść przeciętna. Przeczytać można, ale nie trzeba oczekiwać literackiej uczty.

---
[1] Polkowski Jan, „Ślady krwi”, Wydawnictwo M, 2013, str. 223.
[2] Tamże, str. 153.
[3] Tamże, str. 182.
[4] Tamże, str. 136.
[5] Tamże, str. 129.
[6] Tamże, str. 127.

14.12.2013

„Koń Pana Boga” Wilhelm Dichter


„Koń Pana Boga” to wspomnienia Żyda, który jako dziecko przeszedł gehennę. Podczas wojny musiał przez wiele dni leżeć pod łóżkiem albo przebywać w różnych ciasnych kryjówkach, na przykład w studni. Utracił wtedy umiejętność chodzenia. Nauczył się bać ludzi; szczególnie wielki lęk czuł wobec polskich dzieci, które nie miały litości dla „Żydka”. 

Obok epizodów z czasów wojny książka zawiera też wspomnienia z lat powojennych, kiedy to warunki bytowe rodziny narratora bardzo się poprawiły. Wilhelm już nie marzył o zupie i chlebie. Otrzymywał do szkoły kanapki z szynką, podczas gdy polskie dzieci jadły byle co albo w ogóle nic. Chodził w szynelu i w rękawiczkach, wyróżniając się z gromady nędznie ubranych uczniów. Zapewne nie tylko z powodu antysemityzmu polskie dzieci mu dokuczały; w grę musiała też wchodzić zwyczajna zazdrość. 

Matka małego Wilhelma sprawia wrażenie osoby trochę bezwzględnej i zachłannej. W czasach, gdy ludzie głodowali, ona umiała zdobyć różne dobra, niedostępne dla innych. Bardzo starannie wybierała kandydata na drugiego męża. Zdecydowała się na komunistę Michała, bo był dyrektorem rafinerii. Dając synowi kanapki do szkoły, przestrzegała go, by nikogo nie częstował. Bywała brutalna, szczególnie wtedy, gdy syn nie chciał jeść - potrafiła rzucić mu na głowę potrawę z patelni. Swojego ojca Wilhelm wspomina bardzo dobrze. Był to łagodny mężczyzna, chory na gruźlicę. Przebywając w kryjówce, najbardziej martwił się tym, co rodzina zrobi z jego ciałem, kiedy on umrze. 

Fabuła jest bardzo ciekawa, ale nie tylko ona stanowi o wartości książki. Na uwagę zasługuje też styl pisarski Dichtera. To styl powściągliwy, chłodny, beznamiętny. Zdania są krótkie. Narrator opisuje to, co widział i słyszał, nie pozwala sobie na dygresje, na wyrażanie uczuć i na skargi. Nie dziwi się niczemu, nie komentuje wydarzeń, nie osądza czynów innych ludzi.

„Koń Pana Boga” to debiutancka powieść Wilhelma Dichtera. Autor opublikował ją dopiero wtedy, gdy miał 60 lat.

Moja ocena: 5/6.

---
Dichter Wilhelm, „Koń Pana Boga”, Znak, 1996.

12.12.2013

„Tysiąc dróg stoi otworem” Julien Green




Z twórczością Juliena Greena zetknęłam się już wcześniej – zauroczyła mnie posępna „Adrianna Mesurat”, czytałam też jego „Dziennik”. A teraz poznałam autobiograficzne „Tysiąc dróg stoi otworem”. W książce tej Green wspomina swoją młodość, okres, kiedy to w roku 1917 zgłosił się do służby wojskowej i jako kierowca ambulansu woził rannych z linii frontu do szpitala. Opowieść kończy się opisem podróży do Ameryki w roku 1919. 

Choć pamiętnik opisuje lata wojenne, trudno znaleźć w nim wzmianki o okropieństwach i opisy pokaleczonych ciał. Green był zdecydowanym przeciwnikiem wojny i współczuł ofiarom, jednak miesiące spędzone na froncie stały się dla niego przede wszystkim okresem analizowania własnego charakteru oraz odkrywania swojej seksualności. Znalazłszy się wśród młodych, przystojnych mężczyzn, którzy opowiadali o licznych podbojach, przyszły pisarz w dotkliwy sposób zaczął odczuwać własną nieporadność i brak doświadczeń erotycznych, tym bardziej, że pochodził z Paryża – miasta, które inni żołnierze i oficerowie uważali za siedlisko rozpusty.

Greena można podziwiać za odwagę. W pamiętniku opisał sprawy wstydliwe, takie, które ktoś inny próbowałby ukryć. Przyznał się więc do tego, że potrafił przez długi czas oglądać się w lustrze, że fascynowały go męskie ciała i twarze. Na końcu książki znajduje się bardzo zabawna historia z butem, która dowodzi, że Julien Green nie traktował swojej osoby śmiertelnie poważnie i potrafił sam z siebie kpić.

Z pamiętnika można wysnuć wniosek, że Green uważany był przez innych za człowieka poważnego i nietowarzyskiego. Miał bardzo gwałtowną naturę. Kochał książki, wydawał na nie cały żołd. Po sposobie, w jaki opisywał wygląd chłopców, łatwo można odgadnąć, że podobali mu się mężczyźni: „Zgasiwszy światło, przez moment stałem boso w ciemności i nagle poczułem pokusę, by podbiec do łóżka aspiranta”[1]. Takich fragmentów jest jeszcze kilka. 

Tak wyglądał Julien Green
Wspominając swoją młodość, Green potrafił przyznać, że wielu wydarzeń nie pamięta. Nie starał się załatać białych plam:

„Przechowałem z młodości jedynie oddzielne fragmenty, które nie zawsze umiem poszczepiać ze sobą. Nie prowadziłem dziennika. Umknęło mi wiele rzeczy, z wyjątkiem tych – mam nadzieję - które były naprawdę ważne. Ale któż mi zaręczy, że ważne nie jest właśnie to, co skryło się przede mną?”[2].

„Tysiąc dróg otworem” mogę polecić miłośnikom twórczości Julien Greena oraz osobom lubiącym analizy uczuć. 

---
[1] Julien Green, „Tysiąc dróg stoi otworem”, („Mille chemins ouverts”), tł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Literackie, 1985, str. 140.
[2] Tamże, str. 40.

11.12.2013

„Królowa śniegu” Andersena oraz „Daleki rejs” Onichimowskiej

Co najbardziej kojarzy nam się z zimą? Śnieg. Święta. Prezenty. „Dziewczynka z zapałkami” i „Królowa śniegu”. Pierwsza baśń jest przeraźliwie smutna, druga - o wiele pogodniejsza, można czytać ją dzieciom bez obawy, że wpadną w przygnębienie. Bo choć w baśni wiele się dzieje i bohaterowie przeżywają niebezpieczne przygody, wszystko dobrze się kończy. Kay i Gerda wracają bezpiecznie do domu.

Ilustracje do „Królowej śniegu” sporządził Vladyslav Yerko. To ładne ilustracje, nastrojowe, pełne szczegółów. Na jednym obrazku widzimy np. starodawny pokój, Kaya i Gerdę siedzących przy okienku, ziewającego kocura i myszkę czytającą gazetę. Okładka przedstawia twarze Królowej Śniegu i Kaya. Na końcu książki zobaczymy stare miasto, kamienice, ludzi z choinkami.

Jedna z ilustracji, przedstawiająca Królową Śniegu porywającą Kaya
Z „Królową śniegu” samodzielnie uporają się tylko te dzieci, które bardzo dobrze opanowały sztukę czytania i którym nie będzie przeszkadzał drobny druk oraz duża ilość tekstu na niektórych stronach. Lepiej będzie, jeśli tę książkę poczytają dzieciom rodzice. 

„Królową śniegu” przełożył Franciszek Mirandola - tłumacz i pisarz z okresu Młodej Polski. Książka liczy 32 strony. Zaopatrzona jest w twarde, trudne do zniszczenia okładki. Nadaje się na prezent. 

---
Andersen Christian Hans, „Królowa śniegu”, tł. Mirandola Franciszek, Wydawnictwo M, 2012. 


A przy okazji kilka słów o innej książce dla dzieci. „Daleki rejs” Anny Onichimowskiej to propozycja dla uczniów starszych klas szkoły podstawowej. Narratorem jest Paweł, który opowiada o swojej mamie, o młodszym bracie Kubie, o tęsknocie za nieobecnym ojcem i o tajemniczym Dżejmsie. Narrator nie lubi Kuby, bo ten jest otyły i nosi okulary. 

Trudno określić dokładny wiek chłopców i czas akcji. Mogą to być lata dziewięćdziesiąte, gdyż w szkole stosowana jest już sześciopunktowa skala ocen, a o komputerach, komórkach i innych elektronicznych gadżetach nie ma żadnej wzmianki. Po ukończeniu lekcji bracia pomagają mamie lepić pierogi, chodzą na zakupy, czytają, rozmawiają o książkach. Lubią też pisać długie listy. 

Książka napisana jest językiem, jakim mogłoby posługiwać się dziecko. Mnie, dorosłej, książeczka podobała się, bo porusza tematy życia w rozbitej rodzinie, braku akceptacji, tęsknoty za przyjaźnią, ale moja córka miała inne zdanie. Już na samym początku znielubiła jednego z braci, bo przyniósł do domu dzikiego kota, który zjadł domowego chomika. A mała jest miłośniczką chomików, świnek morskich i tym podobnych sympatycznych gryzoni. Przez taki „drobiazg” straciła serce do książki i trzeba było ją zmuszać do czytania (zmuszać, ponieważ „Daleki rejs” to lektura szkolna).

---
Onichimowska Anna, „Daleki rejs”.

05.12.2013

„Po liściach palmowych i różach” Stig Claesson


Bardzo lubię literaturę obyczajową z krajów skandynawskich. Kilka dni temu w moje ręce wpadła króciutka książka szwedzkiego pisarza Stiga Claessona o tytule „Po liściach palmowych i różach”. Jest to bardzo niepokojąca, dziwna opowieść. Już z pierwszego zdania dowiadujemy się, że bohater postanowił zabić starą, schorowaną kobietę. Dlaczego?

Ten czterdziestoletni mężczyzna przybył do jednego ze szwedzkich domów, aby doręczyć zamówiony kiedyś sznur. W chatce zastał samotną sparaliżowaną staruszkę. Kobieta leżała w czystej pościeli, jej długie włosy były porządnie uczesane, najwyraźniej więc ktoś o nią dbał. Mężczyzna poczuł wielkie zdumienie, bo jeszcze nigdy w żadnym z domów nie widział niepełnosprawnego starego człowieka. Nie mógł pojąć, dlaczego ktoś traci czas na zajmowanie się staruszką, skoro w Szwecji powstało mnóstwo specjalistycznych ośrodków dla sparaliżowanych i „niepotrzebnych”. Poczuł też gniew. A sytuacja bezradnej staruszki stawała się coraz straszniejsza... 

28.11.2013

Zofia Posmysz „Wdowa i kochankowie” oraz apel w sprawie Stefanii Wilczyńskiej

Na początek mała prośba. Na pewno wiecie, kim była Stefania Wilczyńska. To najbliższa współpracownica Korczaka, która swoje życie poświęciła osieroconym dzieciom. Powstał pomysł, aby jedną z ulic dawnego Getta Warszawskiego nazwać Jej imieniem. Głos można oddać na dwa sposoby : wysyłając maila ze swoim imieniem i nazwiskiem oraz słowem „POPIERAM” na adres: izrael.org.il@gmail.com lub podpisać się bezpośrednio pod apelem za pośrednictwem swojego konta na Facebooku. Dokładniejsze wiadomości znajdziecie na blogu http://legere-necesse-est.blogspot.com

A teraz kilka słów o ostatnio przeczytanej przeze mnie książce. Jej tytuł brzmi „Wdowa i kochankowie”, a autorką jest Zofia Posmysz – ta sama Zofia Posmysz, która napisała słynną „Pasażerkę” oraz wstrząsające „Wakacje nad Adriatykiem”. Tym razem nie sięgnęła po tematy oświęcimskie. Powieść utrzymana jest w wiejskich klimatach i przedstawia życie starzejącej się już pani Polci, którą wszyscy uważają za zakałę wsi.

26.11.2013

„Szaleństwo Almayera” Joseph Conrad


Almayer, bohater debiutanckiej powieści Conrada, to Holender mieszkający na wyspie Borneo. Ma ciemnoskórą żonę, piękną córkę Ninę i marzy o zdobyciu skarbu. Nigdy nie był w Europie. Okoliczni Malaje i Arabowie uważają go za człowieka słabego, naiwnego i szalonego. Drwią z jego niepraktyczności i kłopotów finansowych. Śmieszy ich, że Almayer wybudował dom dla Anglików, którzy nigdy na Borneo nie przyjechali, i że boi się żony, która niszczy jego meble i nie chce spać w wybudowanym dla niej szałasie. W takich warunkach Almayer czuje się coraz bardziej osaczony i nieszczęśliwy. Ostatnią szansę na poprawę losu wiąże z Dainem, synem bogatego malajskiego wodza, który obiecał mu pomoc w wyprawie po legendarne złoto. Nie zauważa, że Dain i Nina zakochali się w sobie... 

Marzyciele zazwyczaj budzą sympatię, ale w przypadku Almayera nie do końca tak jest. Almayer cechuje się maniakalnym uporem. Ożenił się z Malajką tylko dlatego, że liczył na pieniądze jej opiekuna. Biorąc ślub, czuł wstyd i planował, że „uprzątnie” żonę. Sprzeciw budzi też jego zachowanie wobec córki. To prawda, że kochał ją i marzył o szczęściu dla niej, jednak nigdy nie pytał, co ona uważa za szczęście. Chciał, by Nina opuściła Borneo i poślubiła Europejczyka. Nie docierało do niego, że dziewczyna doznała od białych ludzi wielu upokorzeń i boi się spotkań z nimi. 

21.11.2013

„Nie mów noc” Oz Amos


„Nie mów noc” to krótka opowieść o parze kochanków, którzy mieszkają w Izraelu. Teo jest spokojnym sześćdziesięciolatkiem, po pracy lubi siedzieć w domu i słuchać muzyki poważnej. Młodsza o piętnaście lat Noa uczy literatury. Przypadek sprawił, że zaangażowała się w budowę ośrodka odwykowego dla narkomanów. Teo sceptycznie przygląda się działaniom partnerki, obawiając się, że wplącze się ona w coś nieprzyjemnego i straci czas, pieniądze oraz spokój. Przecież ani władze miasta, ani mieszkańcy nie chcą, by powstał ośrodek, a Noa nie odróżniłaby narkomana od człowieka zaspanego. Czy nie lepiej zająć się czymś innym?

15.11.2013

„Odpowiedni trup” Jorge Semprún


Tytuł tej książki może wprowadzić czytelników w błąd, ponieważ „Odpowiedni trup” to nie kryminał, ale powieść o obozie koncentracyjnym. Akcja toczy się zimą roku 1944 w Buchenwaldzie. Narrator to człowiek bardzo inteligentny i oczytany, a jednocześnie niewrażliwy i obojętny. Śmierć współwięźniów nie robiła na nim wrażenia, nie dostrzegał okrucieństw dziejących się dokoła niego. Pewnego razu leżał obok umierającego przyjaciela i snuł górnolotne myśli. Nie przyszło mu do głowy, by w jakiś sposób pomóc konającemu, na przykład podać mu trochę wody czy choćby zwilżyć usta...

Narrator ma 20 lat. Przed wojną mieszkał w Paryżu. W obozie przebywał od roku. Zdobył dobrą pracę w biurze kierującym siłą roboczą i zaprzyjaźnił się z „czerwonymi arystokratami Buchenwaldu”. Uważał, że więźniom najbardziej dokuczał brak intymności. Bardzo dbał o swój rozwój intelektualny. Chodził na obozowe koncerty, odwiedzał obozową bibliotekę, a nocami czytywał powieści Faulknera. Jednak jego ulubionym miejscem w obozie była nie biblioteka, lecz latryna. To tam, nie zwracając uwagi na więźniów z gołymi tyłkami, na nieprzyjemne odgłosy i zapachy, prowadził dyskusje filozoficzne z innymi intelektualistami.

Przyjaciele narratora w obozie urządzili się nadzwyczaj wygodnie. Zajęli najlepsze stanowiska, nie brakowało im niczego. Podczas gdy mniej ustosunkowani więźniowie konali z głodu, w szafkach tych obozowych arystokratów pleśniał chleb. Gardzili muzułmanami (skrajnie wyniszczonymi ludźmi, których tylko krok dzielił od śmierci głodowej) i raczej rzadko oddawali im nadmiar jedzenia.

W katalogach bibliotecznych powieści Jorge Semprúna określane są często jako autobiograficzne. To błąd. Autor przyznaje, że ubarwiał akcję książek i wprowadzał fikcyjne postacie. Kaminsky, który w „Odpowiednim trupie” pełnił dosyć ważną rolę, tak naprawdę nie istniał. 
„Wymyśliłem chłopaka z Seymour, żeby mi dotrzymywał towarzystwa w wagonie. W powieści odbyliśmy tę podróż razem, w ten sposób wymazałem moją rzeczywistą samotność. Po co pisać książki, jeśli się nie zmyśla prawdy? Albo - jeszcze lepiej - prawdopodobieństwa?”*
W książce znajduje się wiele różnorakich dygresji na temat filozofii i wierszy Rimbauda. Czekałam na wstrząsające opisy życia obozowego, ale się nie doczekałam. Czytając „Odpowiedniego trupa”, można odnieść wrażenie, że obóz hitlerowski był czymś w rodzaju sanatorium. Semprún napisał tę książkę w wiele lat po ukończeniu wojny. Dlaczego ją napisał? Nie mam pojęcia. Do literatury obozowej niczego nowego ona nie wnosi, jest nie tylko dziwna, ale i nudna. Nie polecam.

Moja ocena: 3/6.

---
*Semprún Jorge, „Odpowiedni trup” („Le mort qu'il faut”), tł. Ochab Maryna, Czytelnik, 2002, str. 118.

13.11.2013

„Wspomnienia oświęcimskie” Antonina Piątkowska

„Wspomnienia oświęcimskie” to mało znana, lecz warta uwagi relacja z pobytu w krakowskim więzieniu przy ul.Montelupich, a potem w Brzezince. W zwięzły, a zarazem rzeczowy sposób Antonina Piątkowska opisała to, co przeżyła i co widziała. A widziała bardzo dużo. Przez pewien czas musiała sprzątać „mordownię”, zbierała wybite zęby i ścierała krew torturowanych. W kwietniu 1942 roku Piątkowską przywieziono do Oświęcimia. Natychmiast zaczęła organizować pomoc dla najsłabszych oraz sporządzać spisy zmarłych więźniarek. 

Antonina Piątkowska skupia się na opisywaniu losów innych osób i niemal w ogóle nie wspomina o swoich cierpieniach, a przecież torturowano ją, straciła męża i szesnastoletniego syna Romka. Sprawia wrażenie osoby niezwykle skromnej. Nie oceniała zachowania innych więźniarek, nawet tych, które wykradały chleb innym. Nie wymieniła nazwisk wszystkich zdrajców i sadystów, z jakimi się zetknęła. Wolała pisać o ludziach dobrych, zdolnych do poświęcenia, takich jak np. pani Józefa Mikowa i doktor Garbień.

Najbardziej wzruszający rozdział książki nosi tytuł „Dzieci w obozie”. Piątkowska napisała w nim o matkach, które – licząc na ocalenie życia – nie chciały przyznawać się do swoich dzieci, o tym, jak do obozu kobiecego o świcie wjeżdżał wielki wóz wyładowany bielizną, ciągnięty nie przez konie, lecz przez wychudłych chłopców. W rozdziale tym znajduje się też jeden z najbardziej wzruszających przykładów poświęcenia, do jakiego zdolne są dzieci. Otóż pewnego razu Piątkowska zachorowała. Dzieci – te skrajnie głodne szkieleciki – tak bardzo przejęły się jej chorobą, że postanowiły oddać dla niej swoją zupę. Kłamały, że są najedzone. A ona, wzruszona, też kłamała, że nie chce jeść... 

Moja ocena: 5/6.

---
Piątkowska Antonina, „Wspomnienia oświęcimskie”, Wydawnictwo Literackie Kraków, 1977.

06.11.2013

„Sztuka uprawiania róż z kolcami” Margaret Dilloway


„Sztuka uprawiania róż z kolcami” to powieść obyczajowa o życiu Gal – samotnej, przewlekle chorej nauczycielki z Kalifornii. Akcja toczy się powoli. Autorka dokładnie opisuje wszystkie wydarzenia w życiu bohaterki: zajęcia w szkole, dializy, wizyty w szklarni, kontakty z siostrzenicą. Z powodu choroby Gal nie związała się z nikim. W jej marzeniach nie pojawiają się mężczyźni ani dzieci. Podczas gdy inne kobiety zajmują się dziećmi, ona roztkliwia się nad różami i marzy o wyhodowaniu nowego gatunku. 

Poznajemy marzenia bohaterki, a także wady jej charakteru, bo niestety Gal – może pod wpływem choroby – stała się zgorzkniała, zazdrosna i przesadnie surowa. Wymaga od innych, by tak jak ona byli perfekcjonistami. Zazdrości zdrowym, zazdrości chorym, których zakwalifikowano do przeszczepu. Nie przyjmuje do wiadomości, że ludzie zdrowi też mają swoje problemy. Uczeń za darmo pracuje w jej szklarni, przyjaciółka zawsze musi ją wozić do szpitala... Gal nie poczuwa się do wdzięczności, ma w sobie ten charakterystyczny dla wielu chorych egoizm.

Margaret Dilloway rzetelnie przygotowała się do napisania książki. Zgromadziła mnóstwo wiadomości o różach, o wystawach, o chorobie nerek, dzięki czemu powieść wydaje się realistyczna i solidna. Autorce udało się „tchnąć życie” w postać głównej bohaterki. Gal budzi różnorakie uczucia, od irytacji po podziw.

Książka uczy współczucia dla osób chorych. Każdy, kto złości się na bohaterkę traktującą innych jak prywatnych kierowców, w pewnym momencie zrozumie, że dla niej szybki dojazd do szpitala to sprawa życia lub śmierci.

Książka spokojna, ciekawa. Pod wpływem różnych wydarzeń bohaterka się zmienia, nie jest więc nudno.

---
Dilloway Margaret, „Sztuka uprawiania róż z kolcami” („The Care and Handling of Roses with Thorns”), tł. Jędrzejczyk Anna, Wydawnictwo M, 2013.

04.11.2013

„Wszystkie drogi prowadzą do nieba” Françoise Sagan


Tak mi się spodobało Witaj, smutku, że musiałam sięgnąć po kolejną książkę Françoise Sagan. Na razie znalazłam tylko Wszystkie drogi prowadzą do nieba. Nie odstraszyła mnie koszmarnie brzydka okładka, książkę przeczytałam szybko, bo to mały format i niewiele stron, i mogę stwierdzić, że po raz kolejny nie zawiodłam się na twórczości francuskiej autorki.

Akcja powieści toczy się latem w roku 1940, kiedy to paryżanie masowo opuszczają miasto - jedni samochodami, inni pieszo. Wśród uciekinierów znajduje się czworo znajomych: energiczna Diane, nieśmiała Luce, podstarzały homoseksualista Loïc oraz nadęty, niesympatyczny Bruno. Jadą oni elegancką limuzyną. W pewnym momencie w limuzynę trafia pocisk. Kierowca umiera, a paryżanie znajdują schronienie na pobliskiej farmie.

A na farmie rządy sprawuje Arlette. Wyznaje ona zasadę, że kto nie pracuje, ten nie je, i nie ma litości dla leniuchów. Za każde jabłko, kawałek słoniny czy chleba trzeba odwdzięczyć się myciem naczyń, udziałem w żniwach lub kopaniem dołu do pochowania trupa. Trochę może dla zabawy, a trochę ze strachu przed chłopką prawie wszyscy paryżanie stosują się do tego surowego regulaminu. Pracują, ocierają pot z czoła, z trudem prostują obolałe kręgosłupy i stwierdzają, że – na wsi jest fajnie!

29.10.2013

„Uchodźcy” Sigurd Evensmo

„Uchodźcy” to kolejna przeczytana przeze mnie powieść z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Bohaterem jej jest Harald Siljan - młody robotnik z Norwegii, który w czasie wojny przystąpił do ruchu oporu. Nie był komunistą, po prostu nie mógł patrzeć spokojnie na Niemców panoszących się w jego kraju. Gestapo szybko wpadło na jego trop i Harald musiał uciekać do Anglii. 

Głównym tematem książki jest ucieczka oraz jej konsekwencje. Autor odmalował uczucia człowieka ściganego, zrozpaczonego, głodującego, żyjącego w strachu o bezpieczeństwo nie tylko swoje, ale też żony i dwuletniej córeczki. Harald przez cały czas ma świadomość, że z jego winy te dwie bezradne istoty zostały narażone na samotność, strach, nędzę, rewizje. Być może postąpił wobec nich nieludzko, zabił coś w ich duszach - ale nie mógł inaczej. Przykro jest mu także z tego powodu, że nie zdołał wyrządzić okupantowi żadnych szkód. Akcja toczy się w mieszkaniach członków organizacji ruchu oporu, w ładowni łodzi, w której w straszliwych warunkach podróżowali uchodźcy, w więzieniu, a także w obozie koncentracyjnym Grini. 

Powieść ukazała się już w roku 1945. Została dedykowana „kobietom, które czekały”.

---
Evensmo Sigurd, „Uchodźcy” („Englandsfarere”), tł. Gadzinianka Zofia, Wydawnictwo Poznańskie, 1972.

24.10.2013

„Domowy poradnik umierania” Debra Adelaide


Bohaterka „Domowego poradnika umierania” nazywa się Delia i jest nieuleczalnie chora. Nie pomogły jej liczne naświetlania, chemioterapie, operacje wycięcia połowy wątroby i amputacja piersi. Delia nie załamuje się i stara się pożytecznie spędzić ostatnie tygodnie życia - pisze poradnik dla osób znajdujących się w takiej samej sytuacji jak ona, uczy córki, jak parzyć herbatę, napełnia zamrażarkę kiełbaskami z czosnku, ryżu i z własnej krwi...

Tak, z własnej krwi. Nie pomyliłam się. Bohaterka książki przyrządza dla dzieci kiełbaski z własnej krwi, uważając, że warto brać przykład z Azteków, którzy żywili się plackami z ludzkiej krwi i kukurydzy. Głupie to? Zgadza się, głupie. Dramatyczny temat Debra Adelaide potraktowała bardzo lekko i humorystycznie. Nie umiała wczuć się w sytuację osoby nieuleczalnie chorej, zrozumieć jej żalu i lęku. Według australijskiej autorki w czasie agonii można czytać książki, a śmierć może być przyjemnym doświadczeniem:
Śmierć może mieć charakter erotyczny. Umierający i ich partnerzy powinni to zaakceptować. Pamiętajcie, orgazm nie bez powodu nazywa się małą śmiercią (s. 364).
Dziwi mnie, że w książce Debry Adelaide kobieta, której operowano jamę brzuszną i usunięto piersi, nie czuje bólu, nie ma trudności z podnoszeniem rąk do góry i z pisaniem. Autorka twierdzi, że dobrze przygotowała się do pisania powieści:
Zajrzałam do jednej czy dwóch książek, by znaleźć informacje na temat trawników i narzędzi, sprawdziłam też w internecie pewne kwestie związane ze śmiercią i umieraniem, w tym trumny.
Cóż, trzeba było zajrzeć nie do jednej czy dwóch książek, ale, powiedzmy, do trzech. Nie zaszkodziłoby także porozmawiać z pacjentami i zdobyć więcej wiadomości o transplantacjach, bo wątek z przeszczepem wypadł bardzo nierealistycznie. 

„Domowy poradnik umierania” to powieść zdecydowanie nie w moim stylu. Zbyt lekka, nieprzekonująca. Jedyne fragmenty, które przeczytałam z ciekawością, to te, w których bohaterka opowiadała o swojej miłości do książek.

Moja ocena: 3/6.

---
Debra Adelaide, „Domowy poradnik umierania”, tł. Anna Studniarek-Więch, Nasza Księgarnia, 2010.

21.10.2013

„Strój na śmierć” Donna Leon


„Strój na śmierć” to trzecia w kolejności część cyklu kryminalno-obyczajowych powieści Donny Leon o mieszkającym w Wenecji komisarzu Brunettim. Tym razem Brunetti bada sprawę śmierci mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na polu w Merghera. Trup ubrany był w czerwoną sukienkę oraz w czerwone pantofle. Komisarze doszli do wniosku, że był to prostytuujący się transwestyta, jednak Brunetti nie mógł pogodzić się z taką wersją wydarzeń. Niepokoił go fakt, że nogi zmarłego zostały ogolone nieumiejętnie, a przecież transwestyta powinien mieć wprawę w depilacji. Poza tym Brunetti odniósł wrażenie, że ofiara była zbyt stara i brzydka jak na osobę, której inni mieliby płacić za seks.

Podczas śledztwa Brunetti odwiedza Via Cappuccino (miejsce zbiórki prostytutek), spotyka się z osobami z półświatka, ma też okazję przekonać się, z jaką odrazą i nienawiścią mieszkańcy Wenecji wyrażają się o facetach ubranych w kuse spódniczki. Zresztą trudno im się dziwić – podczas śledztwa Brunetti poznał mężczyznę chorego na AIDS, który świadomie zarażał klientów.

W „Stroju na śmierć” Donna Leon zamieściła kilka scen niezwiązanych z głównym wątkiem, takich jak na przykład wizyta Brunettiego u matki przebywającej w domu opieki. W chwili, kiedy toczy się akcja książki, syn komisarza ma lat szesnaście, a córka trzynaście. Signora Elettra, która odegra ważną rolę w kolejnych częściach cyklu, w tej dopiero rozpoczyna pracę sekretarki. Nikt nie przypuszcza, że okaże się osobą nadzwyczaj utalentowaną i przydatną. 

Przeczytałam już kilka książek Donny Leon i ta wydała mi się jedną z ciekawszych. Po raz pierwszy odkryłam, że Brunetti, zawsze tak kulturalny, wyrozumiały i nieskazitelny, ma jakąś wadę. Otóż nie toleruje roznegliżowanych turystów. Szczególnie mocno irytują go ci, którzy mają nieatrakcyjne ciała i zbyt okrągłe kształty.

Moja ocena: 4/6.

---
Leon Donna, „Strój na śmierć” („Dressed for Death”).

16.10.2013

„Zielone wzgórza Afryki” Ernest Hemingway

Co wiedziałam o Erneście Hemingwayu, zanim przeczytałam „Zielone wzgórza Afryki”? Tylko tyle, że był człowiekiem władczym, dominującym, nietolerancyjnym, lubił wojny, nadużywał alkoholu i źle traktował swojego najmłodszego syna Gregory'ego, który przeszedł operację zmiany płci i stał się Glorią. Teraz zdobyłam nowe wiadomości, które spowodowały, że moja niechęć do tego noblisty się pogłębiła. 

W latach trzydziestych Hemingway urządzał w Afryce polowania, a po polowaniu z lubością fotografował martwe zwierzęta. Zabijał nie z potrzeby, lecz dla przyjemności. Strzelał do kozłów, choć wiedział, że koźle mięso nie nadaje się do jedzenia. Śmiał się wesoło, kiedy zraniony bawół ryczał z bólu. Tylko raz w życiu, wtedy, gdy cierpiał z powodu złamanej ręki, zastanawiał się nad tym, co czuje pokaleczone zwierzę:

„Myślałem, że może to, co przechodzę, jest karą dla wszystkich myśliwych. Później, kiedy wydobrzałem, doszedłem do wniosku, że jeżeli naprawdę było karą, to ją poniosłem i teraz przynajmniej wiem, co robię. Nie zrobiłem nic, czego by nie zrobiono i mnie”[1].

Odniosłam też wrażenie, że Hemingway zazdrościł innym pisarzom. Kiedy pewien podróżnik z Austrii zapytał go o nazwiska wielkich autorów amerykańskich, odpowiedział, że nie ma takich, wszyscy są jak „dżdżownice w butelce, próbujące czerpać wiedzę i pokarm z wzajemnych kontaktów i z samej butelki”[2]. Pochwalił tylko Twaina.

Czytelnicy, którzy interesują się Afryką, z książki Hemingwaya prawie niczego się o niej nie dowiedzą. Wielki pisarz nie był dobrym obserwatorem, nie interesowały go zwyczaje rdzennych mieszkańców kontynentu, a tylko polowania. 

Moja ocena: 3/6.

---
[1] Hemingway Ernest, „Zielone wzgórza Afryki” („Green Hills of Africa”), tł. Zieliński Bronisław, Iskry, 1984, str. 88.
[2]. Tamże, str. 20.

09.10.2013

„Wszystko jest po coś” Krzysztof Ziemiec


„Wszystko jest po coś” to ciekawa książka w formie wywiadu z prezenterem telewizyjnym Krzysztofem Ziemcem. Ziemiec ma o czym opowiadać, bowiem w roku 2008 został ciężko poparzony i wiele miesięcy spędził w szpitalu. W wywiadzie mówi głównie o sprawach związanych z pożarem i z odzyskiwaniem zdrowia, ale nie tylko o tym, bo porusza też tematy wychowania dzieci, wspomnień z dzieciństwa, czytelnictwa i inne.

Takie książki są potrzebne, bo mało kto wie, jaką gehenną staje się życie człowieka po poparzeniu. To nieustanny ból, niesprawność, odrażający wygląd. Ziemiec wzruszającymi słowami opowiada o tym, jak zmieniano mu opatrunki, jak w listopadzie chodził po ulicy w gumowych sandałach, bo żadne buty nie dawały się włożyć na opuchnięte, pokaleczone nogi; jak wielką walkę musiał stoczyć ze sobą, by w miejscu publicznym zdjąć ubranie i wejść do wody. Oto fragment książki:
„Wyobraź sobie, że ja cały byłem w bandażach. A pod spodem ciało - jedna wielka rana. Nie miałem skóry, tylko cieknącą ranę, na którą codziennie trzeba było nałożyć świeży opatrunek, żeby nie wdało się zakażenie. Ale to oznaczało, że ten stary trzeba było zedrzeć, zdzierając przy okazji strupy, które zdążyły się utworzyć. To tak, jakby żywcem obdzierali cię ze skóry” (str. 23).
A teraz wyjaśnię, co oznacza tytuł książki. Podczas długich tygodni spędzonych w szpitalu Ziemiec doszedł do wniosku, że „wszystko jest po coś”, każde cierpienie ma sens i uszlachetnia. Gdyby w mieszkaniu nie wybuchł pożar, następnego dnia pan Krzysztof wybrałby się z rodziną na wakacje i mogłoby się stać tak, że mały synek utopiłby się w morzu. Tego rodzaju myślenie sprawia, że Ziemiec czuje się jak bohater i godzi się psychicznie z nieszczęściem, które go spotkało. Dumny jest ze swojej pokory i odporności na ból. Podkreśla, że choć podczas opatrunków krzyczał i płakał, nigdy nie wymyślał pielęgniarkom, tak jak to robił inny poparzony pacjent.

Książka warta polecenia. Zaciekawi też osoby, które nie zgadzają się z poglądami autora.

---
Ziemiec Krzysztof, „Wszystko jest po coś”, Wydawnictwo M, 2010.

07.10.2013

„Las umarłych” Ernst Wiechert

„Las umarłych” to relacja z pobytu w Buchenwaldzie, napisana w roku 1939 przez Ernsta Wiecherta, który z powodów politycznych został aresztowany przez gestapo i uwięziony w obozie. Wypuszczono go dosyć szybko, ale to, co przeżył i zobaczył, odcisnęło piętno na jego dalszym życiu. Wiechertowi radzono, by w obozie zachowywał się jak kamień – nie rozmyślał, nie litował się nad nikim, nie zapamiętywał niczego, on jednak chciał zapamiętać i przekazać innym jak najwięcej.

W „Lesie umarłych” opisał pobyt w areszcie, katorżniczą pracę w Buchenwaldzie, tortury. Jedną z tortur było wieszanie więźniów za ramiona na całą noc. Sadystyczni strażnicy wypalali cygarem dziury w twarzach wiszących ludzi. Bywało, że rankiem przedramiona więźniów były całe czarne i musiano je amputować.
„Naród rzucony został na sito, a plewy wzięły górę nad ziarnem. Boży wiatr stał się wiatrem diabelskim. Nagość władzy nigdy nie była bezwstydniej upiększana, nigdy bardziej nie zhańbiono obrazu podobieństwa Boga”*.
Jak widać na podstawie powyższego fragmentu, Ernst Wiechert nie poprzestał na relacjonowaniu, czynił także pełne żalu komentarze nad upadkiem narodu niemieckiego. Te komentarze oraz liczne wzmianki o diable i Królestwie Bożym to najsłabsze punkty książki. „Las umarłych” napisany został stylem pełnym patosu, ciężkim, trochę męczącym dla czytelnika. Myślę, że jednak nie powinno się skreślać tej książki z powodu stylu, trzeba docenić, że autor jako jeden z pierwszych przekazał prawdę o hitlerowskich obozach, że z troską wypowiadał się o Żydach i że potępiał nie tylko faszystów, ale też komunistów, co w tamtych latach było raczej rzadkością.

---
* Wiechert Ernst Emil, „Las umarłych” („Der Totenwald”), tł. Martuszewski Edward, Pojezierze, 1988, str. 156.

01.10.2013

„Przekroczyć zwrotnik raka. Opowieści osób, które przeszły chorobę nowotworową”


W książce pt. „Przekroczyć zwrotnik raka” znajduje się pięć autentycznych historii pacjentów, u których zdiagnozowano nowotwór. Na razie zostali wyleczeni, ale nie wiadomo, czy za kilka lat nie dojdzie do nawrotu choroby. Chcą opowiedzieć o swoich doświadczeniach oraz pocieszyć osoby, które znalazły się w takiej samej sytuacji jak oni.

Agnieszka Trzepizur, autorka pierwszej historii, miała zaledwie 26 lat, gdy wykryto u niej białaczkę szpikową. Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w szpitalu. By uzbierać pieniądze na leczenie, jej przyjaciele organizowali koncerty. Pani Agnieszka koniecznie chciała przyjmować lek o nazwie Grivec, który pomógł pacjentom w USA. W kolejnej relacji Katarzyna Bryniarska opowiada o dramatycznych dniach, kiedy wykryto u niej guz pod obojczykiem i kiedy groziła jej amputacja ręki, oraz o spotkaniach z psychoterapeutą. W trzeciej opowieści pan Bronisław Kaper, miłośnik książek, Wenecji i pięknych kobiet, dzieli się swoimi doświadczeniami związanymi z chorowaniem na nowotwór nerki. Choć po lekach przytył 20 kg, choć może mieć przerzuty, zachował pogodę ducha. U Anety Zakrzewskiej, autorki czwartej relacji, wykryto czerniaka złośliwego w oku, a pełna optymizmu Małgorzata Kaznowska chorowała na raka krtani. 

Byli pacjenci mówią o swoich emocjach, o pobytach w szpitalach, o walce z NFZ o refundację lekarstw i o braku empatii u personelu. „Kolejne łzy w rejestracji, gdzie dostałam do podpisania papierek, w którym upoważniłam mamę do odebrania moich rzeczy w razie śmierci. Z  psychologicznego punktu widzenia... bez komentarza”* – pisze Agnieszka Trzepizur.

Druga część książki – mniej ciekawa – to typowe teksty pocieszające, mające uświadomić chorym na raka, że mogą być szczęśliwi, że wielu ludzi znalazło cel w życiu właśnie podczas choroby. Lekarze, którzy wypowiadają się na te tematy, to Ewa Tylko, Mateusz Tylko, Ewa Wojtyna i Mariusz Wirga. Chorowanie na raka porównują do pełnego trudów i niebezpieczeństw żeglowania.

 ---
* „Przekroczyć zwrotnik raka: opowieści osób, które przeszły chorobę nowotworową”, praca zbiorowa, red. Piasecka Maria, Feeria, 2007, str. 22.

25.09.2013

„Obcy przyszedł na farmę” Mika Waltari



„Obcy przyszedł na farmę” to piękna, pasjonująca książka o ciężkim życiu mieszkańców pewnej fińskiej farmy. Kobieta oraz jej stary wuj Herman pochodzą z miasta i nie umieją pracować na roli. Choć bardzo się starają, na farmie wszystko niszczeje. Rdzewieją maszyny rolnicze, pola leżą odłogiem, siano gnije, brakuje paszy dla zwierząt. Mąż kobiety nie pomaga im w żaden sposób, przeciwnie – całymi dniami wyleguje się w łóżku, wykrada żonie ostatnie pieniądze, chce sprzedać las. Nie myśli o pracy, tylko o piciu wódki i o zaspokajaniu swoich popędów. Potrafi bić zwierzęta. Czasami żona musi zamykać go w pokoju na klucz.

Zdesperowana kobieta postanawia zatrudnić parobka. Zgłasza się Aaltonen – mieszkaniec miasta, który pragnie zmienić tryb życia oraz otoczenie. Wkrótce między nimi nawiązuje się nić sympatii. I mogliby być ze sobą szczęśliwi, gdyby na przeszkodzie nie stał mąż kobiety...

Książka została napisana surowym, chłodnym, pięknym językiem. Składa się z jedenastu rozdziałów. Akcja toczy się od wiosny do jesieni. Postacie są wiarygodne i ciekawe. W powieści znajduje się wiele opisów prac na farmie i przyrody. Bohaterowie nie należą do ludzi spokojnych i zrównoważonych, miotają nimi takie uczucia jak nienawiść, zazdrość, namiętność, rozpacz. Niewiele mówią, są skryci, dumni, rzadko zadają pytania. Przed długi czas nie wiemy, jak wyglądała przeszłość Aaltonena i dlaczego pracowita kobieta wyszła za mąż za utracjusza i zapijaczonego niedołęgę. Ich tajemnice Mika Waltari odsłania bardzo powoli.

Moja ocena: 5/6.

---
Mika Waltari, „Obcy przyszedł na farmę” (oryg. fin. „Vieras mies tuli taloon”), przeł. Barbara Iwicka, Wydawnictwo Poznańskie, 1972.

20.09.2013

„Noc ponad światem” Maria Dąbrowska


Jak większość osób, od czasów ukończenia szkoły nie miałam kontaktu z utworami Marii Dąbrowskiej. Teraz sięgnęłam po jej krótkie opowiadanie pt. „Noc ponad światem”. Autorka poruszyła w nim takie tematy jak samotność, odrzucenie z powodu choroby, przyjaźń człowieka z psem. Wspaniale pokazała, że zwierzę nie patrzy na wygląd człowieka i potrafi wielką, bezinteresowną miłością obdarzyć tego, od którego wszyscy uciekają ze wstrętem.

Bohater opowiadania, stróż Nikodem, cierpiał na chorobę dworską (tak w czasach Dąbrowskiej nazywano kiłę). Jego ręce oraz twarz pokryte były wrzodami, pleśnią i niegojącymi się ranami. „Niektóre rany zdawały się rozwierać jak tyleż diabelskich mord i ślinić diablą ropą” – w tak obrazowy sposób autorka opisała wygląd nieszczęśnika. Mieszkańcy wsi uważali Nikodema za poczwarę i unikali go. Biedak nie mógł znaleźć kolegów ani żony. Z czasem zaczął stronić od ludzi, bojąc się odtrącenia i wyśmiania.
„Nagle między wiórami wszczął się szelest, coś zaczęło się toczyć koło nóg, coś zaczęło piszczeć, skomleć i ostrym, płaskim głosem ciawkać. Coś, co było płowe i bure, miękkie, wywrotne, kręcące się na tysiąc stron, hycające na miękkich łapkach, gnących się pod ciężarem puszystego futerału, w którym tkwił malutki czarny nosek i dokładnie otwarte, ciemne jak tarki, szalone z radości oczki”.
Prawda, że Dąbrowska w przeuroczy sposób opisała psiaka? Ten właśnie psiak zainteresował się Nikodemem, sprawił, że życie biedaka nabrało barw i sensu.

Akcja opowiadania toczy się na wsi przed wojną. Nikt nie umiał wyleczyć Nikodema, znachorzy i lekarze rozkładali bezradnie ręce. Nie pomógł też pobyt w szpitalu. Zrozpaczony Nikodem próbował leczyć się sam i odciął sobie siekierą jeden z nadgniłych palców. Gdyby żył w czasach antybiotyków, z pewnością nie musiałby uciekać się do tak drastycznych metod...

Opowiadanie jest bardzo ładne i ciekawe. Pomimo uroczych scen z psiakiem Lordem dosyć smutne. Moja ocena: 5/6.

---
Maria Dąbrowska, „Noc ponad światem”.

„Dajcie mi jednego z was” Jacek Getner




Książka pt. „Dajcie mi jednego z was” jest wychwalana przez blogerów. Mnie akurat niezbyt się podobała. Nieprzekonująca, pełna literówek, błędów gramatycznych oraz ortograficznych, napisana przez osobę, której brak sprawności językowej. Nie wiem, czy to młodzieńcza powieść Jacka Getnera, czy może autor pisał ją w pośpiechu i nie poprawił, w każdym razie – słabiutkie toto. 

A teraz kilka słów o treści. Jest to historia czterech mężczyzn, którzy wpadli w pułapkę przygotowaną przez niejakiego Głosa. Głos został przez nich kiedyś skrzywdzony i przez wiele lat planował zemstę. Zwabił swoje ofiary do dziwnego bunkra, uwięził i oznajmił, że czeka ich „sąd ostateczny”. Trzech z nich odzyska wolność, ale pod pewnym warunkiem – muszą wytypować jednego, który zostanie zabity.

Odniosłam wrażenie, że Jacek Getner za słabo odmalował lęk uwięzionych mężczyzn. Panowie znaleźli się w straszliwej sytuacji, ale nie widać po nich, by się bali. Siedzą sobie, rozmawiają, opowiadają o swojej przeszłości i zastanawiają się, który z nich NAPRAWDĘ najbardziej zasługuje na śmierć. Nie próbują wszelkimi sposobami ratować swojej skóry, co jest nieprawdopodobne pod względem psychologicznym: osoby tak przebiegłe i nieuczciwe jak Kapral, Szczęściarz, Przystojniak i Prorok powinny dwoić się i troić, by wyjść cało z opresji. Oni tymczasem zachowują się beznamiętnie, nie starają się wybielać, kłamać ani spiskować przeciwko innym. 

Słaba intryga, niewiarygodne postacie i sytuacje, język śmiechu warty, błędy. Nie dostrzegam w tej powieści żadnego elementu, za który można by pochwalić autora. Przeczytałam ją bez przyjemności, tylko po to, by wywiązać się z obowiązku recenzyjnego.

Moja ocena: 2/6.

---
Książkę dostałam od autora. Dziękuję.

12.09.2013

„Wielka Woda” Živko Čingo





„Wielka Woda” macedońskiego pisarza Živko Čingo to liryczna opowieść o sierotach, które podczas wojny straciły rodziców. Ukrywały się we wsiach, w lasach, a potem - złapane przez byłych żołnierzy armii Josifa Broz Tito - przez wiele dni musiały iść na piechotę do mocno oddalonego domu dziecka. Głodne, spragnione i zmarznięte wędrowały przez spalone, obsypane śniegiem wsie i pola. Dom dziecka był brzydkim budynkiem otoczonym wielkim murem. Dawniej więziono tutaj umysłowo chorych, teraz - dzieci, które traktowano niezwykle surowo. Sadystyczni wychowawcy ciągle okradali je z jedzenia, bili, zmuszali do stania na długich apelach. Nie ponosili kary nawet wtedy, gdy pobite dziecko umierało. 

Tytułowa Wielka Woda to metafora wolności. Sieroty marzyły o mamie, o jedzeniu, ale przede wszystkim o wolności. Narrator powieści, Lem, który w chwili ukończenia wojny miał 12 lat, był dzieckiem skłonnym do marzeń, wierzącym w urojenia. Jeśli długo wpatrywał się w mur, miał wrażenie, że widzi wielką, piękną wodę i że już nic złego go nie spotka. Dzięki tym marzeniom łatwiej mógł poradzić sobie z samotnością, z głodem, z agresją wychowawców. Ulubionym kolegą Lema stał się Jakub Kejten, chłopiec niezwykle spokojny, błądzący myślami gdzieś daleko, ze stoicyzmem przyjmujący szykany ze strony wychowawców. Lem uważał, że od Jakuba promieniuje szczęście.

Ta macedońska powieść napisana została poetyckim, specyficznym, niezbyt łatwym językiem. Narrator jest już człowiekiem dorosłym, ale nie może pogodzić się ze złem, jakiego doświadczył jako dziecko od osób mających się nim opiekować. „Wielka woda”, jak każda historia o dramacie dzieci, przeraża.

Fragment książki:
Wszędzie dokoła szerzył się strach, nieznany strach. Jeszcze dziś trzęsę się na widok domów dziecka myśląc, że wciąż panuje tam głuche, nieznośne milczenie. Strach zagnieździł się w każdym dziecku i w każdej rzeczy. Pustka i ubóstwo sprawiały, że nie wiadomo było, czy wojna się skończyła, czy trwa nadal. Ciągle widzę dzieci przygięte do ziemi, postarzałe, dzieci z trudem wciągające powietrze i z jeszcze większym trudem je wypuszczające, dzieci, które nie biegają, ale ledwo wloką się w kurzu, dzieci, ktore całymi dniami nie otwierają ust*. 
---
Čingo Živko, „Wielka Woda” („Golemata voda”), tł. Cirlić-Straszyńska Danuta, Czytelnik, 1984, str. 22.

11.09.2013

„Zdeptana róża” Stefania Jagielnicka-Kamieniecka


„Zdeptana róża” to opowieść o Bożence, która dorastała w czasach PRL i doznała w życiu wielu przykrości. Bożenka nie była żadnym ideałem – łatwo zniechęcała się do nauki i do pracy, wciąż się zakochiwała. Kolega ze studiów, sąsiad, lekarz znany z widzenia, homoseksualista, który dla zabawy łamał dziewczętom serca – Bożenka szła do łóżka z każdym panem, który okazał taką chęć. Jedna aborcja, druga, nieślubne dziecko... Bohaterka nie umiała wyciągnąć wniosków ze swoich błędów i nie rozumiała, dlaczego mężczyźni uważali ją za kobietę łatwą. Jej jedyne dziecko zmarło, przebywała w szpitalu psychiatrycznym, szykanowała ją bezpieka. Nic więc dziwnego, że wchodząc w wiek średni, czuła się jak zdeptana róża, z której urody i blasku nic już nie pozostało.

Kartki z opisem pobytu w szpitalu psychiatrycznym robią straszne wrażenie. Bohaterka dobrowolnie wyraziła zgodę na leczenie szpitalne i – została w szpitalu uwięziona. Przeżyła tam piekło: Spożywałyśmy głodowe racje obrzydliwych posiłków. Salowe wrzeszczały, gdy któraś usiłowała podkraść dodatkową rację chleba. Obok mnie leżała konająca staruszka, robiąca pod siebie kupy, głównie w porze posiłków. Zmarła na moich oczach w straszliwych konwulsyjnych drgawkach*. Pielęgniarki oraz lekarka wyzywały chore wulgarnymi słowami, a jedynym sposobem na uzyskanie wypisu było wręczenie lekarce pokaźnej łapówki.

W powieści znajduje się wiele opisów PRL-owskiej szarzyzny i beznadziei, warstwa obyczajowa jest więc mocno rozwinięta, z tym że zdarzyły się autorce pomyłki. Bo jak to możliwe, że Bożenka, która urodziła się pod koniec wojny, jako uczennica liceum czytała wraz z koleżankami „Sztukę kochania”, książkę wydaną po raz pierwszy w roku 1976? Coś tu się nie zgadza. Miałam też wrażenie, że bohaterka cierpiała na lekką paranoję i czasami widziała agentów SB tam, gdzie były zwykłe drzewa. Poza tym wciąż podejrzewała tych agentów o to, że nie tylko ją obserwują, ale też chcą wciągnąć w krzaki i zgwałcić.

Podsumowując: „Zdeptana róża” to powieść o dosyć ciekawej fabule, ale napisana w sposób nieudolny i chaotyczny. Nie podobał mi się język ani naiwne i paranoiczne (w moim odczuciu oczywiście, bo mogę się mylić) spojrzenie autorki na rzeczywistość. Irytował mnie też sposób, w jaki autorka przedstawiła życie uczuciowe bohaterki. Wiele miejsca w powieści zajmują opisy kochanych przez Bożenkę mężczyzn, szykan ze strony bezpieki i wynurzeń na tematy religijne, zaś wspomnienia tragicznie zmarłego dziecka – zaskakująco mało. Wielbicielką twórczości Jagielnickiej-Kamienieckiej raczej nie zostanę.

---
* Jagielnicka-Kamieniecka Stefania, „Zdeptana róża”, Psychoskok, 2013, str. 168.

06.09.2013

Alberto Moravia „Podróż do Rzymu”

Bardzo rozczarowała mnie ta powieść. Nie tego spodziewałam się po Alberto Moravii!

Zaczyna się nawet ciekawie. Dwudziestoletni Mario, wezwany przez ojca, którego nie widział od wielu lat, przyleciał samolotem do Rzymu. Ojciec chce nawiązać z nim przyjacielskie stosunki oraz porozmawiać o jego matce. Podczas rozmowy Mario przypomina sobie, że jako pięciolatek obserwował matkę uprawiającą seks z kochankiem i że matce nie przeszkadzał wzrok dziecka.

W „Podróży do Rzymu” znajduje się zaskakująco dużo scen erotycznych, z tym że to często erotyzm niesmaczny, wrzucony do powieści jakby na siłę. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie robią wątki z trzynastolatką oraz liczne sceny quasi-kazirodcze.

Szkoda, że Moravia nie skupił się bardziej na charakterach bohaterów, a ukazał ich głównie od strony erotycznej. Wszystkie kobiece postacie przedstawione zostały na jedno kopyto. Kobiety są wyuzdane, zdeprawowane, na pierwszym miejscu stawiają seks. Można nawet powiedzieć, że myślą nie głową, lecz inną częścią ciała. Ulegają popędom erotycznym nawet wtedy, gdy są obserwowane przez własne potomstwo. Matka Maria czerpie perwersyjną radość z szokowania niewinnego synka, pani profesor literatury pozwala, by obcy mężczyzna obmacywał ją na oczach jej trzynastoletniej córki. Pozwala też, by córka upijała się winem. Trzynastolatka zachowuje się jak stręczycielka, dotyka intymnych miejsc młodzieńca, który podoba się jej matce. Narzeczona ojca przy pierwszej okazji rzuca się na przyszłego pasierba, wołając: „Chciałbyś mieć taką matkę jak ja? I to matkę, z którą mógłbyś się kochać, o czym marzą wszyscy synowie?”*

Główny bohater mówi o sobie, że jest „spolegliwy”, czyli że zachowuje się jak liść miotany przez wiatr. Jeśli trzynastolatka pragnie go dotykać, Mario nie ma nic przeciwko temu. Jeśli uwodzi go kobieta, która mu się nie podoba, stara się jej tego nie okazać i przyjmuje jej zaloty. Robi to, czego chcą inni - taki człowiek bez własnej osobowości, bez własnego zdania i bez zainteresowań. Bardziej wiarygodny i sympatyczny jest ojciec Maria. Można zrozumieć jego zazdrość i uzależnienie od niewiernej, nikczemnej żony.

---
*Moravia Alberto, „Podróż do Rzymu” („Il viaggio a Roma”), tł. Wasilewska Anna, Czytelnik, 1993.

05.09.2013

„Witaj, smutku” Françoise Sagan






„Witaj, smutku” to bardzo ciekawa, króciutka książeczka napisana przez młodziutką Francuzkę Françoise Sagan. Narratorką jest siedemnastoletnia paryżanka Cecylia, która opowiada o tym, co zaszło w czasie ostatnich wakacji.

Cecylia i jej owdowiały ojciec to dobrana para. Są bogaci, lubią spędzać ze sobą czas, bywać razem na przyjęciach i na dancingach. Ojciec ubiera córkę w wyzywające stroje, pozwała jej pić alkohol, całować się z chłopcami, przebywać w towarzystwie pań z półświatka. Oboje unikają obowiązków, pogardzają mieszczańskim trybem życia i stabilizacją.

W czasie wakacji wynajmują willę na Riwierze. Nieoczekiwanie przyjeżdża do nich Anna. To wytworna, surowa dama, inna niż zblazowani przyjaciele ojca i córki. Dziewczyna powoli zaczyna się obawiać, że ta wymagająca, ponura osoba zostanie jej macochą. Nie ma zamiaru rezygnować z rozrywkowego trybu życia, widzi też, że Anna i jej ojciec nie pasują do siebie, mają zbyt różne charaktery.

31.08.2013

„Mrówki w płonącym ognisku” Teresa Oleś-Owczarkowa








Teresa Oleś-Owczarkowa okres dzieciństwa spędzała na wsi u babci. Wspomina tę powojenną biedną wieś, kiedy ludzie mieli puste brzuchy i byle jakie odzienie. Mogła wchodzić do każdego domu. Wszędzie pytano, czy nie jest głodna, i częstowano ją, czym chata bogata, a więc chlebem i gotowaną kapustą. Sobota była dniem porządków i kąpieli. A jak jest teraz?
Domy są dużo większe, przestronne, a kuchnie lśnią czystością. Pachnie środkami do mycia i czyszczenia. Ludzie nie mają już czarnych i spękanych dłoni. We wsiach jest higienicznie[1]. 
Teraz Blanowice są dzielnicą Zawiercia. Nigdzie nie widać słomianych strzech, koni, środkiem drogi nie chodzą już kury ani gęsi. Teraz, aby odwiedzić sąsiadkę albo członka rodziny, trzeba umawiać się przez telefon. Kiedyś ludzi określało się przydomkiem, teraz każdy ma numer PESEL i NIP.

Widać, że dawne czasy autorka darzy sentymentem, a te nowe z telewizją i z internetem niezbyt jej się podobają. Boleje nad brakiem pobożności u współczesnych ludzi, nad nieposzanowaniem tradycji. Jednocześnie przyznaje, że sama nie stosuje się do zasad, w jakich została wychowana. Nie czuwała na przykład przy zwłokach własnej matki. Skarży się, że przez media nie ma czasu na wieczorny rachunek sumienia, a przecież to jej wybór – nikt jej nie zmusza do oglądania telewizji, telewizor można z domu wyrzucić.

Niektóre scenki pokazują wiejską gościnność i sympatyczne dziecięce zabawy, inne - tragedie spowodowane przez złych ludzi. Pewna śliczna dziewczyna została zgwałcona i ze wstydu popełniła samobójstwo. Jedna z wieśniaczek ukradła pogorzelcom ich nędzny dobytek. Leśniczy, który uwodził żony wieśniaków, został wrzucony do mrowiska i zjedzony przez mrówki. Sowieci brutalnie zgwałcili i zamordowali dorastającą dziewczynkę... Takich historyjek znajduje się w książce wiele.

Czasami Teresa Oleś-Owczarkowa wyraża swoje poglądy na różne tematy. Poglądy te są bardzo specyficzne i jakby nie przemyślane do końca. Kiedy autorka wspomina o wojnie, nie potępia jej, bo wojna to nie tylko tragedia ludzi, ale także źródło wiedzy i postępu, a ona lubi postęp. Kiedy zastanawia się, dlaczego od stuleci życie chłopów było bardzo ciężkie, dochodzi do takiego wniosku:
 A może to oni, chłopi, sami byli sobie winni? Może dlatego takie ciężkie było to ich życie już od tysięcy lat, że dawno, dawno temu, otwierając gościnnie wrota domostwa, wpuścili do niego diabła?[2].
Tak więc rozważania w ogóle nie trafiły mi do przekonania, natomiast partie o życiu wsi przeczytałam w prawdziwą przyjemnością. „Mrówki w płonącym ognisku” zaliczyć można do nurtu literatury małych ojczyzn.

Moja ocena: 4/6.

---
[1] Oleś-Owczarkowa Teresa, „Mrówki w płonącym ognisku”, Wydawnictwo M, 2013, str. 57.
[2] Tamże, str. 143.

26.08.2013

„Aż do trzewi” Christa Wolf



Zachciało mi się przeczytać coś z niemieckiej literatury współczesnej. Wybrałam „Aż do trzewi” - jedną z książek zmarłej niedawno Christy Wolf. I lekko się rozczarowałam, bo to bardzo trudna powieść. Autorka zrobiła wszystko, by zmęczyć czytelnika: nie wyróżniła dialogów, w tych samych zdaniach zastosowała zarówno narrację pierwszoosobową, jak i trzecioosobową. Przykładowe zdanie wygląda tak:

Jedzenie to tortura, z wolna muszę działać na nerwy nawet ludziom gołębiego serca, ale komu ma ona powiedzieć, jak męczące jest powracanie do zdrowia*.

Akcja powieści toczy się tuż przed zlikwidowaniem NRD. Bohaterką jest niemłoda już mieszkanka Berlina, komunistka. Kiedy rozbolał ją brzuch, próbowała leczyć się rumiankiem i bagatelizowała objawy choroby. A to był ropień, który wkrótce pękł, doprowadzając do zakażenia organizmu. Gdy wreszcie kobieta znalazła się w szpitalu, lekarze określili jej stan jako bardzo ciężki. Miejsce akcji książki to właśnie szpital - sale badań, oddział intensywnej terapii. 

Niemka na przemian bredzi w gorączce, rozmyśla o Urbanie, w którym podkochiwała się w młodości, i obserwuje szpitalne życie. Boi się badań oraz nieostrożnych, niedbałych osób z personelu. Jedna z pielęgniarek, Evelyn, filiżankę z herbatą stawia na nocnym stoliku i odchodzi, nie przejmując się tym, że spragniona pacjentka nie jest w stanie unieść głowy i samodzielnie się napić. Kiedy wiezie obolałą bohaterkę na badanie, uderza jej łóżkiem we wszystkie framugi i ściany. Ale w szpitalu pracują też osoby takie jak Kora - dobre i delikatne. 

„Aż do trzewi” to książka niegłupia, ale przypadnie do gustu tylko osobom, które lubią eksperymenty językowe i zawiłą narrację. Moja ocena: 3/6.

---
*Wolf Christa, „Aż do trzewi” („Leibhaftig”), tł. Błaut Sławomir, Czytelnik, 2006, str. 118.

17.08.2013

„Rekiny” Jens Bjørneboe


„Rekiny” to piękna, pasjonująca książka o życiu marynarzy i o miłości do morza. Ze wstępu dowiadujemy się, że w roku 1899 zaginął żaglowiec Neptun, który wypłynął z Manili i nigdy nie dotarł do Marsylii. Potem następuje opowieść mężczyzny, który na pechowym statku pełnił funkcję drugiego oficera i lekarza pokładowego. 

Drugi oficer – człowiek rozsądny, opanowany, kulturalny – szybko zauważył, że załoga została źle dobrana. Marynarze różnej narodowości byli skorzy do bójek, agresywni, prymitywni. Już na początku rejsu steward wpadł w delirium, kilku członków załogi zostało ciężko rannych, a jeden z oficerów zaczął żywić ogromną, bezsensowną nienawiść do czternastoletniego chłopca okrętowego, który nie mógł poradzić sobie ze swoją pracą.

10.08.2013

„Motyl na wietrze” Rei Kimura


„Motyl na wietrze”, czyli zbeletryzowana biografia Saito Okichi, to jedna z najgorszych książek, z jakimi się kiedykolwiek zetknęłam. Ale po kolei. Najpierw kilka słów o treści.

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1841, kiedy to w ubogiej rodzinie na japońskiej prowincji przyszła na świat śliczna Okichi. Ojciec jej doszedł do wniosku, że taka piękność nie może zostać żoną miejscowego chłopca i postanowił przeznaczyć ją do zawodu gejszy. Wśród podpitych mężczyzn i gejsz Okichi nie czuła szczęśliwa. Wkrótce spotkało ją coś jeszcze gorszego: do miasteczka przybyli cudzoziemcy. Amerykański konsul przy pomocy japońskich władz zmusił Okichi, by zamieszkała w jego domu. Kiedy tylko dziewczyna została nałożnicą cudzoziemca, dawni sąsiedzi zaczęli nią gardzić i prześladować jej rodzinę.

Rei Kimura z pewnością nie jest mistrzynią szczegółu. Trudno wyobrazić sobie wygląd postaci i miejsc, w których dzieje się akcja. Dialogi i bohaterowie nie przekonują. Narrator wciąż wtrąca uwagi, które psują przyjemność lektury. Np. kiedy mamy opis trzynastoletniej Okichi marzącej o miłości i o dzieciach, pojawia się uwaga: „Nie wiedziała jeszcze, że nigdy nie będzie matką”[1]. W pewnym momencie narrator stwierdza, że konsul to dobry człowiek. Zupełnie tego nie rozumiem. Konsul potraktował przecież młodą Japonkę jak zabawkę, zmusił ją, by opuściła rodziców i narzeczonego, sprawił, że przylgnęła do niej etykietka kobiety niedbającej o moralność. Czy tak postępuje ktoś dobry?

Na początku książki widnieją takie oto zdania o ojcu Okichi: „Może się tylko modlić, by wszystko poszło dobrze i aby tym razem Bóg dał mu syna”, „Westchnął. Z jakichś irracjonalnych powodów Bóg nie uznał za stosowne odpowiedzieć na jego prośby” oraz: „Tym razem Bóg nie był po jego stronie”[2]. Przydałoby się wyjaśnienie, jaką religię wyznawał ojciec bohaterki, bo przecież Japończycy rzadko byli chrześcijanami. Rei Kimura jednak nie rozwinęła tego tematu.

Jako materiał na powieść historia Okichi nadaje się idealnie. Można było ukazać nietolerancję i surowość Japończyków, odmalować warunki życia w dziewiętnastowiecznej Japonii i wreszcie wzruszyć czytelnika losami niezwykłej, nieszczęśliwej kobiety. Trudno więc zrozumieć, dlaczego Rei Kimura tak zmarnowała temat. W „Motylu na wietrze” nie znalazłam ani jednej sceny, o której mogłabym powiedzieć, że została dobrze napisana, ani jednego fragmentu, który by mi się podobał.

---
[1] Kimura Rei, „Motyl na wietrze” (oryg. „Butterfly in the Wind”), tłum. Anna Bańkowska, Prószyński i S-ka, 2009, str. 14.
[2] Tamże, str. 6.

03.08.2013

„Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców” Jeffrey Kottler


W książce pt. „Boskie szaleństwo” Jeffrey Kottler przedstawia biografie takich „szaleńców” jak Sylvia Plath, Judy Garland, Mark Rothko, Ernest Hemingway, Wirginia Woolf, Charles Mingus, Wacław Niżyński, Lenny Bruce, Brian Wilson oraz Marylin Monroe. Choć ci ludzie pozostawili po sobie genialne książki, utwory muzyczne i filmy, przez większość życia nie potrafili normalnie funkcjonować, cierpieli na depresję, na psychozę, nadużywali alkoholu, przyjmowali narkotyki. Wielu z nich zdecydowało się na popełnienie samobójstwa. Kottler zastanawia się, czy ci artyści tworzyliby równie piękne dzieła, gdyby nie cierpieli z powodu wewnętrznego bólu, i czy można byłoby ich wyleczyć, gdyby żyli w naszych czasach. Bo żadna z tych chorych osób nie znalazła pomocy w medycynie ani w psychiatrii. Plath i Hemingwaya „leczono” za pomocą elektrowstrząsów - metody uważanej dziś za barbarzyńską i nieskuteczną, uszkadzającą pamięć. Niżyńskiemu podawano insulinę w dużych ilościach, Wirginii Woolf kazano leżeć w łóżku i pić mnóstwo mleka. A Monroe, Garland i Wilson znajdowali się pod wpływem niekompetentnych i nieuczciwych psychoterapeutów.

Trzeba przyznać, że Kottler wybrał bardzo ciekawy temat do rozważań. Ale nie mogę nazwać „Boskiego szaleństwa” rzetelną pracą, gdyż w tekście znalazłam nieścisłości i sprzeczne informacje. Szczególnie jest to widoczne w rozdziale o Marylin Monroe. Na str. 7 przeczytałam: Marylin Monroe zabiła się, połykając buteleczkę środków nasennych, natomiast na str. 228: Marylin zmarła z powodu przedawkowania leków zaaplikowanych w czopku przeczyszczającym. Więc jak? Czopek czy leki doustne?

Sprzeczne informacje zostały podane także przy opisie dzieciństwa aktorki. Na str. 195 widnieje zdanie: Nie raz i nie dwa widywano Normę Jeane bitą pasem do ostrzenia brzytwy, dwie strony dalej: Nie była w sierocińcach zaniedbywana, nikt jej nie bił i nie wykorzystał (str.197). Jak widać, w jednym miejscu książki autor twierdzi, że dziewczynka podczas pobytu u rodziny zastępczej była bita i zgwałcona, w innym, że traktowano ją bardzo dobrze.

Tłumaczka też się nie popisała, w książce trafiają się błędy oraz niezgrabne zdania: Hemingway już od dawna nie stronił od kieliszka, ale w owym czasie był już alkoholikiem (str.106), Miał możliwość przeczytania w gazetach własne nekrologi (str.111).

Książka trochę rozczarowuje.

---
Jeffrey Kottler, „Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców” („Divine Madness: Ten Stories of Creative Struggle”), tł. Joanna Tyczyńska, Bellona, 2007.

„Ostatnie lato” Cesarina Vighy

Bohaterka tej książki, Amelia, choruje na stwardnienie boczne zanikowe i wie, że już niedługo umrze. Ma trudności z poruszaniem się i mówieniem, z jej ust w niekontrolowany sposób wypływa ślina. W chorobie stała się mizantropką. Przesiaduje samotnie w swoim pokoju, nie przyjmuje wizyt, nie prowadzi rozmów telefonicznych. Co więc robi? Przede wszystkim wspomina.

Wspomina dzieciństwo spędzone w Rzymie oraz w Wenecji, rodziców – a wiedzieć trzeba, że urodziła się z nieformalnego związku; swojego narzeczonego, który okazał się łajdakiem i ukradł jej ojcu-bibliofilowi cenną książkę... Wraca też myślami do dni, kiedy umierała jej matka. Nie zachowała się wtedy jak troskliwa córka. A zaledwie pochowała matkę, sama ciężko zachorowała.

28.07.2013

„Misery” Stephen King


Z przeczytanych przeze mnie powieści Stephena Kinga do najlepszych zaliczyłabym Dolores Claiborne, Smętarz dla zwierzaków oraz Misery. Ta ostatnia jest najstraszniejsza. Jej główni bohaterowie to pisarz Paul Sheldon oraz Annie Wilkes - wielbicielka jego twórczości.

Annie uwielbia pisane przez Sheldona książki o Misery (nawet swoją świnię nazwała imieniem Misery), z niecierpliwością czeka na nowe tomy. Wyobraźmy sobie zdziwienie, jakie poczuła, kiedy pewnej nocy, wracając do domu, zobaczyła, że jej ukochany pisarz leży poturbowany i nieprzytomny na drodze. Kobieta szybko zapakowała go do samochodu i zawiozła... dokąd? Do szpitala? Nie, nie do szpitala, lecz do swojego domu. Sama będzie go leczyć - jest przecież pielęgniarką, ma mnóstwo ukradzionych narkotyków. Poza tym będzie mu pomagać w pisaniu książek.

A teraz spójrzmy na tę samą sytuację z punktu widzenia pisarza. Ocknął się, czując ogromny ból w zmiażdżonych nogach. Z przerażeniem zorientował się, że nie znajduje się w szpitalu, lecz w jakimś pokoju, w towarzystwie kobiety, która twierdzi, że jest pielęgniarką. I może umiałaby wyleczyć jakieś małe rany, ale nie tak poważne złamania, jakich doznał Paul. Poza tym sprawia wrażenie osoby obojętnej na jego ból, ogarniętej obsesją. Daje mu jakieś tabletki, po czym każe... pisać. PISAĆ. Mocno ranny, uwięziony Sheldon musi nie tylko tworzyć nowe części przygód Misery, ale też w taki sposób budować akcję, by podobało się to Annie.

King miał niesamowity, oryginalny pomysł na książkę. Udało mu się stworzyć bardzo klaustrofobiczną, duszną atmosferę oraz przekonujący portret maniaczki. Obserwujemy, jak uwięziony człowiek usiłuje wydostać się ze straszliwej pułapki. Wydarzenia mrożą krew w żyłach, ale wszystko jest realistyczne, ta historia mogłaby wydarzyć się naprawdę. Prawie cała akcja dzieje się w domu należącym do Annie, pomiędzy dwójką bohaterów, ale nie jest nudno.

Misery to także rzecz o procesie twórczym. Czytamy o torturach i o próbach ucieczki z pułapki, ale też o tym, jak pisarz wpada w pasję twórczą, jak w jego głowie rodzą się pomysły na książki. Przez powieść przewija się motyw Szeherezady - dopóki Paul pisze o Misery, Annie zostawia go w spokoju. Co się jednak stanie, gdy zabraknie mu pomysłów, albo gdy napisane sceny nie spodobają się pielęgniarce?

Ciekawy,trzymający w napięciu thriller. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał - polecam!

5/6.