29.09.2012

„Dom lalki (Nora)” Henryk Ibsen



Uwaga! Zanim przeczytasz mój tekst, zapoznaj się z treścią „Domu lalki”, gdyż zdradzam ważne elementy akcji oraz zakończenie!

Mąż Nory, Torwald, otrzymał posadę dyrektora banku. Wreszcie ich rodzina będzie mieć dużo pieniędzy, wreszcie skończą się problemy materialne i oszczędzanie! Jednak radość Nory szybko pryska, bo oto zjawia się szantażysta, niejaki Krogstad. Przed laty pożyczył Norze 4800 koron, które ona wykorzystała na wywiezienie męża na kurację do Włoszech. Mąż wyzdrowiał, a Nora, zadowolona z siebie, spłaca potajemnie pożyczkę. Co prawda nie pamięta, ile już wpłaciła (Wiem tylko, że oddawałam wszystko, co mogłam zebrać), ale – nadal wpłaca. Krogstad nie robił jej nigdy żadnych trudności, teraz jednak z winy Nory i jej męża grozi mu utrata posady w banku i zaczyna się buntować. Uświadamia Norze, że zaciągając pożyczkę, sfałszowała podpis, popełniła więc przestępstwo, i zapowiada, że powie o wszystkim jej mężowi.

Nora boi się męża, próbuje więc nie dopuścić do tego, by dowiedział się on o jej postępku. Jednak w ostatnim akcie dramatu mąż poznaje prawdę. Wzburzony, wypowiada kilka gorzkich słów pod adresem żony, na co ona reaguje bardzo impulsywnie i postanawia go opuścić.

Problemy poruszone w „Domu lalki” są dosyć trudne. Niełatwo ocenić zachowanie Nory. Z jednej strony to odważna kobieta decydująca się na odejście w imię jakichś bardzo wzniosłych zasad, z drugiej - osoba, która nie stara się załagodzić konfliktu i bez ważnego powodu opuszcza dzieci. Mówi, że chce poznać społeczeństwo i wychować siebie, ale przecież można wychowywać siebie także we własnym domu. Mówi, że jeśli odejdzie od męża, zachowa szacunek do siebie, ale jak można mieć szacunek do siebie, kiedy się sprawia swoim małym dzieciom ogromny ból?!

26.09.2012

„Biedni ludzie” Fiodor Dostojewski


Pierwsza przyjęta do druku powieść Fiodora Dostojewskiego powstała w roku 1845 i nosi tytuł Biedni ludzie. Składa się z listów pisanych przez młodziutką Warwarę Dobrosiełową oraz Makarego Dziewuszkina, 47-letniego urzędnika. Łączy ich dalekie pokrewieństwo. Mieszkają w Petersburgu. Są bardzo samotni, wrażliwi, wielkoduszni i zmagają się z nędzą – nie stać ich na wynajęcie porządnego pokoju, na kupienie nowego ubrania oraz dobrego jedzenia. Starają się sobie pomagać, Dziewuszkin oprócz listów posyła Warwarze winogrona, cukierki i kwiatki doniczkowe.

Listy Dziewuszkina są dłuższe i bardziej egzaltowane od listów Warwary, pełne górnolotnych wyrażeń i pieszczotliwych słów. Nazywa on kuzynkę „kruszynką”, „serdeńką”, „aniołkiem”, „ptaszyną”. Opisuje swoje życie w nędznej kamienicy, nikczemną gospodynię, hałaśliwych sąsiadów, dzieli się też przemyśleniami na rozmaite tematy. Ma ambicje literackie. Czci pisarzy i książki, ale raczej nie ma dobrego gustu. Zachwyca się na przykład utworem niejakiego Rataziajewa: Och, jak on pisze! Pióro takie zamaszyste, stylu po prostu nadmiar[1]ale kiedy w jednym z listów zamieszcza fragment owego utworu, widać, że ten podziwiany przez niego pisarz to zwyczajny grafoman. Czasami Dziewuszkin sam siebie nazywa starcem: nie porzucasz mnie, starca[2], co jest bardzo dziwne, jako że ma dopiero 47 lat.

25.09.2012

„Ostatnia noc lata” Erskine Caldwell


Akcja „Ostatniej nocy lata” Erskine Caldwella toczy się w okolicach miasteczka Grandport w bardzo upalną, duszną noc. Ludzie są zdenerwowani i zachowują się w sposób nieprzewidywalny. Roma, dwudziestoczteroletnia sekretarka, pod wpływem namów przyjaciółki zbiera się na odwagę i wyznaje swojemu szefowi Brooksowi miłość. Brooks reaguje tak, jak powinien – oburza się, zapewnia, że romanse mu nie w głowie, bo jest statecznym mężem i ojcem dwóch synów, ale...

Ale myśl o ślicznej sekretarce zaczyna go nęcić. Bo Brooks nie kocha swojej żony Maureen. Ożenił się z nią tylko dla pieniędzy i ma do niej o wiele rzeczy żal, na przykład o to, że gardzi jego biednymi rodzicami. Maureen jest bardzo despotyczna, agresywna, z wprawą posługuje się pięściami i wulgaryzmami. Potrafi chłostać swoich małych synków po nóżkach, a męża trzyma pod pantoflem i nie pozwala mu na żadne rozrywki.

Wśród bohaterów pojawi się też Gracie Wadley, dobroduszna właścicielka burdelu, nazywanego dla niepoznaki Gospodą Automobilistów, oraz tajemniczy mężczyzna o przezwisku Lis. Jak to bywa w książkach Caldwella, któryś z bohaterów zginie gwałtowną śmiercią.

Odniosłam wrażenie, że „Ostatnia noc lata” to słabsza książka Caldwella. Niewiele w niej elementów komicznych. Postać Maureen, która według zamysłu autora miała śmieszyć czytelnika, wzbudziła we mnie jedynie obrzydzenie i lęk. Brooksa też nie mogę nazwać zabawnym bohaterem – jest to po prostu bezbarwny pantoflarz.

Moja ocena: 4/6.

19.09.2012

„Musisz to komuś powiedzieć” Barbara Ciwoniuk


Piętnastoletnia Milena, miłośniczka książek i języka polskiego, mieszka w Suwałkach i bardzo interesuje się postacią Marii Konopnickiej. Ma szczęście, bo akurat organizowane są warsztaty poświęcone życiu i twórczości poetki. Bierze udział w tych warsztatach, poznaje nowych ludzi, a przy okazji dowiaduje się o problemach osób o odmiennej orientacji seksualnej.

Po „Musisz to komuś powiedzieć” sięgnęłam głównie ze względu na wątek z Konopnicką, bo przepadam za książkami, których bohaterowie pasjonują się życiem i twórczością jakiegoś pisarza. Liczyłam na to, że znajdę ciekawe informacje o biografii Konopnickiej i zostanę zachęcona do czytania jej nowel. Niestety, autorka uraczyła mnie wiadomościami innego rodzaju. Dowiedziałam się więc, że Konopnicka:
– Wychowywała się bez matki, a świętoszkowaty ojciec na pewno nigdy nie porozmawiał z nią o tym, skąd się biorą dzieci (s. 236),
 była lesbą (s. 17),
 nasza wielka Maria tak naprawdę była ciemna jak tabaka w rogu (s. 16),
– wrobiła córkę w chorobę psychiczną (s. 271),
 jest nudna jak flaki z olejem (s. 223),
– baba napisała parę łzawych historyjek i kilka naiwnych wierszyków dla dzieci (s. 17),
 jej wiersze są do kitu (s. 220).
– jej utwory to zupełna kicha (s. 219).
Opinie wydawane przez biorące udział w warsztatach, przemądrzałe dzieciaki wydały mi się denerwujące i zwyczajnie nudne. Żeby osądzać takie sprawy jak konflikt Konopnickiej z córką Helenką, trzeba mieć dużo doświadczenia życiowego i wiedzy o czasach, w jakich owe kobiety żyły. I znać dokładniej biografię poetki, tymczasem wiele szczegółów do dziś jest tajemnicą. Córki Konopnickiej zadbały o to, by wstydliwe fakty nie wydostały się poza cztery ściany ich domu. Uczestnicy warsztatów bardzo długo rozwodzą się na temat orientacji seksualnej Konopnickiej. Przekonani są, że jej znajomość z Dulębianką miała charakter lesbijski. Tylko że to sprawa niepotwierdzona. Że mieszkały razem? Mogły być zwyczajnymi przyjaciółkami...

Nikogo nie będę namawiała do sięgania po książkę Barbary Ciwoniuk, bo ta książka to „ni pies, ni wydra”. Ci, którzy szukają wiadomości o Konopnickiej, zawiodą się, bo temat został potraktowany powierzchownie i zbyt sensacyjnie, z kolei młodzież znudzi się rozwlekłymi opisami związanymi z pasją Mileny. 

2/6.

---
Barbara Ciwoniuk, „Musisz to komuś powiedzieć”, Literatura, 2011.

15.09.2012

„Świnia w pałacu” Tessa de Loo


„Świnia w pałacu ” – tytuł intrygujący, a zarazem odpychający. Bez przeczytania noty wydawcy trudno odgadnąć, że książka opowiada o życiu lorda Byrona oraz o Albanii – tej dziewiętnastowiecznej, ale także współczesnej, z roku 1996. Tessa de Loo, autorka książki, we wczesnej młodości zakochała się nie w gwieździe rocka, lecz właśnie w Byronie. Godzinami wpatrywała się w zdjęcie nieżyjącego poety. „Jako nastolatka poprzestawałam na ślepym uwielbieniu, teraz jednak chciałam pójść dalej i poznać cię lepiej”[1] – wyznaje. W roku 1996 zdecydowała się na odbycie podróży śladami Byrona poprzez Grecję i Albanię. Rezultatem tej podróży jest „Świnia w pałacu”.

Autorka wciąż zwraca się do Byrona, w jej książce roi się od stwierdzeń: „Drogi George”, „Mój najdroższy Byronie”, „Mój najdroższy George”. Przyznam, że na początku ta maniera nieco mnie denerwowała, szybko jednak przyzwyczaiłam się. Zresztą bywają osoby bardziej zwariowane na punkcie ulubionych pisarzy niż Tessa de Loo: „Pewna telefonistka z Kopenhagi zwierzyła mi się po paru szklaneczkach martini, że systematycznie ukazujesz się jej, udzielając dobrych rad. Powiedziała, że poprosiłeś ją nawet, żeby zrezygnowała ze swojego kochanka, aby mogła być dostępna wyłącznie dla ciebie”[2].

Podróż Holenderki była oczywiście mniej niebezpieczna i odkrywcza niż podróż Byrona – bo też co można odkryć w dzisiejszych czasach? Wszystko zostało opisane w dziesiątkach przewodników turystycznych. Pisarka musiała spać w hotelach, podczas gdy Byrona zaprosił do swego pałacu w Tepelenie sam Ali pasza, wielki władca Imperium Osmańskiego, nazywany mahometańskim Bonapartem. Był to człowiek gościnny, lecz bardzo okrutny. Z jego rozkazu buntowników obdzierano żywcem ze skóry, nabijano na pal.

W „Świni w pałacu” znajduje się mnóstwo informacji o Byronie i są one podane w sposób ciekawy, ciekawszy niż w Wikipedii czy w jakimś podręczniku. Nie wiedziałam na przykład, że Byron miał ogromne problemy żywieniowe. Był hipochondrykiem, nigdy nie podróżował bez lekarza i zawsze miał przy sobie mnóstwo pigułek i mikstur. W listach i pamiętnikach wciąż pisał szczegółowo o swoich dolegliwościach pokarmowych. Uzależniony był od landaum oraz od... drożdży, które codziennie spożywał w dużych ilościach. Stosował wielodniowe głodówki, bo bał się, że utyje. Mając 18 lat, ważył 92 kg (przy wzroście 170 cm). Bez końca chudł, tył i znowu chudł. W ciągu kilku miesięcy potrafił stracić aż 30 kg! Cierpiał na chroniczne problemy trawienne (i nic dziwnego). Po jego śmierci, a zginął w wieku 36 lat, lekarze stwierdzili, że miał kości 80-latka.

Z książki można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o historii Albanii, na przykład tego, że w niedostępnych albańskich górach żył lud Malisorów, który – jako jedyny z ludów Albanii – potrafił bronić się przed Turkami i zachować własną odrębność oraz prawa, zwane prawami Kanunu. Malisorowie mieli obowiązek dokonać krwawej zemsty na osobach, które splamiły honor ich rodziny lub plemienia. Z powodu tych zemst niewielu mężczyzn dożywało starości i umierało śmiercią naturalną; śmierć naturalna uchodziła zresztą za wstydliwą. Kiedy Albania uzyskała niepodległość, mieszkańcy albańskich gór nadal kierowali się prawami Kanunu. Kobieta w ich społeczności nic nie znaczyła, ale według prawa Kanunu mogła udawać mężczyznę. Musiała publicznie przysiąc, że nigdy nie wyjdzie za mąż i pozostanie dziewicą. Ubierała się w męski strój, otrzymywała broń i mogła nawet zostać żołnierzem.

Zarówno Byron, jak i Tessa de Loo uznali Albanię za kraj bardzo piękny. Byron zachwycał się strojem Albańczyków, twierdził, że to najpiękniejszy strój na świecie, nie do końca natomiast podobały mu się pałace Ali paszy – określił je jako piękne, ale zbyt obficie ozdobione złotem i srebrem. A co sądził o Albańczykach? Napisał, że są niezdolni do zdrady, ale skłonni do okrucieństwa. Kobiety traktują jak niewolnice i juczne zwierzęta: Byron widział kobiety naprawiające szosę, dźwigające drzewo... Pewnego razu zauważył mężczyzn, którzy nieśli worek z żywą kobietą przeznaczoną do utopienia. Tylko dzięki wstawiennictwu Byrona odzyskała wolność.

Podróż angielskiego poety trwała 2 lata, Holenderki ponad tydzień. On zainspirowany krajami Orientu napisał poemat „Wędrówki Childe Harolda”, a ona – „Świnię w pałacu” – ciekawą książkę o dużych walorach poznawczych.

4/6.

---
[1] „Świnia w pałacu”, Tessa de Loo, tł. Ewa Jusewicz-Kalter, Pracownia Słów, 2004, str. 10.
[2] Tamże, str. 11.

10.09.2012

„Dobranoc, słonko” Hassenmüller Heidi






Akcja „Dobranoc, słonko” rozpoczyna się tuż po ukończeniu drugiej wojny światowej. Mieszkańcy Hamburga żyli wtedy w wielkiej nędzy, często głodowali i marzli. Malutka Gabi straciła ojca, a podczas bombardowań spłonęło jej mieszkanie. Spaliły się meble, kołdry, zabawki i nawet ukochane zwierzątko. Teraz Gabi ma tylko brata Achima i mamę, która martwi się tym, że samodzielnie nie utrzyma rodziny. Trochę rzeczy podarował im Czerwony Krzyż, jednak to zbyt mało, by normalnie żyć. W tej trudnej sytuacji pani Mangold, czyli matka Gabi, chętnie przyjmuje pomoc od pana Antona. Zgadza się zostać jego żoną, cieszy się z większej ilości pieniędzy. Nie zauważa, że Anton zbyt mocno interesuje się jej córeczką. Sadza sobie dziewczynkę na kolanach, rozpieszcza, przytula. Pomaga jej zasnąć, mówi „dobranoc, słonko” i... obmacuje.

Mijają lata. Życie małej bohaterki staje się coraz bardziej rozsypane i straszne. Gabi wszystko traci: spokój, poczucie bezpieczeństwa, przyjaciół. Poznajemy ją jako bardzo małą dziewczynkę, pogodną, ufną, rozstajemy się z nią, gdy jest rozgoryczoną, zdesperowaną nastolatką. Obserwujemy jej wieloletnią udrękę, zmiany w psychice i wreszcie rozpaczliwe próby uwolnienia się od oprawcy.

Myślę, że tworzenie książek o wykorzystywaniu seksualnym dzieci to dla pisarza bardzo trudne zadanie, bo nie wystarczy opisać sytuację gwałtu, trzeba także wyjaśnić, jak to się stało, że nikt nie pomógł ofierze. Gdzie byli nauczyciele, matka, lekarze? Dlaczego niczego nie zauważali? Większość pisarzy ucieka od tego wyjaśnienia, stosuje zasadę „nikt nie widział i już” - tak uczyniła na przykład Ewa Ostrowska w książce „Abonent chwilowo niedostępny”. Heidi Hassenmüller nie poszła na łatwiznę i postarała się umotywować obojętność otoczenia. Okazało się więc, że nauczycielkę niepokoiło zachowanie Gabi. Były to jednak lata czterdzieste, wiele dzieci pamiętało bombardowania i widziało umierających ludzi, toteż takie zachowania jak jąkanie się, różne tiki i płaczliwość nauczycielka interpretowała jako skutki traumy wojennej. Lekarz też zauważył, że z Gabi dzieje się coś złego, i chciał jej pomóc, jednak spotkał się z kłamstwami, gdyż nieszczęśliwa dziewczynka zaczęła działać jakby przeciwko sobie i zatajać prawdę o wykorzystywaniu.

A matka? Dlaczego ona nie pomogła? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Nie umiem zrozumieć kobiety, która własny spokój i pieniądze ceni bardziej niż szczęście dzieci. Czy to możliwe, że nie zauważyła? W dodatku Anton krzywdził nie tylko jej córkę, ale także synka - mały Achim był wyzywany, wyszydzany, bity, przy tym bicie odbywało się w bardzo upokarzający sposób, bo chłopiec musiał zdjąć spodnie.

Kiedy Hassenmüller zdecydowała się wydać „Dobranoc, słonko”, czyli w roku 1990, nie wiedziała, że molestowanie dzieci to tak częste zjawisko i że molestowani są także chłopcy. Otrzymała mnóstwo listów od ofiar pedofili. Książka została bardzo dobrze przyjęta, uznana za potrzebną, poruszającą ważny i trudny temat. Całkowicie zgadzam się z tą opinią i polecam serdecznie „Dobranoc, słonko”. To  naprawdę wzruszająca, realistyczna i ciekawa książka. Ostrzegam zarazem, że można się przy niej popłakać, bo tragicznych losów Gabi autorka nie wymyśliła, to historia prawdziwa.

5/6.

07.09.2012

„Ładny chłopiec” Kraszewski





„Ładny chłopiec” Kraszewskiego to powieść-ostrzeżenie przed różnymi pasożytami społecznymi. Ośmieszani i krytykowani są w niej przede wszystkim panowie. Główni bohaterowie to młody, ładny Bolek Tanczyński oraz jego wuj profesor Maciórek; obaj mają puste kieszenie, arystokratyczny wygląd, wielkie ambicje i pragną się wzbogacić, najchętniej cudzym kosztem. Przemierzają ulice Warszawy, poszukując jakiegoś „jelenia”, którego można by ogołocić z pieniędzy. Bolek przedstawia się jako potomek szlachetnego rodu i liczy na bogaty ożenek. Maciórek kobiet nie znosi, woli zarzucać sieci na przybyszów ze wsi, takich jak szlachcic Serafin Ottokar Brzuchowski. Gardzi biedakami: Nie cierpiał ludzi nie mających pieniędzy i zmuszonych oszczędzać – byli mu wstrętliwi[1], potępia osoby, które nie pozwalają się wykorzystywać: Brzydzę się takimi ludźmi! Nie można rachować na nich![2].

Głównych bohaterów autor potraktował z wielką ironią. Starego Maciórka nazwał kulfonem[3], a Bolka pokazał w wielu ośmieszających sytuacjach. Bolek oraz Maciórek to postacie negatywne, budzące odrazę nie tylko w czasach Kraszewskiego, ale także i dziś. Ciągle chcą coś dostać, coś pożyczyć, coś wyłudzić. W życiu są wielkim utrapieniem, ale jako bohaterowie książkowi sprawdzają się doskonale, czyta się o nich o wiele przyjemniej niż o wzorach cnót.

06.09.2012

Honoriusz Balzac „Sakiewka”

„Sakiewka” Balzaca to ciekawa, niedługa historia o dwudziestopięcioletnim Hipolicie Schinnerze, malarzu, który ma zupełnie inny charakter niż Teodor de Sommervieux z „Domu pod Kotem z Rakietką”. Hipolit jest szlachetny, zacny, zdolny do prawdziwej miłości. Teraz, gdy zdobył sławę, pragnie odwdzięczyć się matce. Matkę - córkę alzackiego chłopa - w młodości uwiódł cyniczny bogacz. Syna wychowała samotnie, z wielkim poświęceniem i w ubóstwie.

Hipolit wynajął pracownię na poddaszu pewnego domu w pobliżu Pól Elizejskich. Któregoś wieczoru miał wypadek: spadł z drabiny, uderzył głową o taboret i stracił przytomność. Pierwszej pomocy udzieliły mu lokatorki z niższego piętra, panna Adelajda Leseigneur oraz jej matka, baronowa Leseigneur de Rouville. Usłyszały one hałas i natychmiast przybiegły z solami trzeźwiącymi. Wkrótce Hipolit złożył sąsiadkom grzecznościową wizytę, po czym zaczął pojawiać się u nich coraz częściej, a to dlatego, że śliczna Adelajda wywierała na niego magnetyczny urok.

Balzac zamieścił bardzo długi opis mieszkania pań, a ja powiem krótko: wyglądało schludnie, ale ubogo. Wprawnym okiem Hipolit zauważył, że miłe sąsiadki ukrywają nędzę. Odwiedzał więc panie coraz częściej i zawsze miał przy sobie sakiewkę z pieniędzmi. W rozwoju ich znajomości ta sakiewka odegrała bardzo ważną rolę.

Opowiadanie uważam za ciekawe i ładne. Balzac w ujmujący sposób opisał w nim pierwszą miłość. Zakochany Hipolit przeżywa istną burzę uczuć, wśród których jest i niepewność co do uczciwości Adelajdy, bo dziewczyna i jej matka nieraz zachowują się zagadkowo. Hipolit nie wie, z czego się utrzymują, skoro baronowej nie przyznano emerytury po zmarłym mężu, oficerze marynarki, nie wie też, kim są odwiedzający je co wieczór zamożni panowie, tacy jak na przykład książę Kergarouët i kawaler du Halga. Na pozór grają grzecznie w karty, ale kto wie...

„Sakiewka” została napisana w roku 1832, jest więc dziełem trzydziestotrzyletniego pisarza. Wchodzi w skład Komedii Ludzkiej.

---
Balzac Honoriusz, „Sakiewka” („La Bourse”).

04.09.2012

Balzac „Dom pod kotem z rakietką”

Dom pod Kotem z Rakietką to historia smutnego życia Augustyny Guillaume, skromnej, naiwnej i nieodpornej na trudy życiowe panienki. Ta córka skąpego sklepikarza i dewotki została wychowana „dla handlu”[1], znała ceny towarów, nauczono ją też „zadysponować obiad i ze znajomością rzeczy zwymyślać kucharkę”[2]. O świecie, kulturze i sztuce nie miała zielonego pojęcia. Z winy surowych rodziców nigdzie nie bywała, nie umiała prowadzić pustych rozmów o niczym, kokietować. Rzadko się odzywała, miała skłonność do melancholii oraz łatwo ulegała porywom serca.

Opowieść Balzaka zaczyna się od opisu wyglądu domu Augustyny, a był to dom niezwykły, bowiem zdobił go dziwny szyld przedstawiający kota grającego w piłkę. Gdyby nie ten szyld, Augustyna i arystokrata Teodor de Sommervieux zapewne nigdy by się nie poznali. Teodor pewnego dnia zapatrzył się na budynek, zaczął malować wnętrze sklepu, zauważył śliczną panienkę wyglądającą przez okno - i zakochał się w niej. By nawiązać z nią znajomość, musiał pokonać wiele trudności, bowiem matka i siostra nie spuszczały z niej oka.

W „Domu pod Kotem z Rakietką” ukazana jest niechęć, jaką mieszczanie czuli do artystów. Według nich artyści to głodomory, osoby niezdolne do zapewnienia bytu rodzinie i do wierności małżeńskiej, rozrzutne, dziwaczne. Rodzice Augustyny wnikliwie obserwowali i ostro krytykowali zwyczaje Teodora. „Przede wszystkim nie podoba mi się to, że pija tylko wodę. To niezdrowo. I czemu nie może patrzeć na kobiety, kiedy jedzą? Wyjątkowe dziwactwa! Przecież to wariat!”[3] - oburzała się pani Guillaume, mąż jej zaś krzyczał: „Po kiego licha wziął mój dom i nasmarował go na płótnie?”[4]. Ponadto uważał, że małżeństwo z osobą z innej sfery nie przyniesie niczego dobrego. Dopiero świadomość, że kandydat na zięcia posiada wiele pieniędzy, sprawiła, że spojrzał nań łaskawszym okiem.

Pan Guillaume prowadził sklep według starych zasad. Przyjął trzech subiektów i „orał nimi jak Murzynami”[5]. Subiekci ci musieli co niedzielę chodzić z rodziną pryncypała do kościoła oraz jadać u nich posiłki; pani Guillaume wydzielała im bardzo skromne porcje, często też podawała produkty nieświeże. Pierwszy subiekt, sierota Józef Lebas, otrzymywał osiemset franków, drugi i trzeci w ogóle nic.

Państwo Guillaume oprócz Augustyny mieli także starszą córkę, Wirginię. Odziedziczyła ona wygląd i usposobienie po matce, była więc brzydka, potulna, wytrwała i pobożna. Nie przyszłoby jej do głowy, by sprzeciwiać się rodzicom. Pomimo dużego posagu o rękę Wirginii nikt się nie starał; pan Guillaume uważał, że to z winy Napoleona, który wydał dekret przyspieszający pobór kilku roczników: „Ten jegomość tak się rozpędził, że nasze córki będą niebawem klękać przez konkurentami!”[6].

„Dom pod Kotem z Rakietką” (oryg. „La maison du chat-qui-pelote”) to opowiadanie dosyć długie i, jak to zwykle u Balzaka, smutne. Zostało napisane w roku 1809.

4/6.

---
[1] Balzac Honoriusz, „Dom pod kotem z rakietką; Bal w Seaux; Listy dwóch młodych mężatek; Sakiewka”, tł. Rogoziński Julian, Czytelnik, 1957, str. 59.
[2] Tamże.
[3] Tamże, str. 93.
[4] Tamże, str. 67.
[5] Tamże, str. 56.
[6] Tamże, str. 62.

01.09.2012

„Mała księżniczka” F.H. Burnett

„Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett to wzruszająca, bardzo piękna książka dla małych dziewczynek. Została napisana w roku 1905. Ale z powodzeniem może być czytana także i dzisiaj. Opowiada o walce z przeciwnościami losu, o dziecięcej niedoli, ale także o sile przyjaźni i marzeń.

Uprzedzam, że zdradzam treść książki!

Tytułowa bohaterka nazywa się Sara Crewe. Wczesne dzieciństwo spędziła w Indiach, a gdy miała siedem lat, ojciec przywiózł ją do Londynu i umieścił na pensji panny Minchin. Niestety, dobry kapitan źle wybrał miejsce dla córeczki, bowiem właścicielka pensji to osoba dwulicowa, chytra, okrutna, niezdolna do okazania dzieciom współczucia. Kiedy dowiedziała się o jego śmierci, natychmiast zabrała Sarze wszystkie wykwintne rzeczy i z pięknego pokoju przegoniła na poddasze, po którym biegały szczury. Gdyby nie obawa przed plotkami, wyrzuciłaby sierotkę z pensji. Sara może więc zostać, ale pod warunkiem, że będzie ciężko pracowała. I pracuje - w najgorszą nawet pogodę biega po zakupy, załatwia różne sprawy, opiekuje się młodszymi dziewczynkami i robi porządki. Wieczorem często nie otrzymuje posiłku i marznie, bo nie ma czym ogrzać poddasza. Pocieszenie znajduje w marzeniach. Wyobraża sobie, że jest uwięzioną księżniczką i że poddasze to Bastylia. Stara się zachowywać po książęcemu, a więc z godnością, bez płakania i kapryszenia.

Jak wiele jest w „Małej księżniczce” opisów dziecięcej niedoli! W książce pojawiają się dzieci bezlitośnie wykorzystywane, pracujące, bezdomne, głodne. Wiele sierot błąka się po londyńskich ulicach i marzy o kawałku chleba. Na przykładzie małej Anny F. H. Burnett pokazała, że tym biedactwom warto pomagać i że za okazaną dobroć potrafią one odpłacić wielką wdzięcznością.

Najszkaradniejszą postacią książki jest oczywiście panna Minchin. Cóż to za kreatura! Siostra jej, panna Amelia, wydaje się osobą nieco lepszą, aczkolwiek słabą i pozbawioną siły przebicia. Personel pensji także zachowuje się bezwzględnie i okrutnie - kucharka karmi pasztetem swojego kochanka, a o kradzież jedzenia niesłusznie oskarża Becky, kilkunastoletnią pomywaczkę.

Kapitan Crewe to kochający, dobry ojciec, ale też nie pozbawiony wad. Wydał mnóstwo pieniędzy na kosztowne stroje, zabawki, kapelusze ze strusimi piórami i różne inne rzeczy (Sara jako jedyna dziewczynka na pensji miała własnego kucyka i pokojówkę), a nie pomyślał o tym, co stanie się z córeczką w przypadku jego śmierci.

W książce występują elementy baśniowe oraz wielkie zbiegi okoliczności. Londyn jest ogromnym miastem, a mimo to pan z Indii, czyli współwłaściel kopalni diamentów, całkowicie przypadkowo wynajmuje dom sąsiadujący z pensją panny Minchin. Indyjski służący Ram Dass nie tylko swobodnie przemieszcza się po dachach domów, ale też przenosi przez dachy materace, zastawę stołową, dywany i najrozmaitsze sprzęty. Tylko mała Lottie oraz dziewczynka o trudnym do zapamiętania imieniu na literę E zakradają się na poddasze, choć jest mało prawdopodobne, by inne pensjonarki tego nie zrobiły (dziecięca ciekawość jest bardzo wielka). Prawie nikt nie wie, że nędzna klitka zmieniła się w pełną przepychu komnatę, że co wieczór na stole stają wykwintne potrawy i płonie ogień w piecyku.